poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział 47

Rose kolejny raz zatrzymała się przy sklepowej wystawie. Kolorowe lampki, łańcuchy i bombki przykuły jednak uwagę nie tylko dwulatki. Jej starsza siostra również na chwilę przystanęła, by dokładniej przyjrzeć się ozdobom. Nadal nie znalazła prezentu dla Brewera. Zawsze miała z tym problem, lecz w tym roku był on jeszcze większy. Jack nie dawał żadnych tajnych sygnałów, a Jerry nie dał z siebie nic wyciągnąć. Oprócz tego, że on sam dostanie pod choinkę nową MP3.
- Jestem ciekawa kiedy przestał wierzyć w Mikołaja - pomyślała przewracając oczami. W tym samym momencie poczuła jak ktoś całuje jej policzek.
Jack: Co tu robisz? - Crawford spojrzała na chłopaka, po czym przycisnęła mu dłoń do czoła upewniając się, iż jego gorączka nie wróciła.
Kim: Muszę wybadać co Rose chce dostać na gwiazdkę... - blondynka zerknęła przelotnie na miejsce, w którym  jeszcze przed chwilą stała mała 'podopieczna'. Teraz jednak jej tam nie było.
Nie mogła zgubić Rose.. nie znowu. Ostatni raz zdarzyło jej się to w wesołym miasteczku, gdy dziewczynka przestraszyła się Rudy'ego przebranego za klowna. - Gdzie ona jest?
Szatyn cicho się zaśmiał. To Martinez był, jest i pewnie będzie najbardziej nieogarniętym członkiem paczki, ale Kim też miewała chwilę nierozgarnięcia. Szczególnie w jego obecności..
Wtedy cały świat przestawał dla niej istnieć, a wszystko wokół nie miało znaczenia.
Brewer ujął dłoń dziewczyny i pociągnął ją w stronę długiej kolejki. Dzieci oraz ich rodzice czekali na spotkanie z wszystkowidzącym Mikołajem. Większość dorosłych ze zdenerwowaniem i zniecierpliwieniem spoglądali na dwulatkę uniemożliwiającą dalszy ruch. To szatynka, która kilka sekund temu wskoczyła na kolana pracownika galerii w czerwonym stroju.
Crawford szybko pobiegła w tamtą stronę.
Mikołaj: No moja droga widzę, że byłaś trochę niegrzeczna, ale przymknę na to oko. Dostaniesz swój wymarzony prezent... - powiedział pozwalając, by 17-latka zabrała małą. Blondynka ucałowała siostrzyczkę w czoło, po czym razem  z Jack'iem udała się w kierunku wyjścia. Miała dość wrażeń jak na jeden dzień. - Chłopcze nie jesteś na to za stary? zawołał widząc dość wysokiego mulatka.
Słysząc głos mężczyzny para odwróciła się i zobaczyła... Eddie'go. Jones próbował usiąć na "Świętym", jednak ten mu na to nie pozwalał. - OCHRONA! - po tych słowach dwóch policjantów ujęło wzburzonego chłopaka.
Eddie: Przecież byłem grzeczny! Ja... - przerwał, gdy zobaczył rozbawionych przyjaciół.  - cześć wam.. Jeszcze tu wrócę! A ty Mikołaju spodziewaj się wizyty mojego adwokata!
"Mikołaj" poprawił brodę ponownie zasiadając na swym tronie.- Następny..

***

W drzwiach dojo zazgrzytał klucz. Paczka Wasabiego ostatni raz weszła na niebieską matę z wizerunkiem założyciela placówki. Przez okrągłe 365 dni zaliczyli upadki i wzniesienia, by po tym wszystkim wyjść stąd silniejsi nie tylko fizycznie, lecz również psychicznie. Stali się przy tym sobie bliżsi niż kiedykolwiek. Ten rok był dla nich bardzo ważny. Wiele zmienił, ale właśnie to uczyniło go jeszcze lepszym.
Rudy: No dzieciaki... idźcie się przebrać. Za 5 minut wyznaczę pary.. - gdy został sam usiadł na ławce. Przez jego głowę przebiegły wspomnienia minionych 4 lat. Uczniowie, którzy tego pamiętnego dnia przekroczyli próg budynku nie byli już tymi samymi osobami... po 12 miesiącach staną się pełnoletni, a co z tym idzie ukończą szkołę, rozwiną skrzydła i wylecą z gniazda. Zostawią go samego... Może i zyska kilkoro nowych podopiecznych, ale oni nie zwrócą mu tych obecnych.  Nikt tego nie zrobi..
Milton: Wszystko w porządku, Rudy? - zapytał niepokojąc się stanem senseia.Mężczyzna zamglonymi oczami wydając się nie słyszeć słów Krupnicka.
Kim: Odsuńcie się! - zniecierpliwiona zbliżyła się do niego, po czym dość głośno oznajmiła, iż jej mama zrobiła naleśniki z czekoladą. Gielespie zerwał się z miejsca nieprzytomnie wodząc oczami po przyjaciołach.
Rudy: Gdzie moje..? Zresztą nieważne.. Jack i Jerry, Grace i Milton, Eddie i Kim.
Jones przerażony spojrzał na blondynkę. Z niespotykaną szybkością sięgnął do kieszeni swych spodni, gdzie jak zwykle spoczywała jego tajna broń. Pozostali teatralnie przewrócili oczami. Chłopak robił to za każdym razem, gdy miał walczyć z Crawford lub Brewerem. Norma.
Grace: Niech zgadnę, twój portfel znowu dzwoni?
Eddie: Mhm.. - skinął głową, a chwilą później zaczął prowadzić ożywiony monolog. Reszta tylko wzruszyła ramionami, po czym rozpoczęła sparing...

***

Grace, Jerry, Milton, Kim, Jack i Eddie w zwolnionym tempie przechadzali się środkiem ulicy. Każdy z nich w ręku dzierżył świąteczne lampki, łańcuchy albo bombki. W oczach ich wszystkich widać było zaciętość, a wyrazy ich twarzy przypominały seryjnego mordercę. Przerażeni mieszkańcy, którzy wybrali się na krótki spacer wracali tam skąd przyszli. W końcu nie codziennie można zobaczyć szóstkę nastolatków wyglądając tak jakby mieli stoczyć bitwę.
Jerry: Jesteśmy mamuś! - zawołał, gdy wraz z przyjaciółmi znalazł się w progu swojego domu. Pani Martinez z uśmiechem wybiegła z kuchni, jednak na widok Paczki Wasabiego zrzedła jej minę.
Pani M: Idziecie na wojnę, czy co? - zdjęła swój fartuszek, po czym wytarła twarze każdego z przybyłych. Kobieta traktowała ich jak swoje własne dzieci. Zresztą tak samo jak reszta ich rodziców. Wszyscy razem tworzyli wielką rodzinę i spędzają wspólnie większość świąt. Jest t trudno, ponieważ żadne z nich nie ma na tyle dużego salonu, by pomieścić ponad 20 osób, ale jakoś dają sobie radę.
Grace: Przyszliśmy pomóc ubrać choinkę. Zapomniała pani? To nasza tradycja..
Pani M: Pamiętam tylko.. - westchnęła. - ozdoby są w pokoju Jerry'ego..

***

Wszystko było już prawie gotowe. Wystarczyło jedynie zawiesić gwiazdę na szczycie świątecznego drzewka. By to zrobić Kimberly wskoczyła na plecy swojego chłopaka. Niestety mimo jej wysiłków nie udało się ostatecznie zakończyć ozdabiana sztucznej jodły. Zamiast tego dziewczynka zahaczyła włosami o jedną z gałęzi i pociągnęła za sobą choinkę.  Na szczęście Martinezowi nie uznawali szklanych bombek, więc straty nie były aż tak duże.
Milton: To poważnie opóźni nasz grafik... - powiedział wchodząc do salonu. I rzeczywiście miał rację. Musieli zacząć od nowa, dlatego wciąż pozostało im przystrojenie 6 domów.
Kim: Sorki..? - wydusiła starając się powstrzymać śmiech. Poszło to jednak na marne, ponieważ po chwili w pomieszczeniu rozległy się rozbawione okrzyki. Tak działała ich wspólna praca. Zawsze coś szło nie tak i to zawsze doprowadzało do tarzania się po podłodze...

♥♥♥
Poprzedni rozdział o wiele bardziej mi się podobał. Ten nie dość, że krótki, nudny i bez sensu to jeszcze nie ma w nim żadnej akcji. Ale i tak jestem z siebie dumna. Nareszcie udało mi się przekroczyć granicę 3 rozdziałów na miesiąc :)

2 komentarze:

  1. Zajebisty !!!! :*** kocham tego blog. !! I mimo tego ze zdążą mi sie nie komentować ( z lenistwa) to czytam ! Pamiętaj o tym! Teraz postaram sie komentować !! Zapraszam cie do siebie :***
    http://zycie-zrockiem-w-tle.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Boski rozdział! Wcale nie jest nudny, ani krótki ani bez sensu i bez akcji. Moje rozdziały to nawet w połowie nie są tak fantastyczne jak te twoje! Nie będe się rozpisywać bo piszę nowy rozdział na blogu! Ty wiesz jakim Anusiu!♥♥♥
    KOCHAM I CZEKAM NA nn^^

    OdpowiedzUsuń

Czytasz = komentuj