*Autorka nie odpowiada za wszelkie nieścisłości historyczne*
Anglia, XV wiek.
Książę Milton nerwowo krążył po sali tronowej, raz po raz zerkając na ojca. Siedział na swym wysokim, obitym czerwonym materiałem tronie i znużonym ruchem ręki poprawiał opadającą mu na czoło koronę. Nawet nie zdawał sobie sprawy z powagi wypowiedzianych przez siebie słów. Uważał je za najwyższą konieczność, czymś z czym musiał się liczyć każdy władca. Dla dobra królestwa.
- Nie zgadzam się. - Zatrzymał się, zakładając dłonie za plecy. Sprawiał wrażenie młodej szlachcianki, której nie spodobał się kolor sukni w związku z czym za chwilę zacznie wściekle tupać pantofelkami o podłogę. - Jeśli mam się ożenić, zrobię to wyłącznie z miłości.
Król powstał dumnie, niezauważenie mrużąc oczy. Odwlekał tę decyzję, jak można było najdłużej, lecz ta rozmowa była nieunikniona. I oboje mieli tego świadomość.
- Możesz wybrać spośród księżniczek, które zjawią się na balu z okazji twoich osiemnastych urodzin. Zaprosiłem wiele wpływowych dam, mam nadzieję, że na jakąś się zdecydujesz.
Milton prychnął. Nie można przecież nikogo zmusić do kochania. Dlaczego więc wymagają tego dla utrzymania linii tronu? Dobro królestwa zawsze było dla niego dobrem nadrzędnym. Szedł na wszelkie ustępstwa; nie walczył o swoje szczęście, nie próbował się wyłamać nawet z najprostszych schematów. Całe życie spędził na doskonaleniu jazdy konnej i sztuk walki, a na dodatek mógł rozmawiać wyłącznie z gąskami przeznaczonymi na wieczorną ucztę lub wymieniać skinienia głowy z ministrami. Na co więc się to wszystko zdało, skoro nie miał prawa głosu w najważniejszej dla swojego życia kwestii?
- Bal odbędzie się za trzy dni. Przygotuj się.
Wypiął pierś, po czym dostojnym krokiem ruszył ku drzwiom. Za ich progiem klęczała drobna dziewczyna z wiklinowym koszem w drżących dłoniach. Widząc rozgniewaną twarz króla, wzdrygnęła się nagle i dukając ciche przeprosiny, odbiegła najprędzej jak mogła.
Edward spojrzał na syna, zmarszczywszy brwi.
- Kto to?
~*~
Julia potknęła się i wpadła na ścianę, wypuszczając z rąk kosz. Usiadła na zimnej posadzce, z trudem łapała oddech. Nie zamierzała podsłuchiwać. Setki razy przechodziła obok tych drzwi, słyszała urywki rozmów, ale nigdy nie przystanęła. To było wbrew jej prawom. Wbrew prawom wszystkich.
Z drugiej strony, kto by się nie zatrzymał?
Choć przez chwilę poczuła się jak kobieta, która nie musi martwić się zasadami. Nie przejmować natarczywym wzrokiem innych, kiedy wkracza do pomieszczenia albo rozmawiać z osobami każdego stanu. Ktoś ponad, nie poniżej.
Spod jej zmrużonych powiek wyłonił się obraz sali balowej. Najpiękniejsze panny królestwa sunęły lekko po parkiecie u boku swoich partnerów. Zwisające z sufitu żyrandole oświetlały pomieszczenie, odbijając błyszczącą tarczę księżyca. Zewsząd rozlegała się muzyka tak żywiołowa i delikatna zarazem, jak gdyby smyczkami operowała czysta magia. A na środku ona. Stoi sama pośrodku, podrygując w rytm melodii. Uśmiecha się.
Nagle z tłumu wyłania się młody mężczyzna. Zdecydowanym ruchem przyciąga ją do siebie, objąwszy w talii. Pary przestają tańczyć, żeby zrobić dla nich więcej miejsca... I wtedy wszystko zaczęło się walić.
Żyrandole spadły na podłogę, roztrzaskując się na tysiące kawałeczków. Skrzypce wymknęły się spod kontroli, a ludzie znikali, jeden po drugim; aż w końcu została tylko ona i tajemniczy jegomość. Chciała do niego podejść, lecz nie mogła ruszyć się z miejsca. Szamotała się rozpaczliwie, wyrywała z niewidzialnych objęć. Ani drgnęła.
Kiedy utkwiła wzrok w mężczyźnie, jej suknia zmieniła się w szare łachmany, a pantofelki rozpłynęły w powietrzu. Julia padła na kolana, ostatnimi siłami powstrzymując napływające do oczu łzy.
- Pomóż mi. - Wychrypiała. Salę balową pokrywały coraz gęstsze kłęby mgły. Jeśli nic nie zrobi niedługo stanie się ich częścią. Będzie niewidoczna, zupełnie jakby nigdy nie istniała.
- Tobie?- Z ust mężczyzny wydobył się gardłowy śmiech. - Jesteś tylko pomywaczką, nikt nawet nie zauważy Twojego zniknięcia. Jesteś nikim. Nikim. Nikim. Nikim.
- N-nieprawda. - Zachwiała się. - Je-stem ważna.
Słowa mnie nie złamią. On kłamie. Na pewno kłamie.
Jej głos był jednak niepewny, słaby. Bo kto by ją chciał? Nie ma nic do zaoferowania, już zawsze będzie dla wszystkich wyłącznie problemem. Pasożytem, którego nie da się pozbyć.
Obraz zniknął, lecz w głowie Julii nadal rozbrzmiewało echo jego słów. Kimkolwiek był i jakkolwiek przedostał się do jej podświadomości - miał rację.
W zamku niemalże zawsze panowało wielkie zamieszanie, dlatego bezmyślnym byłoby rozmyślanie w miejscu, w którym niedługo ktoś się pojawi. Julia nie spieszyła się jednak, siedziała niezmiennie z ramionami wokół kolan i rozpatrywała wszelakie możliwości swojego życia w sytuacji, gdyby została poczęta jako szlachcianka. Jawne sny nie byłyby snami, bo niemożliwe przestałoby dla niej istnieć. Może pędziłaby teraz do najlepszego krawca w mieście, aby zamówić suknię pasującą do jej szafirowych oczu. Może miałaby na sobie czyste ubrania i połyskujące pantofle. Może.
Otarła twarz fartuchem, westchnąwszy głęboko. Matka uczyła ją, by być wdzięcznym za to, co się posiada; a przecież nie musiała zamartwiać się tym, czy następnego dnia zaśnie pod gołym niebem. No i zdarzało jej się widywać księcia! Niejedna szlachcianka oddałby cały swój majątek, ażeby spędzić z nim samotnie kilka chwil. W jej bajce brakowało tylko trochę szczęścia.
- Dzień dobry, książę. - Zerwała się szybko, po czym dygnęła, spuszczając głowę. Uniosła ją dopiero, gdy usłyszała głos Miltona.
- Dzień dobry, Julio. - Julio. Zna m o j e imię. - Wybierasz się gdzieś?
- Idę nad rzekę, kazano mi zrobić pranie. - Odparła. Chodziła po tych samych korytarzach, co rodzina królewska, lecz nadzwyczaj rzadko miała okazję zamienić z nimi słowo. Słyszała serce dudniące jej w klatce piersiowej. Był tak blisko.
- Pomogę Ci. I tak chciałem stąd wyjść.
- Mości książę, trafiłabym na stryczek, gdyby król dowiedział się, że pozwalam Ci na tak haniebne zajęcie. Poradzę sobie sama. - Straciła dech w piersiach na myśl, iż mogłaby iść krok w krok z następcą tronu. Jakby byli równi.
- W takim razie pozwól, że będę Ci towarzyszył w drodze do bramy. Tam się rozejdziemy.
- Wedle woli księcia.
Minęli więc wspólnie cztery kolejne korytarze ozdobione portretami uprzednio rządzących. Ściany piątego były puste, nie licząc wizerunku młodej kobiety z diademem na głowie. Julia często zastanawiała się, jak długo król musiał przekonywać ministrów do wprowadzenia córki w tę alejkę. Uznał to za najlepszy wyraz czci dla Elizabeth.
Zmarła podczas porodu dwa lata temu, a on nie potrafił sobie z tym poradzić. W jej dawnej komnacie nadal wisiały suknie balowe, okna było odsłonięte, łóżko zaścielone; jak gdyby wszystko rozpaczliwie czekało na jej powrót.
Anglia, XV wiek.
Książę Milton nerwowo krążył po sali tronowej, raz po raz zerkając na ojca. Siedział na swym wysokim, obitym czerwonym materiałem tronie i znużonym ruchem ręki poprawiał opadającą mu na czoło koronę. Nawet nie zdawał sobie sprawy z powagi wypowiedzianych przez siebie słów. Uważał je za najwyższą konieczność, czymś z czym musiał się liczyć każdy władca. Dla dobra królestwa.
- Nie zgadzam się. - Zatrzymał się, zakładając dłonie za plecy. Sprawiał wrażenie młodej szlachcianki, której nie spodobał się kolor sukni w związku z czym za chwilę zacznie wściekle tupać pantofelkami o podłogę. - Jeśli mam się ożenić, zrobię to wyłącznie z miłości.
Król powstał dumnie, niezauważenie mrużąc oczy. Odwlekał tę decyzję, jak można było najdłużej, lecz ta rozmowa była nieunikniona. I oboje mieli tego świadomość.
- Możesz wybrać spośród księżniczek, które zjawią się na balu z okazji twoich osiemnastych urodzin. Zaprosiłem wiele wpływowych dam, mam nadzieję, że na jakąś się zdecydujesz.
Milton prychnął. Nie można przecież nikogo zmusić do kochania. Dlaczego więc wymagają tego dla utrzymania linii tronu? Dobro królestwa zawsze było dla niego dobrem nadrzędnym. Szedł na wszelkie ustępstwa; nie walczył o swoje szczęście, nie próbował się wyłamać nawet z najprostszych schematów. Całe życie spędził na doskonaleniu jazdy konnej i sztuk walki, a na dodatek mógł rozmawiać wyłącznie z gąskami przeznaczonymi na wieczorną ucztę lub wymieniać skinienia głowy z ministrami. Na co więc się to wszystko zdało, skoro nie miał prawa głosu w najważniejszej dla swojego życia kwestii?
- Bal odbędzie się za trzy dni. Przygotuj się.
Wypiął pierś, po czym dostojnym krokiem ruszył ku drzwiom. Za ich progiem klęczała drobna dziewczyna z wiklinowym koszem w drżących dłoniach. Widząc rozgniewaną twarz króla, wzdrygnęła się nagle i dukając ciche przeprosiny, odbiegła najprędzej jak mogła.
Edward spojrzał na syna, zmarszczywszy brwi.
- Kto to?
~*~
Julia potknęła się i wpadła na ścianę, wypuszczając z rąk kosz. Usiadła na zimnej posadzce, z trudem łapała oddech. Nie zamierzała podsłuchiwać. Setki razy przechodziła obok tych drzwi, słyszała urywki rozmów, ale nigdy nie przystanęła. To było wbrew jej prawom. Wbrew prawom wszystkich.
Z drugiej strony, kto by się nie zatrzymał?
Choć przez chwilę poczuła się jak kobieta, która nie musi martwić się zasadami. Nie przejmować natarczywym wzrokiem innych, kiedy wkracza do pomieszczenia albo rozmawiać z osobami każdego stanu. Ktoś ponad, nie poniżej.
Spod jej zmrużonych powiek wyłonił się obraz sali balowej. Najpiękniejsze panny królestwa sunęły lekko po parkiecie u boku swoich partnerów. Zwisające z sufitu żyrandole oświetlały pomieszczenie, odbijając błyszczącą tarczę księżyca. Zewsząd rozlegała się muzyka tak żywiołowa i delikatna zarazem, jak gdyby smyczkami operowała czysta magia. A na środku ona. Stoi sama pośrodku, podrygując w rytm melodii. Uśmiecha się.
Nagle z tłumu wyłania się młody mężczyzna. Zdecydowanym ruchem przyciąga ją do siebie, objąwszy w talii. Pary przestają tańczyć, żeby zrobić dla nich więcej miejsca... I wtedy wszystko zaczęło się walić.
Żyrandole spadły na podłogę, roztrzaskując się na tysiące kawałeczków. Skrzypce wymknęły się spod kontroli, a ludzie znikali, jeden po drugim; aż w końcu została tylko ona i tajemniczy jegomość. Chciała do niego podejść, lecz nie mogła ruszyć się z miejsca. Szamotała się rozpaczliwie, wyrywała z niewidzialnych objęć. Ani drgnęła.
Kiedy utkwiła wzrok w mężczyźnie, jej suknia zmieniła się w szare łachmany, a pantofelki rozpłynęły w powietrzu. Julia padła na kolana, ostatnimi siłami powstrzymując napływające do oczu łzy.
- Pomóż mi. - Wychrypiała. Salę balową pokrywały coraz gęstsze kłęby mgły. Jeśli nic nie zrobi niedługo stanie się ich częścią. Będzie niewidoczna, zupełnie jakby nigdy nie istniała.
- Tobie?- Z ust mężczyzny wydobył się gardłowy śmiech. - Jesteś tylko pomywaczką, nikt nawet nie zauważy Twojego zniknięcia. Jesteś nikim. Nikim. Nikim. Nikim.
- N-nieprawda. - Zachwiała się. - Je-stem ważna.
Słowa mnie nie złamią. On kłamie. Na pewno kłamie.
Jej głos był jednak niepewny, słaby. Bo kto by ją chciał? Nie ma nic do zaoferowania, już zawsze będzie dla wszystkich wyłącznie problemem. Pasożytem, którego nie da się pozbyć.
Obraz zniknął, lecz w głowie Julii nadal rozbrzmiewało echo jego słów. Kimkolwiek był i jakkolwiek przedostał się do jej podświadomości - miał rację.
W zamku niemalże zawsze panowało wielkie zamieszanie, dlatego bezmyślnym byłoby rozmyślanie w miejscu, w którym niedługo ktoś się pojawi. Julia nie spieszyła się jednak, siedziała niezmiennie z ramionami wokół kolan i rozpatrywała wszelakie możliwości swojego życia w sytuacji, gdyby została poczęta jako szlachcianka. Jawne sny nie byłyby snami, bo niemożliwe przestałoby dla niej istnieć. Może pędziłaby teraz do najlepszego krawca w mieście, aby zamówić suknię pasującą do jej szafirowych oczu. Może miałaby na sobie czyste ubrania i połyskujące pantofle. Może.
Otarła twarz fartuchem, westchnąwszy głęboko. Matka uczyła ją, by być wdzięcznym za to, co się posiada; a przecież nie musiała zamartwiać się tym, czy następnego dnia zaśnie pod gołym niebem. No i zdarzało jej się widywać księcia! Niejedna szlachcianka oddałby cały swój majątek, ażeby spędzić z nim samotnie kilka chwil. W jej bajce brakowało tylko trochę szczęścia.
- Dzień dobry, książę. - Zerwała się szybko, po czym dygnęła, spuszczając głowę. Uniosła ją dopiero, gdy usłyszała głos Miltona.
- Dzień dobry, Julio. - Julio. Zna m o j e imię. - Wybierasz się gdzieś?
- Idę nad rzekę, kazano mi zrobić pranie. - Odparła. Chodziła po tych samych korytarzach, co rodzina królewska, lecz nadzwyczaj rzadko miała okazję zamienić z nimi słowo. Słyszała serce dudniące jej w klatce piersiowej. Był tak blisko.
- Pomogę Ci. I tak chciałem stąd wyjść.
- Mości książę, trafiłabym na stryczek, gdyby król dowiedział się, że pozwalam Ci na tak haniebne zajęcie. Poradzę sobie sama. - Straciła dech w piersiach na myśl, iż mogłaby iść krok w krok z następcą tronu. Jakby byli równi.
- W takim razie pozwól, że będę Ci towarzyszył w drodze do bramy. Tam się rozejdziemy.
- Wedle woli księcia.
Minęli więc wspólnie cztery kolejne korytarze ozdobione portretami uprzednio rządzących. Ściany piątego były puste, nie licząc wizerunku młodej kobiety z diademem na głowie. Julia często zastanawiała się, jak długo król musiał przekonywać ministrów do wprowadzenia córki w tę alejkę. Uznał to za najlepszy wyraz czci dla Elizabeth.
Zmarła podczas porodu dwa lata temu, a on nie potrafił sobie z tym poradzić. W jej dawnej komnacie nadal wisiały suknie balowe, okna było odsłonięte, łóżko zaścielone; jak gdyby wszystko rozpaczliwie czekało na jej powrót.
- Myślę, że po śmierci Liz mój ojciec stracił kompletną
jasność umysłu. Postanowił, że znajdzie dla mnie żonę i zapewni ciągłość tronu,
choćbym miał poślubić własną kuzynkę. Nie zdziwię się zresztą, jeśli któraś z nich
zjawi się na balu. - Prychnął cicho, aby nie ściągnąć na siebie podejrzeń
straży przy wyjściu. Pozdrowił ich skinieniem głowy. - Ale niestety się
rozczarują, kiedy wyjdzie na jaw, że nie radzę sobie z tańcem. Szermierka jest
przy tym niczym.
- Zwykły walc nie sprawia aż tyle trudności. -
Przycisnęła kosz do piersi, rozluźniając uścisk na jego brzegu. Kątem oka
zerknęła na Miltona i stwierdziła, iż poza tą całą etykietą dworską, wyuczonymi
manierami oraz jedwabnymi szatami wcale nie różnią się tak bardzo. Są po prostu
z ludźmi. Z innych sfer, z innym życiorysem, lecz nadal ludźmi.
- Chciałbym zobaczyć, czy poruszasz się z takim
przekonaniem, z jakim wypowiadasz te słowa.
- Ojciec Waszej Wysokości raczej nie będzie zadowolony,
kiedy dowie się, że tańczyłeś ze służką. Rozmawiając ze mną również nie
przysparza sobie książę jego sympatii. - Uśmiechnęła się delikatnie,
odwróciwszy uwagę od zaczerwienionych policzków. Czy Milton był na tyle
zaabsorbowany poszukiwaniem żony, że przestał zwracać uwagę na krzywe
spojrzenia dworzan? Wprawdzie nigdy nie
traktował poddanych oschle ani z wyższością, ale nie pozwalał sobie na takie
odstępstwa od zasad swojego wychowania. Ach, nie powinien był nawet na nią
patrzeć.
- Ojciec Waszej Wysokości nie musi o niczym wiedzieć. O tej
porze nad rzeką nie będzie wiele osób, a już na pewno nie będzie tam króla. -
Zwolnił krok, gdy minęli bramę zamku. Ich drogi wcale nie musiały się tu
rozwidlać. - Wyświadczysz mi wielką przysługę.
- Muszę wrócić przed szóstą, żeby pomóc w przygotowaniu
kolacji. Nie jestem przekonana czy...
- W takim razie - Stanął i zwrócił ku niej wzrok. - nie
pozostawiasz mi wyboru, Julio. Rozkazuję Ci znosić moje towarzystwo, a
następnie ze mną zatańczyć. To rodzaj kary za podsłuchiwanie pod drzwiami. -
Zaśmiał się krótko. - Przy okazji możesz zapobiec fatalnej katastrofie na balu. I sprawisz mi
prezent na urodziny.
- Dobrze więc, ale praniem zajmę się sama. Wydaje mi się,
że jestem w tym bardziej doświadczona od księcia. - Spuściła wzrok, czując jak
traci grunt pod stopami. Nie będzie to wprawdzie bal, a ona nie będzie stukać w
posadzkę złotymi pantoflami, ale tyle wystarczy, aby zaspokoić jej marzenia.
Nie liczyła na to, iż kiedykolwiek skupi na sobie uwagę kogokolwiek.
- Doskonale.
Żeby dojść do rzeki musieli skręcić w boczną ścieżkę,
wodzącą do lasu. Z obu stron otaczały ich pojedyncze drzewa, które ginęły wśród
wysokich traw i kamiennych mostów. Dopiero po przejściu kilkudziesięciu metrów
usłyszeli niczym nie zamącony świergot. Chmara ptaków wzbiła się w powietrze i
odleciała w głąb gąszczu. Nie dochodziło tam wiele światła, gdyż słońce
niemalże schowało się za horyzontem. Ostatnie promienie przebijały się pomiędzy
najwyższymi partiami koron, gdzieniegdzie padało na opadłe liście. Rzeka
znajdowała się obok jedynego złamanego pnia w okolicy i ciągnęła się przez
skalny wąwóz.
Julia odłożyła kosz na ziemię, po czym niepewnie
przestąpiła z nogi na nogę.
- Zna książę podstawowe kroki, prawda? Jeden do przodu,
potem w prawo, w..
- Julio, teorię znam lepiej niż ktokolwiek inny.
Problemem są raczej moje dwie lewe nogi.
Zimny wiatr objął ich ciała, mierzwiąc im włosy.Milton kilkukrotnie stawał w miejscu i śmiał się nerwowo,
aż w końcu odnajdywał rytm. Jego brwi wyginały się od intensywnego marszczenia.
Był wyraźnie spięty.
W jego głowie pojawił się zarys twarzy matki. Siadała wieczorami na brzegu jego łóżka i opowiadała o przyszłości. O tym, że kiedyś będzie władać
Anglią. Przemawiać przed przedstawicielami największych potęg Europy.
Uczestniczyć w bankietach. Rządzić wielkimi skarbami. Przewodniczyć walkom.
Stanowić o dalszym biciu serca poddanych. Jeśli jego serce umrze, zrobi to również reszta królestwa.
Zależało od niego zbyt wiele rzeczy, żeby mógł działać swobodnie. Dlatego od dzieciństwa przygotowywano go na wszelkie stresujące sytuacje - lecz nie spodziewał się, iż jego największym lękiem w życiu okaże się taniec ze służącą. Z najpiękniejszą służącą, jaką widział.
Zależało od niego zbyt wiele rzeczy, żeby mógł działać swobodnie. Dlatego od dzieciństwa przygotowywano go na wszelkie stresujące sytuacje - lecz nie spodziewał się, iż jego największym lękiem w życiu okaże się taniec ze służącą. Z najpiękniejszą służącą, jaką widział.
Wsłuchał się w równy szelest liści i delikatnie przymknął
powieki. Za jego plecami rozbrzmiewał rwący strumień wody. Malutkie kamienie
wbijały się im w nogi, przedostając do wnętrza butów. Ptaki przelatywały z gałęzi
na gałąź. Wysokie trawy przysłaniały pnie drzew. Wszystkie te małe elementy składały się na jeden, spójny obraz natury. Wtopili się w niego. Zjednali z trawą, potokiem, powiewem wiatru - i ze sobą nawzajem.
Julia wbiła paznokcie w ramię chłopaka, westchnąwszy
cicho.
- Chyba musisz już iść. - Odsunęła się od niego powolnie, po czym złapała
kosz w dłonie. - Choć nadal myślę, że w ogóle nie powinno cię tu być.
- Wręcz przeciwnie, dawno nie czułem się równie oczarowany. - Julia zagryzła usta. Nie oszukuj się, on nie mówi o tobie. To książę. - Dziękuję.
- Dlaczego książę ze mną rozmawia? - Odparła po chwili. - Powinieneś mnie tylko informować o tym, co przygotować na śniadanie.
- Gdyby nie etykieta dworska sam bym sobie gotował. Jestem pewien, że byłbym doskonałym kucharzem. - Założył ręce za plecy. Dziewczyna parsknęła krótkim śmiechem. Nadal ogarniało ją zdenerwowanie, ale czuła się zbyt błogo, by dać mu tak po prostu odejść.
- Więc może przy następnej sposobności wprowadzę Waszą Wysokość do kuchni? - Nie, nie, nie. Co ty robisz? To się źle skończy. To się ŹLE skończy.
- Więc może przy następnej sposobności wprowadzę Waszą Wysokość do kuchni? - Nie, nie, nie. Co ty robisz? To się źle skończy. To się ŹLE skończy.
- Zaraz po tym jak przestaniesz się do mnie zwracać per "Wasza Wysokość".
- Zbliżył się do niej, założywszy ręce na piersi. - Znamy się od lat.
Policzki Julie spłonęły ognistym rumieńcem. Jej serce
podzieliło się na dwoje, choć umysł znał
odpowiedź na wszystkie dręczące pytania. To nie może dłużej trwać. Każda
mijająca sekunda wzmaga niebezpieczeństwo.
Jeśli ktoś ich zobaczy cały wysiłek, jaki wkłada w swoją pracę pójdzie
na marne. Uwłacza królestwu. Dopuszcza się czynów niegodnych swojego stanu. Czy
słowo księcia będzie mogło coś zmienić, skoro to on sprowadza na nią
zagrożenie?
- I od lat nie zamieniliśmy ze sobą zbyt wielu słów. Tak
powinno zostać.
- Myślisz tak ty, czy prawo, które cię obowiązuje? -
Zmarszczył czoło.
Całe życie wykonywał polecenia innych, nawet te najbardziej absurdalne. Nadszedł czas, by zrobić krok naprzód.
Całe życie wykonywał polecenia innych, nawet te najbardziej absurdalne. Nadszedł czas, by zrobić krok naprzód.
- Czy to jakaś różnica? - Rzekła, odwracając się do niego plecami. Potarła łokcie opuszkami palców i westchnęła cicho. - Wasza Wysokość musi już iść. Ściemnia się.
Milton zwrócił dziewczynę w swoją stronę, oblizawszy usta. Minęło sporo czasu zanim postanowił ująć jej dłoń, aby złożyć na niej krótki pocałunek. Jeszcze dłużej zajęło mu zebranie w głowie słów, które chciałby w tej chwili wypowiedzieć.
A może po prostu pragnął trwać tutaj, z ustami na skórze Julie i sercem łomoczącym w piersi? Ponad wszelką wątpliwość była to perspektywa o niebo lepsza od omawiania szczegółów balu w pałacu. Chociaż zdawał sobie sprawę, że rzeczywiście powinien był odejść.
- Dobranoc, Julio. - Powiedział w końcu.
- Dobranoc. - Odpowiedziała.
~*~
Edward krążył gorączkowo po sali. Zniknięcia syna nie zdziwiło go zanadto, spodziewał się go. Nigdy nie był wystarczająco odpowiedzialny, nie dokładał starań do rzeczy, które winne być dla niego dobrem nadrzędnym. Błąkał się po zakamarkach swojego pokoju lub jeździł konno po lesie. Czytał niedorzecznie grube księgi. Uśmiechał się do służby. Nie potrafił przeżyć należycie ani jednego dnia. Zresztą, on wcale nie potrzebował tego chłopaka. Potrzebował następcy tronu.
- Gdzieś ty był? - Uniósł się, zobaczywszy Miltona w drzwiach. - Mieliśmy porozmawiać.
- Nie, chciałeś mnie raczej przekonać do zmarnowania reszty swojego życia u boku kobiety, której nie kocham. To mała różnica, nie sądzisz? - Uśmiechnął się delikatnie.
- Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz?! -Zamaszystym gestem złapał się za głowę. Miał władzę, rządził całym wybrzeżem. Był na przegranej pozycji. - Od początku wiedziałeś, że korona niesie za sobą odpowiedzialność. Królestwo tego od ciebie wymaga, ja i twoja matka również.
A jaka była prawda? Co tak właściwie siedziało w głębi tego na pozór zatwardziałego serca? Czy przyduszony do muru nadal zasłaniałby się prawem, na które sam zresztą mógłby wpłynąć? Żądał zbyt wiele, aby domagać się odpowiedzi. Nie był gotowy na tą, jaką otrzymał.
- Elizabeth miała wolną wolę, ja proszę o to samo.
- W przeciwieństwie do ciebie ona wiedziała, co robi. - Odrzekł po dłuższej chwili ciszy. Minęły już trzy lata, lecz wciąż musiał powstrzymywać drżenie głosu. Każda wzmianka o niej cofała rzeczywistość do tamtego dnia. Dotyku jej mokrej dłoni, ochrypłego głosu... Jeszcze za wcześnie.
Milton wolnym krokiem zbliżył się do wyjścia. Nawet jeśli w oczach ojca zachowywał się jak kapryśna dworzanka nie zamierzał zmieniać zdania. Oderwie się od znanego. Pożegna zaplanowaną przyszłość. Wymaże z pamięci wszelakie zasady. Tak, od dzisiaj. Od dzisiaj sam zapisze karty swojej historii. - Jutro rano odbędzie się przymiarka stroju, lepiej żebyś się na niej pojawił. To samo dotyczy balu.
- Och, przyjdę na bal. - Zaśmiał się, naciskając klamkę. Gdy przeszedł przez próg odwrócił się w stronę króla. - Ale sam zdecyduję czy spotkam tam pannę, z którą chciałbym się ożenić. Nawet gdyby miałby to być ktoś, kto pierze moje ubrania.
Zamknął drzwi.
~*~
W życiu nie ma wystarczająco dużo chwil uniesienia. Ten moment, kiedy w największym pędzie możesz chwycić czyjąś dłonią i zatrzymać czas świadczy o istocie egzystencji. Wtedy nareszcie czujesz, że jest ktoś, kto odkryje z tobą wszystkie tajemnice wszechświata, nawet jeśli przewyższy to zapas jego sił. Ale nie puści twojej ręki. I będzie zawsze, gdy zrobi to ktoś inny.
Jego dotyk właśnie to ze sobą niósł. Sposób w jaki muskał palcami jej skórę odcisnął się piętnem na umyśle Julie. Czuła go nawet w tej chwili, zdając sobie sprawę, że mimo, iż wcale nie powinna zatapiała się we wspomnieniu. Obrazie, który być może już zawsze zostanie tylko i wyłącznie obrazem.
~*~
Milton zwrócił dziewczynę w swoją stronę, oblizawszy usta. Minęło sporo czasu zanim postanowił ująć jej dłoń, aby złożyć na niej krótki pocałunek. Jeszcze dłużej zajęło mu zebranie w głowie słów, które chciałby w tej chwili wypowiedzieć.
A może po prostu pragnął trwać tutaj, z ustami na skórze Julie i sercem łomoczącym w piersi? Ponad wszelką wątpliwość była to perspektywa o niebo lepsza od omawiania szczegółów balu w pałacu. Chociaż zdawał sobie sprawę, że rzeczywiście powinien był odejść.
- Dobranoc, Julio. - Powiedział w końcu.
- Dobranoc. - Odpowiedziała.
~*~
Edward krążył gorączkowo po sali. Zniknięcia syna nie zdziwiło go zanadto, spodziewał się go. Nigdy nie był wystarczająco odpowiedzialny, nie dokładał starań do rzeczy, które winne być dla niego dobrem nadrzędnym. Błąkał się po zakamarkach swojego pokoju lub jeździł konno po lesie. Czytał niedorzecznie grube księgi. Uśmiechał się do służby. Nie potrafił przeżyć należycie ani jednego dnia. Zresztą, on wcale nie potrzebował tego chłopaka. Potrzebował następcy tronu.
- Gdzieś ty był? - Uniósł się, zobaczywszy Miltona w drzwiach. - Mieliśmy porozmawiać.
- Nie, chciałeś mnie raczej przekonać do zmarnowania reszty swojego życia u boku kobiety, której nie kocham. To mała różnica, nie sądzisz? - Uśmiechnął się delikatnie.
- Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz?! -Zamaszystym gestem złapał się za głowę. Miał władzę, rządził całym wybrzeżem. Był na przegranej pozycji. - Od początku wiedziałeś, że korona niesie za sobą odpowiedzialność. Królestwo tego od ciebie wymaga, ja i twoja matka również.
A jaka była prawda? Co tak właściwie siedziało w głębi tego na pozór zatwardziałego serca? Czy przyduszony do muru nadal zasłaniałby się prawem, na które sam zresztą mógłby wpłynąć? Żądał zbyt wiele, aby domagać się odpowiedzi. Nie był gotowy na tą, jaką otrzymał.
- Elizabeth miała wolną wolę, ja proszę o to samo.
- W przeciwieństwie do ciebie ona wiedziała, co robi. - Odrzekł po dłuższej chwili ciszy. Minęły już trzy lata, lecz wciąż musiał powstrzymywać drżenie głosu. Każda wzmianka o niej cofała rzeczywistość do tamtego dnia. Dotyku jej mokrej dłoni, ochrypłego głosu... Jeszcze za wcześnie.
Milton wolnym krokiem zbliżył się do wyjścia. Nawet jeśli w oczach ojca zachowywał się jak kapryśna dworzanka nie zamierzał zmieniać zdania. Oderwie się od znanego. Pożegna zaplanowaną przyszłość. Wymaże z pamięci wszelakie zasady. Tak, od dzisiaj. Od dzisiaj sam zapisze karty swojej historii. - Jutro rano odbędzie się przymiarka stroju, lepiej żebyś się na niej pojawił. To samo dotyczy balu.
- Och, przyjdę na bal. - Zaśmiał się, naciskając klamkę. Gdy przeszedł przez próg odwrócił się w stronę króla. - Ale sam zdecyduję czy spotkam tam pannę, z którą chciałbym się ożenić. Nawet gdyby miałby to być ktoś, kto pierze moje ubrania.
Zamknął drzwi.
~*~
W życiu nie ma wystarczająco dużo chwil uniesienia. Ten moment, kiedy w największym pędzie możesz chwycić czyjąś dłonią i zatrzymać czas świadczy o istocie egzystencji. Wtedy nareszcie czujesz, że jest ktoś, kto odkryje z tobą wszystkie tajemnice wszechświata, nawet jeśli przewyższy to zapas jego sił. Ale nie puści twojej ręki. I będzie zawsze, gdy zrobi to ktoś inny.
Jego dotyk właśnie to ze sobą niósł. Sposób w jaki muskał palcami jej skórę odcisnął się piętnem na umyśle Julie. Czuła go nawet w tej chwili, zdając sobie sprawę, że mimo, iż wcale nie powinna zatapiała się we wspomnieniu. Obrazie, który być może już zawsze zostanie tylko i wyłącznie obrazem.
Bal z okazji wejścia następcy tronu w wiek dorosłości od
zawsze był w kraju wielkim wydarzeniem. Samo przebywanie w tej samej budowli, w
tym samym skrzydle, a co dopiero na samej sali podczas jego trwania
zdecydowanie zawyżał pozycję w szczeblach drabiny społecznej. To był zaszczyt,
którego dostępowali tylko prawdziwi arystokraci: czysta krew i wypchane
kieszenie lub też pałacowa służba: ładna twarz i przyzwoity strój.
Przygotowując posiłek, Julia raz po raz oglądała się w odbiciu srebrzystego
ostrza. Jej twarz nie była wprawdzie idealną, nie posiadała miękkich rys czy
delikatności typowej szlachcianki, ale pozwalała na pokazanie się wśród ludzi.
Dodatkowo, jeśli upięłaby włosy, może nie wydawałaby się tak ponura? Mama
zawsze powtarzała jej, że powinna się więcej uśmiechać. Żeby nie odstraszać
ludzi. Król z pewnością to doceni i pozwoli jej tego dnia na obsługiwanie
gości. Nie będzie musiała tańczyć, przebywanie w towarzystwie tylu
wyrafinowanych osobistości będzie dla niej wystarczającym wyróżnieniem. Chciała
tam tylko być. Och, tak bardzo pragnęła to wszystko zobaczyć - poczuć się kimś
więcej niż praczka. Stać się osobą ze swoich snów.
Lecz nie miała właściwiej sukni. Razem z matką pracowały w
pałacu od dawna, jednak pieniądze, które dostawały nie pozwalały im na
przesadnio dosadne życie. Spadek po ojcu również nie był wysoki. Wystarczył na
wykupieniu kilku metrów materiału; wystarczył tylko na jedną halkę oraz trzy
niewykończone suknie. Julia nosiła zazwyczaj ubrania mamy lub te, z których już
wyrosła. Nie było jej stać na coś, co mogłoby się przyczynić do udziału w balu. W tej chwili głęboko kwestionowała ideę, oznajmiającą, że pieniądze nie kupią niczyjego szczęścia. To raczej marnego pokroju wymówka, mająca na celu choć w niewielkim stopniu pocieszyć ubogich. Kiepski żart.
- Mamo, byłaś kiedyś na królewskim balu? - dziewczyna spytała o to raczej bezwiednie. Jej rozmarzone spojrzenie wskazywało na to, że wciąż jeszcze przebywała gdzieś daleko i nie wykazała żadnych chęci powrotu. Móc być znowu z księciem. Zobaczyć go. Zatańczyć. Porozmawiać.
Milton rozbudził w niej poczucie, którego do tej pory nie znała. Ta jedna godzina pozwoliła jej uwierzyć w ich równość, zatarła granicę. Tyle, że życie zdawało się kreślić ją na nowo.
- Dziecko, chyba nie chcesz prosić go o to, by cię wpuścił na salę? Odkąd tutaj trafiłam, wszelakie przyjęcia były obsługiwane przez pokojówki. Wiesz, że są rangę wyżej od nas. Ludzie oglądają je chętniej.
- Czy ty słyszysz, co mówisz, mamo? - wypowiedziawszy te słowa, wbiła nóż w stół, niemal tracąc przy tym palce. Wirowała pomiędzy jawą a snem, trudno było odnaleźć się jej w rzeczywistości. Zanim podjęła się kontynuowania, sprawdziła jednak, czy są tu same. To, co chciała teraz powiedzieć mogło okazać się dla niej zgubne. - Człowiek - chwyciła się za ramiona - jest człowiekiem. I nie powinno się na niego patrzeć inaczej. Nie powinno się go traktować inaczej. Władca, który respektuje traktowanie służby jako odmienny gatunek, a tym bardziej propaguje coś takiego, nie nadaje się do tego, żeby rządzić krajem. Nie rozumiesz? Nasz król jest królem bogatych. To, że musimy chować się po kątach i drżeć z zimna, podczas gdy reszta przystraja się w te swoje śmieszne futra jest doprawdy zabawne.
Julia zaśmiała się ironicznie. Powiedziała to. Nagięła prawo, zaryzykowała, ale nareszcie to z siebie wyrzuciła. Zrobiła najlepszą rzecz, jaką mogła zrobić. Problem w tym, że Florence uważała inaczej.
Złapała córkę za nadgarstek, a drugą ręką zakryła jej usta. Nie musiała nawet otwierać swoich. Jej wzrok mówił sam za siebie.
- Skłamałabym, mówiąc, że nie masz racji, ale nie możesz tak reagować. Wiesz, jakie są konsekwencje - ścisnęła jej dłoń odrobinę za mocno. - Proszę cię, zapomnij o tym balu. Będziesz przygotowywać posiłki, a jeżeli król okaże się na tyle łaskawy, otworzy drzwi sali, żebyś mogła na kilka sekund zajrzeć do środka. Do tego zostaliśmy stworzeni, musisz nauczyć się z tym żyć.
Julia wyrwała się z uścisku kobiety. Schyliła głowę.
Jeden wieczór. Jeden wieczór na tym parkiecie, a zacznie pracować sto razy ciężej. Nie, tysiąc razy! Tylko niech pozwolą jej tam wejść, chociaż na chwilę. Może książę by się za nią wstawił. On ją rozumie, na pewno postarałby się coś zrobić. Wystarczy go poprosić i...
- Przysięgnij, że już więcej o tym nie pomyślisz - Florence uniosła brew do góry.
- Dobrze, mamo - przekrzywiła głowę, pewna, że nie da rady dotrzymać słowa. - Przysięgam.
Tę noc Milton spędził bezsennie. Nagle jego idealnie miękki materac okazał się nazbyt twardy, ciemność nazbyt jasna, a cisza nazbyt głośna. Nie potrafił się skupić. I nie chodziło tu tylko o fakt, że w ciągu najbliższych kilku tygodni, a może nawet dni, poślubi kobietę, która będzie mu towarzyszyć u boku resztę życia. Problemem było narastające uczucie, każące mu myśleć, że już ją znalazł.
Wyszedł z pałacu, ot tak, aby zrobić na złość ojcu. Lubił rozmawiać ze służącymi, chociaż wiedząc, czego oczekują od niego rodzice, nie zagłębiał się w te znajomości. Następcy tronu nie wypadało przecież zadawać się z osobą, która przygotowuje dla niego śniadania - a jednak to zrobił. Wystarczyła mu godzina, by przekonać się, że dziewczyna z niezamożnej rodziny jest bardziej wartościowa niż te, z którymi miał do tej pory styczność. Czuł się przy niej nadzwyczaj swobodnie, nawet jeśli był zobowiązany do zachowania nadwornej etykiety. Było tak, jakby pozbył się korony, choć cały czas miał ją na głowie. Zwariował. Postradał zmysły. Widywał ją przecież na korytarzach wcześniej, dlaczego dopiero teraz to zauważył? To, jak niesamowicie wyglądała, gdy się uśmiechała albo, jak niezwykłe było jej spojrzenie. Fiołkowe oczy. Jeszcze nigdy takich nie widział.
Wszystkie te emocje poczynały się w nim mieszać, co doprowadzały go do stanu wielkiego zaniepokojenia. Prawo im nie sprzyjało. Lud im nie sprzyjał. Jego ojciec nawet nie chciałby o tym słyszeć; a jednak. Jeśli będzie musiał przetańczyć noc balową, na pewno zrobi to tylko z nią.
~*~
Nagła decyzja o balu, który dla która był również szczęśliwie prawdopodobnym balem zaręczynowym, wywołała w zamku ogóle zamieszanie. Doba miała zdecydowanie za mało godzin, by zdążyć z realizacją wszystkich szalonych idei, dlatego ministrowie, choć niezwykle ostrożnie i z przestrachem, próbowali wyperswadować Edwardowi wizję niemożliwie perfekcyjnego wieczoru. Z niezadowalającym skutkiem.
- Nie możemy zaprosić innych europejskich księżniczek, wiadomość przyjdzie do nich za późno.
- Więc zróbcie coś, żeby to zmienić.
- Wasza Wysokość chyba rozumie, że nie mamy wpływu na takie rzeczy.
- Nie interesuje mnie to.
W podobnym tonie minęła również reszta poranka, kiedy zmęczony król wspaniałomyślnie stwierdził, że nie obchodzi go nic więcej oprócz natychmiastowego ożenku syna i nakazał sprowadzić go do sali jadalnej, by jak najszybciej z nim porozmawiać. Sam zasiadł przy stołu, z bezradności chwytając się za głowę. Przez chwilę zaczął wątpić w pomyślność swoich działań, jednak pokrzepiała go myśl, mówiąca mu, że to wszystko już niedługo się skończy. Odda władzę. Zejdzie z tronu. W końcu odpocznie.
- Witaj, ojcze - głos Miltona wyrwał go z zadumy. Edward skinął synowi głową na powitanie, po czym wskazał krzesło obok siebie.
- Nie mogę cię zapewnić - zaczął, wzdychając. - że na tym balu spotkasz kogoś, kto sprosta twoim oczekiwaniom, ale jeśli zostało ci jeszcze trochę rozsądku, wybierzesz sobie żonę.
Wargi księcia wygięły się w bezczelnym uśmiechu.
- Są jakieś warunki, które musi spełniać? - mężczyzna, spodziewając się kolejnej fali sprzeciwu, spojrzał na niego zdumiony. Zdezorientowany pokręcił głową.
- Cóż, zaproszono nadzwyczaj czarujące niewiasty. Będę zadowolony, jeżeli nie będziesz stawiał więcej oporu. Więcej mnie nie interesuje.
- To znaczy, że mogę poślubić jakąkolwiek kobietę, która pojawi się na balu? - Milton zmrużył oczy, a jego uśmiech niezauważenie stał się jeszcze większy.
- Właśnie to powiedziałem, o czym ty znowu myślałeś? - Edward kolejny raz potrząsnął głową. Zanim zdążył się zorientować, chłopak wstał i pospiesznym krokiem zbliżył się do wyjścia. - Dokąd ty znowu idziesz?! - nie otrzymał odpowiedzi.
Bo znalazł się sposób. Teraz wystarczyło do niego przekonać resztę świata.
~*~
Coraz mniej czasu. Julia wypełniała swoje obowiązki niespokojnie. Robiła wszystko tak, by przypadkiem nie spotkać księcia na korytarzu, choć tęskniła za jego widokiem. Wiedziała, że gdy tylko znów znajdzie się w pobliżu lub chociażby usłyszy ten głos, całkowicie straci nad sobą kontrolę, a na to nie mogła sobie pozwolić. W grę wchodził nie tylko bal. Uderzała w nią niedorzeczność podobnego widoku - następca tronu i pomywaczka.
Człowiek i człowiek.
- Dzień dobry, Julio - dziewczyna zatrzymała się gwałtownie i rzuciła w tył ostrożne spojrzenie. Nie broniła się przed uśmiechem, który mimowolnie zawitał na jej ustach. Nie potrafiłaby się przed nim powstrzymać.
- Dzień dobry - dygnęła nisko, pozwalając, by książę ją wyprzedził. Gdy przechodził obok, poczuła jak jej serce łomocze w piersi. Tak bardzo pragnęła z nim teraz porozmawiać. Albo po prostu iść w niczym nie przeszkadzającej ciszy. Być z nim. Trwać przy nim. To jedyna rzecz, dla której mogłaby zrezygnować z balu - i kolejny powód, dla którego zrobiłaby wszystko, żeby się tam znaleźć.
Na policzki Julie wpłynął ognisty rumieniec.
- Oczywiście pojawisz się na balu? - założył ręce za plecy. - Poproszę ojca, żeby zwolnił cię ze służby. Chcę zatańczyć z kimś, kto nie będzie spodziewał się wyjścia z tego z całymi stopami.
- To bardzo miłe, Wasza Wysokość - odrzekła, niepewnie podnosząc spojrzenie. Przez dłuższą chwilę błądziła po uśmiechniętej twarzy chłopaka, aż w końcu, oblizawszy wargi, zaczęła mówić dalej. - ale myślę, że nogi jeszcze mi się przydadzą - z ust Miltona wydobył się cichy śmiech. - Ponadto, król nigdy nie pozwoli na okrycie się hańbą, pozwalając służce na udział w przyjęciu urodzinowym swojego syna. Chyba, że nie wiedziałby, że tam jestem.
- Akurat temu - zbliżył twarz do jej twarzy. Raptownie malejąca przestrzeń zmusiła ją do wstrzymania oddechu. - mogę zaradzić.
- Wasza Wysokość...
Chciała pokręcić głową, zaśmiać się lub chociażby zdobyć na parę słów więcej, lecz głos uwiązł jej w gardle. Nagle dostała szansę na spełnienia marzenia. Zobaczyła wyciągniętą dłoń i nie wiedziała, co ma z nią zrobić. Jeśli ją odrzuci, być może ostatecznie straci podobną sposobność. Jeśli nie, narazi księcia na gniew króla oraz szemranie wśród ludu, a tego za wszelką cenę pragnęła uniknąć. Nie potrafiłaby żyć ze świadomością, że jest powodem jego utrapień.
- Julio, chciałabyś... - przerwał, słysząc nadchodzące kroki. Julia odskoczyła od niego przestraszona.
Odczekali w ciszy, aż dwójka ministrów przemierzy korytarz. Wymienili z Miltonem pospieszne skinienia, na dziewczynę nie zwrócili większej uwagi. Tym lepiej. - Chciałabyś zatańczyć ze mną na balu? - odchrząknął.
- Książę nie może się ze mną pokazywać. To wbrew etykiecie.
- Pozwól, że sam zdecyduję, z kim i jak będę spędzać czas - uśmiechnął się lekko. - Więc proszę, odpowiedz mi, tak jakbyś rozmawiała z pospolitym poddanym. Chcesz zatańczyć ze mną na balu?
Julie rozejrzała się nerwowo wokół. A może nikt jej nie zauważy? Jeżeli wtopi się w tłum, jeżeli będzie uważać... nie musi spędzić tam wiele czasu. Jeden taniec. Ewentualnie dwa. Kilka minut. Tyle jej wystarczy. Przecież nie może stać się nic złego.
- Tak - skinęła nieśmiało głową. Działał na nią inaczej niż inni i coraz częściej utwierdzała się w przekonaniu, że wcale nie z powodu dzielących ich różnic.
Na twarz Milton wpłynął szeroki uśmiech. Nieświadomie ujął dłonie Julie, po czym niemal natychmiast je wypuścił, nie pozwalając na żadną reakcję z jej strony.
- Wszystkim się zajmę. Porozmawiam z królem, a jeśli nie zgodzi się na twoją obecność, zrobię coś, żeby cię nie zauważyli. Obiecuję - mówił tak szybko, że sam z trudem rozróżniał słowa. W końcu zamilkł, by zaczerpnąć powietrza i znów się uśmiechnął. - Cieszę się, że tam będziesz.
- Tak - odrzekła, wysyłając mu przeciągłe spojrzenie. - Ja też.
~*~
To nie było nic złego. Zwykła okazja do spełnienia swojego snu. Wizja tak piękna, że wszystko wokół nagle wydało się Julie blade i nadzwyczaj nieinteresujące. Tak cudowna, że na moment dopadły ją poprzednie obawy. Może i nie będzie samotna, ale z całą pewnością będzie się wyróżniać. Nigdy nie przyjrzała się bliżej dworskim zachowaniom, uprzednio wyrobiwszy sobie o nim dość nieprzychylne zdanie. Nie wiedziała, jak powinna się zachowywać. Co powinna mówić, jeśli ktoś zwróci na nią uwagę. Niemniej, co powie jej matka, gdy się dowie? Obiecała, że zapomni i choć od początku wiedziała, iż składana obietnica okaże się wierutnym kłamstwem, czuła się podle. Nie miała w zwyczaju nikogo oszukiwać. W tamtej chwili wydało jej się to odpowiednim wyjściem, lecz czy było takim naprawdę? Podobno nawet ta najgorsza prawda jest lepsza niż oszczerstwo.
Jednak z drugiej strony, ten jeden mały gest na pewno ją uspokoił. To było kłamstwo w dobrej sprawie. Nic złego.
Mama się nie dowie, a ja zatańczę na balu. Choćbym miała to zrobić w łachmanach. Księciu na pewno by to nie przeszkadzało...
Ach, książę. Ich ostatnie spotkanie wydało jej się nazbyt odległe. Potrzebowała kolejnego, chciała rozmawiać z nim przez cały dzień, chciała, żeby zapewnił ją, że wcale nie przeszkadza mu ta różnica społeczna. Przez chwilę przemknęło jej nawet przez głowę, iż spędzanie wspólnie czasu jest równie wyjątkowe dla niego. Chciałaby tego tak bardzo. I chciałaby go w końcu zobaczyć.
- Wasza Wysokość - widząc zmierzającego ku niej księcia, wydała z siebie zduszony okrzyk. Nie kontrolowała tego.
- Coś się stało, Julio?
- Nie, ja tylko... - przełknęła ślinę, ze stresu wykręcając palce. Milton. Mama. Bal. Król... Milton. - Zawsze marzyłam o tym, żeby przeżyć coś, czego nigdy nie przeżyłby ktoś taki jak ja - wypaliła. - Nie mam sukienki. Marzyłam o tym balu, ale nie mam sukienki.
Książę zaśmiał się krótko, po czym wyciągnął w jej stronę, zaciśnięty w pięści, klucz.
- Właśnie miałem zamiar się tym zająć.
- Co to jest?
- Rozwiązanie - uśmiechnął się. - Pozwól za mną.
Samo wdarcie się na bal i okłamanie matki przy tym, co zrobiła teraz wyglądało zupełnie niewinnie. Milton otworzył przed nią drzwi do pokoju Elizabeth - do pomieszczenia, w którym królewska córka umarła, wijąc dziecko. Nikt nie miał tam wstępu; ba, nikomu nie wolno było nawet myśleć o tym, by przekroczyć próg tej komnaty (chyba, że otrzymał zgodę króla. Zazwyczaj były to tylko pokojówki, które dbały o porządek). A ona to zrobiła. W przeciągu kilku dni złamała prawdopodobnie większość obowiązujących tych zasad i wcale nie zapowiadało się na to, że poprzestanie wyłącznie na nich.
- Nie powinno mnie tu być, Wasza Wysokość. Lepiej pójdę zanim ktoś mnie zauważy - odwróciła się, lecz zaraz po tym poczuła na ramieniu silny ucisk. Jego dłoń nie zsunęła nawet wówczas, gdy stali se sobą twarzą w twarz.
Julia wstrzymała oddech.
- Tacy jak ja nie powinni przebywać w miejscach takich to - z trudem udało jej się wyrzucić z siebie to zdanie. Bliskość chłopaka ją rozpraszała. Sprawiał, że nie potrafiła myśleć logicznie i coraz trudniej było jej się hamować. Nie rozumiała dlaczego. Rozmawiali ze sobą raptem kilkukrotnie, w tak krótkim czasie nie da się... nie da się rozwinąć wielkich uczuć. Wprawdzie zwracała na niego uwagę wcześniej, ale była równie pewna, że ona pozostawała dla niego niewidzialna. Jednak stał tu teraz przed nią, mało tego, dotykał ją. I razem z nią łamał zakazy króla.
- Już drugi raz w przeciągu kilku minut mówisz "tacy jak ja". Co to znaczy?
- To znaczy... - zagryzła wargi. Co to tak właściwie znaczy? - że nie jesteśmy tacy sami, książę. Jesteśmy podzieleni. Tacy jak ja nie są ważni. Dlatego nigdy nie będziemy traktowani tak samo.
- Wcale nie, Julio - odrzekł, usiadłszy na wielkim łożu. Zmarszczył brwi.
To skłoniło Julie do dokładniejszemu przyjrzenia się wnętrzu. Komnata wyglądała tak, jakby ktoś nadal ją zamieszkiwał. Z garderoby wystawały rąbki jedwabnych tkanin (to pewnie dla nich mnie tu przyprowadził), żyrandol nadal połyskiwał. Wszystkie te zdobienia i złoto utwierdzały ją w przekonaniu, że powinna stąd wyjść. Nie pasowała tu.
- Nie?
- Nie. Przynajmniej nie do końca - oparł głowę o zgięte ręce. - To zabrzmiało tak, jakbyśmy pochodzili z całkowicie odmiennego gatunku. A jesteśmy ludzi.
- Nawet ludzie się różnią, Miltonie.
Przez moment spowiła ich piorunująca cisza. Julia okryła się ramionami, spuszczając głowę.
To było pierwsze zdanie, które wypowiedziały przy nim tak pewnie. I właśnie je zniszczyła.
- Jak mnie nazwałaś? - nie potrafiła określić tonu jego głosu. Ale nie wyglądał na urażonego, z całą pewnością nie wyglądał na urażonego.
- Przepraszam, książę, ja nie chciałam...
- Dlaczego mnie przepraszasz? - powiedział, a na jego usta wpłynął słaby uśmiech. - To moje imię. Powinnaś się do mnie zwracać po imieniu.
Julia sceptycznie uniosła brwi.
- Rzecz w tym, że nie powinnam. Służąca nie może zachowywać się tak wobec następcy trony, to wbrew etykiecie i wbrew różnicom. Właśnie to nas dzieli - przerwała na moment, by na niego spojrzeć. Nie zdziwiła się ciepłu, które nagle poczuła. Chyba zdążyła je przewidzieć; w ostatnim czasie pojawiało się bardzo często. - Książę - odchrząknęła. - to książę, ja jestem służącą. Jesteśmy innymi gatunkami.
- Takie założenie jest absurdalne - pokręcił głową.
- Być może, ale nie możemy go obejść - powiedziała, przeczesując dłonią włosy. Nie wiedziała, gdzie utkwić wzrok, więc w końcu postanowiła po prostu patrzeć na strojny dywan, który był wart prawdopodobnie tysiąc razy więcej niż ona. Po części w to wierzyła. Uważała za niesprawiedliwe, gardziła, ale w to wierzyła.
- Kto powiedział, że nie możemy? Myślę, że mam na to sposób - wstał z miejsca. - Ale będę cię potrzebował.
- Chyba nie rozumiem.
- To proste - wzruszył ramionami, uśmiechając się przy tym tak, że Julia nieomal zapomniał, jak oddychać. Świetnie, co potem? Zapomnisz swojego imienia, kiedy cię dotknie? Jednak szybko się otrząsnęła. Nie ma powodu, dla którego miałby mnie dotykać. - Po prostu przestań nazywać mnie księciem.
- To tak nie działa i książę dobrze o tym wie. Całe życie przypominano mi o panującej hierarchii, musimy się jej trzymać - słysząc ów słowa, Milton przestąpił z nogi na nogę. Z jego twarzy trudno było cokolwiek wyczytać. Być może obmyślał następny krok, być może umyślnie przeciągał nastałą ciszę, aby jak najdłużej rozkoszować się obecnością dziewczyny. Sam nie był tego pewien. Wiedział jedynie, że nie chciał zostać tu bez niej.
- Jak słusznie zauważyłaś - zaczął, nachyliwszy się. - po czym wielokrotnie powtórzyłaś, niedługo obejmę tron. Co równa się z tym, że będę mógł decydować o dworskiej etykiecie i całą resztą rzeczy, które w tej chwili cię uprzedzają. Dlatego też, pozwól, że spróbuję, chcę nabrać wprawy - uśmiechnął się ironicznie. - Jestem Milton. Jestem człowiekiem.
Widząc, że Milton przygotowuje się do ukłonu, Julia parsknęła cichym śmiechem. Starał się. Naprawdę się starał, a to znaczy, że w pewien sposób mu zależy. Tyle chyba wystarczy, żeby zaryzykować; nie mogła w nieskończoność odrzucać czegoś, co powoli przejmowało nad nią kontrolę. Lubiła na niego patrzeć. Nie musiała tego robić przez pryzmat zasad.
- Jestem Julia - dygnęła. - I myślę, że możesz mi powiedzieć, dlaczego mnie tu przyprowadziłeś. Człowieku.
~*~
Możesz wybrać, którą chcesz. Mówiąc to, położył dłoń na jej plecach i poprowadził ją ku otwartej garderobie. Jego dotyk wprawiał ją w osłupienie, ale nie chciała go przerywać.
Na pewno, powinnyście mieć podobny rozmiar. Nie pamiętała nawet o co zapytała. Zakodowała w głowie jedynie ten cudowny głos, który doprowadzał ją do szaleństwa.
Możesz zatrzymać klucz. Schlebiały jej okazywane względy, lecz wciąż trzymała w sobie obawy.
Ufam ci. Oddasz mi go po balu, nikt się nie zorientuje. Obiecuję. To wystarczyło. Wystarczyły trzy głupie zdania zatwierdzenia, że wszystko będzie dobrze, a ona ślepo mu uwierzyła. Właśnie tak na nią działał - tylko nie była pewna, czy to w porządku.
Zobaczymy się tu przed balem, dobrze? - Dobrze.
Nie spotkali się później. Może nie chcieli nikomu dawać powodów do podejrzeń, chociaż nie robili nic złego, prawda? Milton tylko pomagał jej spełnić marzenie. Niemożliwy sen, który już za chwilę przedłoży się na jawę.
Julia wygładziła falbany na sukni, chcąc jeszcze raz upewnić się, że wszystko, czego ostatnio doświadczyła było rzeczywiste. Z trudem udawało jej się zachować powagę. Minęła na korytarzu ministrów i niezauważenie otworzyła drzwi do komnaty Elizabeth. Udało jej się. Teraz wystarczyło jedynie poczekać na Miltona, według którego przedostanie się do sali nierozpoznana. W tej chwili wyłącznie Florence mogła zapobiec jej planom. Ale może w natłoku pracy nie spostrzeże jej nagłego zniknięcia. Może...
- Julio? - drzwi komnaty rozchyliły się. Dziewczyna odwróciła się przez ramię i uśmiechnęła mimowolnie. Tęskniła za jego widokiem. - Zaczynam wątpić w to, że nikt cię nie zauważy - podszedł do niej nieśmiałym krokiem, poprawiwszy koronę na głowie. Był ubrany w odświętny strój królewski, podobny do tego, w którym król niegdyś ogłosił światu swoje zaręczyny. Ta myśl znacznie wpłynęła na jej nastrój. - Na pewno nie, jeśli będziesz wyglądać tak pięknie.
- Umn, dziękuję - spuściła wzrok, by ukryć przed nim ogniście płonący rumieniec. - To przez tę sukienkę. Szkoda, że panienka Elizabeth nie mogła jej dzisiaj ubrać.
- Nie mówmy o tym. Ważne jest to, że jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z moimi założeniami, mój ojciec nareszcie przestanie szukać na dworze idealnej żony.
- Och, czyli znalazłaś dla siebie narzeczoną? - spytała, nie kryjąc w swoim głosie zawodu. Skoro już wybrał, dlaczego dawał jej tyle sprzecznych znaków?
- Mam nadzieję.
- To... - przełknęła ślinę. - to wspaniale.
- A teraz chodź - pomachał jej przed twarzą barwną maską. - Za chwilę zaczną mnie szukać.
~*~
Spod jej zmrużonych powiek wyłonił się obraz sali balowej. Najpiękniejsze panny królestwa sunęły lekko po parkiecie u boku swoich partnerów. Zwisające z sufitu żyrandole oświetlały pomieszczenie, odbijając błyszczącą tarczę księżyca. Zewsząd rozlegała się muzyka tak żywiołowa i delikatna zarazem, jak gdyby smyczkami operowała czysta magia. A na środku ona. Stała samotnie, podrygując w rytm melodii.
Rozdzielili się przed wejściem. Edward chciał, by Milton zapoznał się z kilkoma ważnymi osobistościami z innych państw - nie krył się z faktem, że już po paru minutach został oczarowany pięknem europejskich arystokratek. Lecz zanim zdążył wymienić z synem swoje uwagi, ten zniknął wśród gości. Wraz z tym krokiem dopełnił się sen.
Nagle z tłumu wyłonił się młody mężczyzna. Zdecydowanym ruchem przyciągnął Julię do siebie, objąwszy ją w talii. Zrobił to tak niespodziewanie, że z początku zupełnie pogubili się w rytmie. Tańczyli roześmiani, z nadzieją, że żaden spadający z sufitu żyrandol, nie zepsuje im tej chwili. Mieli trwać złączeni już na wieczność. Dłoń w dłoni. Głęboko skupieni w swoich spojrzeniach.
Dlatego w kolejnej minucie, Milton zbliżył twarz do twarzy dziewczyny.
- Cieszę się, że nauczyłaś mnie tańczyć.
- Cieszę się, że mogę z tobą tańczyć, nie martwiąc się o to, że stracę stopy - maska stłumiła jej głos, lecz książę usłyszał dokładnie każde słowo. Uśmiechnął się.
- Może zrobisz dla mnie coś jeszcze? - zapytał.
- Co takiego?
Milton przełknął ślinę, pochyliwszy się nad nią. Delikatnie zsunął z jej twarzy maskę.
- Zostań moją żoną - odczekał chwilę, żeby móc spokojnie zaobserwować jej reakcję. Nie potrafił dokładnie rozróżnić emocji, które ujrzał. Była zaskoczona. Szczęśliwa. Przestraszona. Niepewna?
Błagam, żeby nie była niepewna. - Proszę cię, Julio - musnął jej wargi. - Po prostu się zgódź.
- Dobrze - odpowiedziała po dłuższej chwili ciszy. Zagryzła usta.
- Dobrze?
- Dobrze.
Zgodziła się. Wiedziała, że ich związek nie miał racji bytu, a całe królestwo stanie przeciwko im, ale stojąc tu teraz z nim i patrząc jak radość gwałtownie wstępuje w jego oczy, wiedziała też, że nie byłaby w stanie odpowiedzieć inaczej. Kochała go. Kochała go tak bardzo, że mogła tym zgubić samą siebie.
~*~
- Nie! - Edward uciszył syna ręką, nie zważając na to, iż w sali nadal kłębią się zdezorientowani goście. Starał się nie zwracać uwagi na Julię, jednak cały czas spoglądał na nią złowrogo i wyniośle; nie potrafił znieść myśli, że Milton mógł chociażby pomyśleć o ożenku z czymś takim. Na domiar złego, przyznał się do tego przy tylu znakomitych osobistościach! Z całą pewnością nie był gotowy na objęcie tronu. Nie, jeśli wybrał dla ludu marną służkę. - To obraza majestatu! Naprawdę chcesz czegoś takiego dla państwa?!
- Tak - mimo buzujących w nim emocji, udało mu się utrzymać spokój w głosie. Sam był zdziwiony swoim opanowaniem, jednakże wiedział, że tylko to może wyprowadzić go z przegranej pozycji. Przekonanie do czegoś króla i tak graniczyło z cudem, a on faktycznie wybrał do tego nieodpowiedni moment. - Lud potrzebuje zrozumienia, Julia może mu je dać - oblizał usta. - Nie wiem czy zdążyłeś zauważyć, ale do twoich poddanych nie zaliczają się wyłącznie szlachcianie.
- Nie pouczaj mnie w kwestii spraw, o których nie masz pojęcia.
- Nie mogę siedzieć bezczynnie i patrzeć na cierpienie kogoś, kim wkrótce będę władać. Nie tak jak ty.
~*~
Wszystkie te emocje poczynały się w nim mieszać, co doprowadzały go do stanu wielkiego zaniepokojenia. Prawo im nie sprzyjało. Lud im nie sprzyjał. Jego ojciec nawet nie chciałby o tym słyszeć; a jednak. Jeśli będzie musiał przetańczyć noc balową, na pewno zrobi to tylko z nią.
~*~
Nagła decyzja o balu, który dla która był również szczęśliwie prawdopodobnym balem zaręczynowym, wywołała w zamku ogóle zamieszanie. Doba miała zdecydowanie za mało godzin, by zdążyć z realizacją wszystkich szalonych idei, dlatego ministrowie, choć niezwykle ostrożnie i z przestrachem, próbowali wyperswadować Edwardowi wizję niemożliwie perfekcyjnego wieczoru. Z niezadowalającym skutkiem.
- Nie możemy zaprosić innych europejskich księżniczek, wiadomość przyjdzie do nich za późno.
- Więc zróbcie coś, żeby to zmienić.
- Wasza Wysokość chyba rozumie, że nie mamy wpływu na takie rzeczy.
- Nie interesuje mnie to.
W podobnym tonie minęła również reszta poranka, kiedy zmęczony król wspaniałomyślnie stwierdził, że nie obchodzi go nic więcej oprócz natychmiastowego ożenku syna i nakazał sprowadzić go do sali jadalnej, by jak najszybciej z nim porozmawiać. Sam zasiadł przy stołu, z bezradności chwytając się za głowę. Przez chwilę zaczął wątpić w pomyślność swoich działań, jednak pokrzepiała go myśl, mówiąca mu, że to wszystko już niedługo się skończy. Odda władzę. Zejdzie z tronu. W końcu odpocznie.
- Witaj, ojcze - głos Miltona wyrwał go z zadumy. Edward skinął synowi głową na powitanie, po czym wskazał krzesło obok siebie.
- Nie mogę cię zapewnić - zaczął, wzdychając. - że na tym balu spotkasz kogoś, kto sprosta twoim oczekiwaniom, ale jeśli zostało ci jeszcze trochę rozsądku, wybierzesz sobie żonę.
Wargi księcia wygięły się w bezczelnym uśmiechu.
- Są jakieś warunki, które musi spełniać? - mężczyzna, spodziewając się kolejnej fali sprzeciwu, spojrzał na niego zdumiony. Zdezorientowany pokręcił głową.
- Cóż, zaproszono nadzwyczaj czarujące niewiasty. Będę zadowolony, jeżeli nie będziesz stawiał więcej oporu. Więcej mnie nie interesuje.
- To znaczy, że mogę poślubić jakąkolwiek kobietę, która pojawi się na balu? - Milton zmrużył oczy, a jego uśmiech niezauważenie stał się jeszcze większy.
- Właśnie to powiedziałem, o czym ty znowu myślałeś? - Edward kolejny raz potrząsnął głową. Zanim zdążył się zorientować, chłopak wstał i pospiesznym krokiem zbliżył się do wyjścia. - Dokąd ty znowu idziesz?! - nie otrzymał odpowiedzi.
Bo znalazł się sposób. Teraz wystarczyło do niego przekonać resztę świata.
~*~
Coraz mniej czasu. Julia wypełniała swoje obowiązki niespokojnie. Robiła wszystko tak, by przypadkiem nie spotkać księcia na korytarzu, choć tęskniła za jego widokiem. Wiedziała, że gdy tylko znów znajdzie się w pobliżu lub chociażby usłyszy ten głos, całkowicie straci nad sobą kontrolę, a na to nie mogła sobie pozwolić. W grę wchodził nie tylko bal. Uderzała w nią niedorzeczność podobnego widoku - następca tronu i pomywaczka.
Człowiek i człowiek.
- Dzień dobry, Julio - dziewczyna zatrzymała się gwałtownie i rzuciła w tył ostrożne spojrzenie. Nie broniła się przed uśmiechem, który mimowolnie zawitał na jej ustach. Nie potrafiłaby się przed nim powstrzymać.
- Dzień dobry - dygnęła nisko, pozwalając, by książę ją wyprzedził. Gdy przechodził obok, poczuła jak jej serce łomocze w piersi. Tak bardzo pragnęła z nim teraz porozmawiać. Albo po prostu iść w niczym nie przeszkadzającej ciszy. Być z nim. Trwać przy nim. To jedyna rzecz, dla której mogłaby zrezygnować z balu - i kolejny powód, dla którego zrobiłaby wszystko, żeby się tam znaleźć.
Na policzki Julie wpłynął ognisty rumieniec.
- Oczywiście pojawisz się na balu? - założył ręce za plecy. - Poproszę ojca, żeby zwolnił cię ze służby. Chcę zatańczyć z kimś, kto nie będzie spodziewał się wyjścia z tego z całymi stopami.
- To bardzo miłe, Wasza Wysokość - odrzekła, niepewnie podnosząc spojrzenie. Przez dłuższą chwilę błądziła po uśmiechniętej twarzy chłopaka, aż w końcu, oblizawszy wargi, zaczęła mówić dalej. - ale myślę, że nogi jeszcze mi się przydadzą - z ust Miltona wydobył się cichy śmiech. - Ponadto, król nigdy nie pozwoli na okrycie się hańbą, pozwalając służce na udział w przyjęciu urodzinowym swojego syna. Chyba, że nie wiedziałby, że tam jestem.
- Akurat temu - zbliżył twarz do jej twarzy. Raptownie malejąca przestrzeń zmusiła ją do wstrzymania oddechu. - mogę zaradzić.
- Wasza Wysokość...
Chciała pokręcić głową, zaśmiać się lub chociażby zdobyć na parę słów więcej, lecz głos uwiązł jej w gardle. Nagle dostała szansę na spełnienia marzenia. Zobaczyła wyciągniętą dłoń i nie wiedziała, co ma z nią zrobić. Jeśli ją odrzuci, być może ostatecznie straci podobną sposobność. Jeśli nie, narazi księcia na gniew króla oraz szemranie wśród ludu, a tego za wszelką cenę pragnęła uniknąć. Nie potrafiłaby żyć ze świadomością, że jest powodem jego utrapień.
- Julio, chciałabyś... - przerwał, słysząc nadchodzące kroki. Julia odskoczyła od niego przestraszona.
Odczekali w ciszy, aż dwójka ministrów przemierzy korytarz. Wymienili z Miltonem pospieszne skinienia, na dziewczynę nie zwrócili większej uwagi. Tym lepiej. - Chciałabyś zatańczyć ze mną na balu? - odchrząknął.
- Książę nie może się ze mną pokazywać. To wbrew etykiecie.
- Pozwól, że sam zdecyduję, z kim i jak będę spędzać czas - uśmiechnął się lekko. - Więc proszę, odpowiedz mi, tak jakbyś rozmawiała z pospolitym poddanym. Chcesz zatańczyć ze mną na balu?
Julie rozejrzała się nerwowo wokół. A może nikt jej nie zauważy? Jeżeli wtopi się w tłum, jeżeli będzie uważać... nie musi spędzić tam wiele czasu. Jeden taniec. Ewentualnie dwa. Kilka minut. Tyle jej wystarczy. Przecież nie może stać się nic złego.
- Tak - skinęła nieśmiało głową. Działał na nią inaczej niż inni i coraz częściej utwierdzała się w przekonaniu, że wcale nie z powodu dzielących ich różnic.
Na twarz Milton wpłynął szeroki uśmiech. Nieświadomie ujął dłonie Julie, po czym niemal natychmiast je wypuścił, nie pozwalając na żadną reakcję z jej strony.
- Wszystkim się zajmę. Porozmawiam z królem, a jeśli nie zgodzi się na twoją obecność, zrobię coś, żeby cię nie zauważyli. Obiecuję - mówił tak szybko, że sam z trudem rozróżniał słowa. W końcu zamilkł, by zaczerpnąć powietrza i znów się uśmiechnął. - Cieszę się, że tam będziesz.
- Tak - odrzekła, wysyłając mu przeciągłe spojrzenie. - Ja też.
~*~
To nie było nic złego. Zwykła okazja do spełnienia swojego snu. Wizja tak piękna, że wszystko wokół nagle wydało się Julie blade i nadzwyczaj nieinteresujące. Tak cudowna, że na moment dopadły ją poprzednie obawy. Może i nie będzie samotna, ale z całą pewnością będzie się wyróżniać. Nigdy nie przyjrzała się bliżej dworskim zachowaniom, uprzednio wyrobiwszy sobie o nim dość nieprzychylne zdanie. Nie wiedziała, jak powinna się zachowywać. Co powinna mówić, jeśli ktoś zwróci na nią uwagę. Niemniej, co powie jej matka, gdy się dowie? Obiecała, że zapomni i choć od początku wiedziała, iż składana obietnica okaże się wierutnym kłamstwem, czuła się podle. Nie miała w zwyczaju nikogo oszukiwać. W tamtej chwili wydało jej się to odpowiednim wyjściem, lecz czy było takim naprawdę? Podobno nawet ta najgorsza prawda jest lepsza niż oszczerstwo.
Jednak z drugiej strony, ten jeden mały gest na pewno ją uspokoił. To było kłamstwo w dobrej sprawie. Nic złego.
Mama się nie dowie, a ja zatańczę na balu. Choćbym miała to zrobić w łachmanach. Księciu na pewno by to nie przeszkadzało...
Ach, książę. Ich ostatnie spotkanie wydało jej się nazbyt odległe. Potrzebowała kolejnego, chciała rozmawiać z nim przez cały dzień, chciała, żeby zapewnił ją, że wcale nie przeszkadza mu ta różnica społeczna. Przez chwilę przemknęło jej nawet przez głowę, iż spędzanie wspólnie czasu jest równie wyjątkowe dla niego. Chciałaby tego tak bardzo. I chciałaby go w końcu zobaczyć.
- Wasza Wysokość - widząc zmierzającego ku niej księcia, wydała z siebie zduszony okrzyk. Nie kontrolowała tego.
- Coś się stało, Julio?
- Nie, ja tylko... - przełknęła ślinę, ze stresu wykręcając palce. Milton. Mama. Bal. Król... Milton. - Zawsze marzyłam o tym, żeby przeżyć coś, czego nigdy nie przeżyłby ktoś taki jak ja - wypaliła. - Nie mam sukienki. Marzyłam o tym balu, ale nie mam sukienki.
Książę zaśmiał się krótko, po czym wyciągnął w jej stronę, zaciśnięty w pięści, klucz.
- Właśnie miałem zamiar się tym zająć.
- Co to jest?
- Rozwiązanie - uśmiechnął się. - Pozwól za mną.
Samo wdarcie się na bal i okłamanie matki przy tym, co zrobiła teraz wyglądało zupełnie niewinnie. Milton otworzył przed nią drzwi do pokoju Elizabeth - do pomieszczenia, w którym królewska córka umarła, wijąc dziecko. Nikt nie miał tam wstępu; ba, nikomu nie wolno było nawet myśleć o tym, by przekroczyć próg tej komnaty (chyba, że otrzymał zgodę króla. Zazwyczaj były to tylko pokojówki, które dbały o porządek). A ona to zrobiła. W przeciągu kilku dni złamała prawdopodobnie większość obowiązujących tych zasad i wcale nie zapowiadało się na to, że poprzestanie wyłącznie na nich.
- Nie powinno mnie tu być, Wasza Wysokość. Lepiej pójdę zanim ktoś mnie zauważy - odwróciła się, lecz zaraz po tym poczuła na ramieniu silny ucisk. Jego dłoń nie zsunęła nawet wówczas, gdy stali se sobą twarzą w twarz.
Julia wstrzymała oddech.
- Tacy jak ja nie powinni przebywać w miejscach takich to - z trudem udało jej się wyrzucić z siebie to zdanie. Bliskość chłopaka ją rozpraszała. Sprawiał, że nie potrafiła myśleć logicznie i coraz trudniej było jej się hamować. Nie rozumiała dlaczego. Rozmawiali ze sobą raptem kilkukrotnie, w tak krótkim czasie nie da się... nie da się rozwinąć wielkich uczuć. Wprawdzie zwracała na niego uwagę wcześniej, ale była równie pewna, że ona pozostawała dla niego niewidzialna. Jednak stał tu teraz przed nią, mało tego, dotykał ją. I razem z nią łamał zakazy króla.
- Już drugi raz w przeciągu kilku minut mówisz "tacy jak ja". Co to znaczy?
- To znaczy... - zagryzła wargi. Co to tak właściwie znaczy? - że nie jesteśmy tacy sami, książę. Jesteśmy podzieleni. Tacy jak ja nie są ważni. Dlatego nigdy nie będziemy traktowani tak samo.
- Wcale nie, Julio - odrzekł, usiadłszy na wielkim łożu. Zmarszczył brwi.
To skłoniło Julie do dokładniejszemu przyjrzenia się wnętrzu. Komnata wyglądała tak, jakby ktoś nadal ją zamieszkiwał. Z garderoby wystawały rąbki jedwabnych tkanin (to pewnie dla nich mnie tu przyprowadził), żyrandol nadal połyskiwał. Wszystkie te zdobienia i złoto utwierdzały ją w przekonaniu, że powinna stąd wyjść. Nie pasowała tu.
- Nie?
- Nie. Przynajmniej nie do końca - oparł głowę o zgięte ręce. - To zabrzmiało tak, jakbyśmy pochodzili z całkowicie odmiennego gatunku. A jesteśmy ludzi.
- Nawet ludzie się różnią, Miltonie.
Przez moment spowiła ich piorunująca cisza. Julia okryła się ramionami, spuszczając głowę.
To było pierwsze zdanie, które wypowiedziały przy nim tak pewnie. I właśnie je zniszczyła.
- Jak mnie nazwałaś? - nie potrafiła określić tonu jego głosu. Ale nie wyglądał na urażonego, z całą pewnością nie wyglądał na urażonego.
- Przepraszam, książę, ja nie chciałam...
- Dlaczego mnie przepraszasz? - powiedział, a na jego usta wpłynął słaby uśmiech. - To moje imię. Powinnaś się do mnie zwracać po imieniu.
Julia sceptycznie uniosła brwi.
- Rzecz w tym, że nie powinnam. Służąca nie może zachowywać się tak wobec następcy trony, to wbrew etykiecie i wbrew różnicom. Właśnie to nas dzieli - przerwała na moment, by na niego spojrzeć. Nie zdziwiła się ciepłu, które nagle poczuła. Chyba zdążyła je przewidzieć; w ostatnim czasie pojawiało się bardzo często. - Książę - odchrząknęła. - to książę, ja jestem służącą. Jesteśmy innymi gatunkami.
- Takie założenie jest absurdalne - pokręcił głową.
- Być może, ale nie możemy go obejść - powiedziała, przeczesując dłonią włosy. Nie wiedziała, gdzie utkwić wzrok, więc w końcu postanowiła po prostu patrzeć na strojny dywan, który był wart prawdopodobnie tysiąc razy więcej niż ona. Po części w to wierzyła. Uważała za niesprawiedliwe, gardziła, ale w to wierzyła.
- Kto powiedział, że nie możemy? Myślę, że mam na to sposób - wstał z miejsca. - Ale będę cię potrzebował.
- Chyba nie rozumiem.
- To proste - wzruszył ramionami, uśmiechając się przy tym tak, że Julia nieomal zapomniał, jak oddychać. Świetnie, co potem? Zapomnisz swojego imienia, kiedy cię dotknie? Jednak szybko się otrząsnęła. Nie ma powodu, dla którego miałby mnie dotykać. - Po prostu przestań nazywać mnie księciem.
- To tak nie działa i książę dobrze o tym wie. Całe życie przypominano mi o panującej hierarchii, musimy się jej trzymać - słysząc ów słowa, Milton przestąpił z nogi na nogę. Z jego twarzy trudno było cokolwiek wyczytać. Być może obmyślał następny krok, być może umyślnie przeciągał nastałą ciszę, aby jak najdłużej rozkoszować się obecnością dziewczyny. Sam nie był tego pewien. Wiedział jedynie, że nie chciał zostać tu bez niej.
- Jak słusznie zauważyłaś - zaczął, nachyliwszy się. - po czym wielokrotnie powtórzyłaś, niedługo obejmę tron. Co równa się z tym, że będę mógł decydować o dworskiej etykiecie i całą resztą rzeczy, które w tej chwili cię uprzedzają. Dlatego też, pozwól, że spróbuję, chcę nabrać wprawy - uśmiechnął się ironicznie. - Jestem Milton. Jestem człowiekiem.
Widząc, że Milton przygotowuje się do ukłonu, Julia parsknęła cichym śmiechem. Starał się. Naprawdę się starał, a to znaczy, że w pewien sposób mu zależy. Tyle chyba wystarczy, żeby zaryzykować; nie mogła w nieskończoność odrzucać czegoś, co powoli przejmowało nad nią kontrolę. Lubiła na niego patrzeć. Nie musiała tego robić przez pryzmat zasad.
- Jestem Julia - dygnęła. - I myślę, że możesz mi powiedzieć, dlaczego mnie tu przyprowadziłeś. Człowieku.
~*~
Możesz wybrać, którą chcesz. Mówiąc to, położył dłoń na jej plecach i poprowadził ją ku otwartej garderobie. Jego dotyk wprawiał ją w osłupienie, ale nie chciała go przerywać.
Na pewno, powinnyście mieć podobny rozmiar. Nie pamiętała nawet o co zapytała. Zakodowała w głowie jedynie ten cudowny głos, który doprowadzał ją do szaleństwa.
Możesz zatrzymać klucz. Schlebiały jej okazywane względy, lecz wciąż trzymała w sobie obawy.
Ufam ci. Oddasz mi go po balu, nikt się nie zorientuje. Obiecuję. To wystarczyło. Wystarczyły trzy głupie zdania zatwierdzenia, że wszystko będzie dobrze, a ona ślepo mu uwierzyła. Właśnie tak na nią działał - tylko nie była pewna, czy to w porządku.
Zobaczymy się tu przed balem, dobrze? - Dobrze.
Nie spotkali się później. Może nie chcieli nikomu dawać powodów do podejrzeń, chociaż nie robili nic złego, prawda? Milton tylko pomagał jej spełnić marzenie. Niemożliwy sen, który już za chwilę przedłoży się na jawę.
Julia wygładziła falbany na sukni, chcąc jeszcze raz upewnić się, że wszystko, czego ostatnio doświadczyła było rzeczywiste. Z trudem udawało jej się zachować powagę. Minęła na korytarzu ministrów i niezauważenie otworzyła drzwi do komnaty Elizabeth. Udało jej się. Teraz wystarczyło jedynie poczekać na Miltona, według którego przedostanie się do sali nierozpoznana. W tej chwili wyłącznie Florence mogła zapobiec jej planom. Ale może w natłoku pracy nie spostrzeże jej nagłego zniknięcia. Może...
- Julio? - drzwi komnaty rozchyliły się. Dziewczyna odwróciła się przez ramię i uśmiechnęła mimowolnie. Tęskniła za jego widokiem. - Zaczynam wątpić w to, że nikt cię nie zauważy - podszedł do niej nieśmiałym krokiem, poprawiwszy koronę na głowie. Był ubrany w odświętny strój królewski, podobny do tego, w którym król niegdyś ogłosił światu swoje zaręczyny. Ta myśl znacznie wpłynęła na jej nastrój. - Na pewno nie, jeśli będziesz wyglądać tak pięknie.
- Umn, dziękuję - spuściła wzrok, by ukryć przed nim ogniście płonący rumieniec. - To przez tę sukienkę. Szkoda, że panienka Elizabeth nie mogła jej dzisiaj ubrać.
- Nie mówmy o tym. Ważne jest to, że jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z moimi założeniami, mój ojciec nareszcie przestanie szukać na dworze idealnej żony.
- Och, czyli znalazłaś dla siebie narzeczoną? - spytała, nie kryjąc w swoim głosie zawodu. Skoro już wybrał, dlaczego dawał jej tyle sprzecznych znaków?
- Mam nadzieję.
- To... - przełknęła ślinę. - to wspaniale.
- A teraz chodź - pomachał jej przed twarzą barwną maską. - Za chwilę zaczną mnie szukać.
~*~
Spod jej zmrużonych powiek wyłonił się obraz sali balowej. Najpiękniejsze panny królestwa sunęły lekko po parkiecie u boku swoich partnerów. Zwisające z sufitu żyrandole oświetlały pomieszczenie, odbijając błyszczącą tarczę księżyca. Zewsząd rozlegała się muzyka tak żywiołowa i delikatna zarazem, jak gdyby smyczkami operowała czysta magia. A na środku ona. Stała samotnie, podrygując w rytm melodii.
Rozdzielili się przed wejściem. Edward chciał, by Milton zapoznał się z kilkoma ważnymi osobistościami z innych państw - nie krył się z faktem, że już po paru minutach został oczarowany pięknem europejskich arystokratek. Lecz zanim zdążył wymienić z synem swoje uwagi, ten zniknął wśród gości. Wraz z tym krokiem dopełnił się sen.
Nagle z tłumu wyłonił się młody mężczyzna. Zdecydowanym ruchem przyciągnął Julię do siebie, objąwszy ją w talii. Zrobił to tak niespodziewanie, że z początku zupełnie pogubili się w rytmie. Tańczyli roześmiani, z nadzieją, że żaden spadający z sufitu żyrandol, nie zepsuje im tej chwili. Mieli trwać złączeni już na wieczność. Dłoń w dłoni. Głęboko skupieni w swoich spojrzeniach.
Dlatego w kolejnej minucie, Milton zbliżył twarz do twarzy dziewczyny.
- Cieszę się, że nauczyłaś mnie tańczyć.
- Cieszę się, że mogę z tobą tańczyć, nie martwiąc się o to, że stracę stopy - maska stłumiła jej głos, lecz książę usłyszał dokładnie każde słowo. Uśmiechnął się.
- Może zrobisz dla mnie coś jeszcze? - zapytał.
- Co takiego?
Milton przełknął ślinę, pochyliwszy się nad nią. Delikatnie zsunął z jej twarzy maskę.
- Zostań moją żoną - odczekał chwilę, żeby móc spokojnie zaobserwować jej reakcję. Nie potrafił dokładnie rozróżnić emocji, które ujrzał. Była zaskoczona. Szczęśliwa. Przestraszona. Niepewna?
Błagam, żeby nie była niepewna. - Proszę cię, Julio - musnął jej wargi. - Po prostu się zgódź.
- Dobrze - odpowiedziała po dłuższej chwili ciszy. Zagryzła usta.
- Dobrze?
- Dobrze.
Zgodziła się. Wiedziała, że ich związek nie miał racji bytu, a całe królestwo stanie przeciwko im, ale stojąc tu teraz z nim i patrząc jak radość gwałtownie wstępuje w jego oczy, wiedziała też, że nie byłaby w stanie odpowiedzieć inaczej. Kochała go. Kochała go tak bardzo, że mogła tym zgubić samą siebie.
~*~
- Nie! - Edward uciszył syna ręką, nie zważając na to, iż w sali nadal kłębią się zdezorientowani goście. Starał się nie zwracać uwagi na Julię, jednak cały czas spoglądał na nią złowrogo i wyniośle; nie potrafił znieść myśli, że Milton mógł chociażby pomyśleć o ożenku z czymś takim. Na domiar złego, przyznał się do tego przy tylu znakomitych osobistościach! Z całą pewnością nie był gotowy na objęcie tronu. Nie, jeśli wybrał dla ludu marną służkę. - To obraza majestatu! Naprawdę chcesz czegoś takiego dla państwa?!
- Tak - mimo buzujących w nim emocji, udało mu się utrzymać spokój w głosie. Sam był zdziwiony swoim opanowaniem, jednakże wiedział, że tylko to może wyprowadzić go z przegranej pozycji. Przekonanie do czegoś króla i tak graniczyło z cudem, a on faktycznie wybrał do tego nieodpowiedni moment. - Lud potrzebuje zrozumienia, Julia może mu je dać - oblizał usta. - Nie wiem czy zdążyłeś zauważyć, ale do twoich poddanych nie zaliczają się wyłącznie szlachcianie.
- Nie pouczaj mnie w kwestii spraw, o których nie masz pojęcia.
- Nie mogę siedzieć bezczynnie i patrzeć na cierpienie kogoś, kim wkrótce będę władać. Nie tak jak ty.
Edward przejechał wzrokiem po zgromadzonych, nie zaprzątając sobie
głowy wyczytywaniem czegokolwiek z ich twarzy. Większość gości zresztą nadal
kryło je pod maskami - kolejny zły pomysł, na który się zgodził. Nie powinien
dawać Miltonowi wolnej ręki.
- Synu - odrzekł po dłuższej chwili ciszy. - musisz się jeszcze
wiele nauczyć, zanim będziesz władać kimkolwiek. Dlatego przesuwam twoją
koronację. A ona... - przeniósł na dziewczynę pełne pogardy spojrzenie. Lecz
cały ten lud wkrótce pękł - przejął go nienawistnie płonący ogień, który
zmroził Julie krew w żyłach. Nawet nie zauważyła, gdy król doskoczył do niej,
po czym pospiesznie chwycił w dłonie materiał sukni. Czyli wiedział. Czyli
wszystko się skończyło. Czyli sen naprawdę okazał się koszmarem. Miałaś
rację, mamo. Tak bardzo cię przepraszam. Zacisnęła
oczy. Ciebie też, Miltonie.
Powinnam była coś zrobić. -
Ona nie będzie tu dłużej służyć.
- Ojcze - chłopak złapał go za rękę, nie cofnąwszy się nawet pod
wpływem ostrzegawczych okrzyków królowej. - To nie jej wina, ja jej kazałem...
- Ostatnio podjąłeś za dużo złych decyzji, Miltonie. Dlatego
pozwól, że uchronię cię przed kolejną z nich - wyrwał się spod ciasnego
uścisku, po czym skinął na dwóch giermków przy drzwiach. - Straże!
- Nie, ojcze, co ty chcesz...
- Zabierzcie ją do lochu. Później zastanowimy się, co dalej.
Oczy Miltona wypełniły się łzami. Nie potrafił im zapobiec i nie zamierzał
tego robić - zgubił ją. Zgubił osobę, którą pokochał całym swoim sercem. Skoro
nie potrafił obronić jej, może faktycznie nie nadawał się do rządzenia
państwem. Nie zasłużył na swój tytuł.
- Ukaż mnie - odezwał się, gdy jeden z mężczyzn zamknął Julię w
silnym uścisku. Ten widok rozrywał go od środka, a sama myśl, że to wszystko
działo się przez niego... nie potrafił jej znieść. - Zostaw ją i weź mnie.
- To szlachetne, ale w przeciwieństwie do niej, ty jesteś coś
wart.
- Przestań!
- Jako król nie mogę powstrzymać prawdy - posłał w stronę Miltona
cierpki uśmiech, po czym ponownie zwrócił się do strażników. - Pospieszcie się.
Nie mam ochoty dłużej na nią patrzeć.
Ale patrzył. Patrzył jak bezgłośnie mówi Miltonowi, że go kocha i że wszystko jest dobrze, jak
rozgląda się po pomieszczeniu i wykonuje niezrozumiałe dla nikogo gesty.
Patrzył, chcąc zapomnieć, że ktoś na nowo otworzył drzwi do jego przeszłości.
Musiał odzyskać kontrolę, choćby miał skazać tę dziewczynę na śmierć. Na całkiem zasłużoną śmierć.
- Dlaczego muzyka przestała grać? - klasnął w dłonie, zaśmiawszy
się wesoło. - Bawmy się!
Żeby uniknąć kolejnego wielkiego skandalu, król postanowił, że wszystko przebiegnie po cichu. Nie poinformował syna, nie skonsultował się z ministrami ani żoną, uznawszy, iż w takiej sprawie potrzebna jest iście władcza decyzja. Tylko on był w stanie ją podjąć.
Dlatego też w trakcie koszmarnego snu, wymknął się z sali balowej i wydał wyrok: Dziewczyna odejdzie. Natychmiast.
I na tym się skończyło. Nie było błagania, padania do stóp czy obietnic bez pokrycia. Florence została o tym poinformowana następnego ranka. Milton dowiedział się, gdy bezskutecznie próbował przedostać się do podziemi. Jak się poczuł? Chciał zniszczyć wszystko, co spotkał na swojej drodze. Niemalże rozbił głowę o mur, a jego głos zachrypł od niekontrolowanego krzyku. Nie zdążył jej powiedzieć, że ją kocha. Wiedział jak irracjonalnie musiało to brzmieć, ale w ciągu tych trzech, swoją drogą, równie irracjonalnych dni, zakochał się w niej bez pamięci. I nie wiedział czy da sobie radę ze świadomością, że skazał ją na wygnanie - bo był księciem, a ona była służącą.
Znienawidził swój tytuł. Znienawidził go całym sercem.
- To, że nie obejmiesz tronu teraz, nie znaczy, że nie obejmiesz go już nigdy - Milton długo nie podnosił wzroku. Zmęczony huraganem uczuć, trzymanych w sobie, usiadł na podmokłej posadzce piwnicy i oparł plecy o zimną ścianę. - Anglia potrzebuje króla.
- Co, jeżeli nie chce być królem? - powiedział, a na jego twarzy wpłynął cierpki uśmiech. Pozwolił, aby Edward położył mu dłoń na ramieniu (No proszę, jednak ma ludzkie odruchy). Nie miał siły dłużej się złościć. Chciał tylko przytulić Julię do piersi i trzymać ją przy sobie już zawsze. Żeby była bezpieczna.
- Nie masz wyjścia, Miltonie. Taki jest twój los, musisz za nim podążać i o nic nie pytać. Nauczysz się.
- Nie chcę się tego uczyć, ojcze! - obdarzył go krótkim spojrzeniem.
Nie rozumiał tego zachowania: skazał niesamowitą dziewczynę na niepewne życie, jak może teraz tak spokojnie z nim rozmawiać? Nie mógł niszczyć czyjegoś istnienia, a potem próbować zrekonstruować inne. To za duża zmiana, nawet jeśli chodziło o bilans król-człowieka. Bo on też był człowiekiem. I musiał się nauczyć bycia królem.
- Jeżeli kiedykolwiek obejmę panowanie, będę rządził inaczej niż ty.
- Dobrze - skinął głową. - O ile nie zrujnujesz przy tym państwa.
- Dlaczego ciągle mówisz o państwie? - podniósł się na rękach, żeby móc swobodnie patrzeć mężczyźnie w oczy. Zmarszczył brwi.
- Ponieważ na tym polega nasze życie, Miltonie. Tworzymy to państwo, decydujemy o tym państwie i jesteśmy tym państwem. Wszystko, co robimy, musimy robić z myślą o nim. Właśnie tak to działa - odrzekł, rozłożywszy ręce. - Kiedy jest na siebie odpowiedzialnym za miliony istnień, nie masz czasu, żeby myśleć o sobie. Ona nie pasowała do tego schematu.
- Nawet jeśli, to wcale nie znaczyło, że musiałaś ją karać - jego oczy znów zaszły łzami.
Łzy są oznakami słabości, pomyślał. Książę nie może być słaby.
- Musiałem. Złamała prawo, a to, że darzyłeś ją jakimś uczuciem, wcale jej od niego nie uwalniało.
- Ja też złamałem prawo.
- Wiem - westchnął i dopiero wtedy Milton dostrzegł, że on także jest zmęczony. Dlatego tak bardzo naciskał na tę koronację... chciał odpocząć. A on mu to zabrał. - Wyciągniemy wobec ciebie odpowiednie konsekwencje, ale najpierw chciałem z tobą porozmawiać.
- Chciałeś zobaczyć, czy w przypływie furii nie zabiłem strażnika?
- Och, nie, Miltonie - machnął ręką. - Zacznij traktować to poważnie. Musisz pamiętać, że nie jesteś zwykłym chłopakiem. - Milton przełknął ślinę z przestrachem. Nie był pewien, czy chce usłyszeć dalszą część.
- Jesteś księciem
- I człowiekiem - wypalił natychmiast. Chociaż wtem pojął, co jego ojciec miał na myśli.
Uśmiechnął się na moment zapominając o Julie.
- Tak, synu. Jesteś człowiekiem.
TAK BARDZO ZEPSUŁAM ZAKOŃCZENIE (nie czytajcie dalszej części, to narzekanie). I w ogóle to myślę, że kończyłam akapity w złym momencie. I ze złym podejściem.
To, czego nie lubię w tym rozdziale to to, że niby jest pisany w narracji trzecioosobowej, ale jest napisany tak, jakby o tym wszystkim opowiadała Julia. To był punkt pierwszy.
Ostatnie akapity są pisane trochę na siłę i myślę, że to bardzo widoczne, bo akcja nagle się urywa. To był punkt drugi.
Dodałam to po czasie, którego w ogóle wstydzę się tu wspomnieć. To był punkt trzeci.
No i zawiodłam, okay. Naprawdę jestem rozczarowana tą częścią rozdziału - nie chodzi tu już nawet o styl pisania. Logika. Brak w tym większej logiki i realizmu.
Została część trzecia.
No i ten... z boku bloga jest ankieta. Proszę o głosy.
To, czego nie lubię w tym rozdziale to to, że niby jest pisany w narracji trzecioosobowej, ale jest napisany tak, jakby o tym wszystkim opowiadała Julia. To był punkt pierwszy.
Ostatnie akapity są pisane trochę na siłę i myślę, że to bardzo widoczne, bo akcja nagle się urywa. To był punkt drugi.
Dodałam to po czasie, którego w ogóle wstydzę się tu wspomnieć. To był punkt trzeci.
No i zawiodłam, okay. Naprawdę jestem rozczarowana tą częścią rozdziału - nie chodzi tu już nawet o styl pisania. Logika. Brak w tym większej logiki i realizmu.
Została część trzecia.
No i ten... z boku bloga jest ankieta. Proszę o głosy.
O matko. O matko. O matko.
OdpowiedzUsuńSama się zdziwiłam. Jeszcze nigdy nie czytałam jakiegokolwiek rozdziału tak szybko. Zadziwiasz mnie. Czułam się tak jakby mój mózg wcześniej wiedział jaki jest tekst, że mogłam go tak szybko przeczytać. Albo to twój cudowny styl pisania, który tak leciutko i płynnie się czyta. Jestem pod wrażeniem. ❤
A treść?! Romantyczne zawirowania wokół księcia, który sprzeciwia się woli ojca i praczka, która marzy o tym by być na balu. Cudowny przepis na miłość. I nie, wcale nie zepsułaś. Napisałaś tak, jak najlepiej umiałaś.
Podziwiam pomysł jeśli chodzi o te historyczne zabiegi w opowiadaniu. Podoba mi się ❤
Kocham Cię ❤