Specjalnie sprawdziłam w kalendarzu - musiałam mieć pewność.
Lubię symboliczne zakończenia, wiecie? Lubię, kiedy coś kończy się tak, jak się zaczyna, dlatego wybrałam ten dzień. Bo właśnie 4 lipca najlepiej obrazuje, dlaczego postanowiłam zostawić tego bloga, nie ukończywszy historii.
To trzecia rocznica; i patrząc na to pod każdym możliwym kątem, nawet, jeśli znacznie wydłużyłam tę opowieść, powinnam była już ją skończyć. Nie odchodzę stąd z powodu braku pomysłów na ciąg dalszy, ba, zaplanowałam wcześniej resztę i dziś ją wam przedstawię - odchodzę, ponieważ przerwa pomiędzy pierwszą a drugą częścią ostatniego rozdziału wyniosła 10 miesięcy. Wstydziłam się o tym wspominać, ale kiedyś musiałam to zrobić i teraz nadarza mi się świetna okazja.
Jest mi niezmiernie przykro. Zawiodłam was, zawiodłam siebie, no i... nie zamierzam czekać nikomu więcej.
Śmieszne w tym jest to, że kiedy zaczynałam, byłam pewna, że doprowadzę to do końca. I z początku, jako to głupie jedenastoletnie dziecko, specjalnie robiłam te krótsze przerwy, żeby być tu jak najdłużej... A teraz wybaczcie, muszę wymyślić jakąś super hiper mowę pożegnalną, która przebije tę z bloga informacyjnego.
Dużo odchodzenia.
Tymczasem, serdecznie zapraszam was do skróconego opisu dalszych losów Wojowników Wasabi.
Chociaż znając siebie, walnę tu przemowę tak długą, że lepiej będzie ją ominąć.
1. Kim i Jack - było zbyt spokojnie, nie sądzicie? Jack uświadamia sobie, że do końca szkoły nie zostało tak wiele czasu, po czym zaczyna martwić się o ich wspólną przyszłość.
Kimberly poznaje nowego chłopaka, z którym powoli spędza trochę więcej czasu. Ona nic do niego nie czuje, jednakże *jakiekolwiek nadałabym mu imię* się w niej zakochuje. Do przewidzenia.
Pamiętacie jeszcze Emmę? Urządziła imprezę Halloweenową, na której wyraźnie próbowała zbliżyć się do Jacka. Wkroczy do akcji ponownie, tym razem z gorszymi skutkami - zaprasza całą grupę na swoją imprezę urodzinową. Razem z Lindsay (sprawa Donny zostaje na później) postanawiają rozdzielić słynną parę. Myślicie, że im się nie uda?
Cóż, tu było zdecydowanie za dużo happy endów.
Wszystko odbyło się szybko i tak, żeby wszystko aby na pewno poszło zgodnie z planem. Emma całuje Jacka na oczach Kim i Jerry'ego - reszty chyba można się domyślić. Kimberly jest zdruzgotana zerwaniem, bardzo to przeżywa, powiedziałabym, że nawet aż nadto. Grupa się rozdziela.
Jack i Kim ze sobą nie rozmawiają (chociaż oboje tego chcą) - zmienia to dopiero... dość nieprzyjemna sytuacja. Mama Kimberly ma w domu wypadek, który przyspieszył poród. Dziewczyna zabiera ją do szpitala, a kiedy okazuje się, że dziecko jest zagrożone, wpada w jeszcze większą rozpacz. Jerry nie odbierał, Julia też, reszta stanęła po stronie Jacka. Więc w końcu się poddaje; dzwoni do niego, mówiąc, że naprawdę go teraz potrzebuje.
Chłopak przyjeżdża do szpitala najszybciej jak może, a kilkugodzinne czekanie zdecydowanie ich do siebie zbliża. Następnie trafia tam reszta i wszyscy dochodzą do szybkiego porozumienia. Kim i Jack do siebie wracają.
W balu ogłaszają wielki bal dla ostatnich klas. Wymarzony wieczór? Cóż.
Bądźmy oryginalni, tata Kim dostaje ofertę pracy w Nowym Jorku i natychmiast decyduje się ją przyjąć. Oraz zabrać tam całą swoją rodzinę. Nie ma na to lepszej rady, po prostu postanowił i po prostu spakował walizki córki, a potem kazał jej się pożegnać. Więc teraz uwaga, bo zmieniłam scenę pierwszego pocałunku, która odbędzie się właśnie teraz - po tych wszystkich słowach i uściskach, Kimberly podchodzi do samochodu, lecz w ostatniej chwili się cofa, po czym całuje Jacka. Jupi.
Co się dzieje potem? Melancholia, tęsknota, płacz, nie wiem, co jeszcze. Reszta namawia Jacka, żeby poszedł na bal i mimo, iż pochodził do tego zupełnie sceptycznie, zgodził się. (wcześniej myślał, że Kim uda się na niego wrócić, jednak ta przekazała mu wyraźne słowa ojca).
ALE SUPRISE BITCHES, GUESS WHO'S BACK.
W jakże magicznej i iście filmowej chwili, którą dopracowałabym później, idealny wieczór jednak okazałby się idealnym wieczorem.
Kimberly pojawi się również na rozdaniu dyplomów, ale ostatecznie zamieszka w Nowym Jorku, gdzie będzie studiować. Nadal jest z Jackiem.
*Chyba moja ulubiona wymiana zdań z pomiędzy tych, które planowałam*
Kim i Jack wchodzą do temu blondynki, zauważa ich Chuck. Jack stoi na pierwszym stopniu schodów, trzyma Kim za rękę.
*bla, bla, bla*
Chuck: Dlaczego akurat on?
*Kim patrzy na ojca, potem na Jacka, a potem się uśmiecha*
Kim: Bo złapał moje jabłko.
2. Grace i Jerry - uważacie, że Kim jest jedyną osobą, która nagle wróci? Błąd, moi drodzy, wielki błąd. Jeszcze przed imprezą urodzinową Emmy, do Seaford wraca Mika, pierwsza miłość Jerry'ego. Martinez stwierdza, że nadal coś do niej czuje i zrywa z Grace, po czym ponownie wiąże się z Miką.
Tu historia nie jest tak długa.
Wkrótce Jerry i Mika się rozstają, a chłopak postanawia odzyskać Grace. To kolejna z moich ulubionych niedoszłych scen.
Znacie chyba ten numer z rozbitą szklanką? No wiecie: "Możesz ją przeprosić, ale to nie sprawi, że wróci do poprzedniego stanu". Tak więc, Grace mówi to Jerry'emu, a ten przygnębiony odchodzi. Tylko, że Grace nadal go kocha - ostatkiem sił chwyta go za ramię i odwraca do siebie.
- Nie mówię nigdy. Ale potrzebuję trochę czasu, Jerry. Daj mi czas.
Grace i Jerry wybierają się wspólnie na bal - jako przyjaciele. Nie wracają do siebie do końca opowiadania.
3. Milton i Julia - tu się w sumie nic nie zmienia.
4. Rudy i Stephanie - łohoho, oni. Oni zrobią wielki krok.
Uczniowie Rudy'ego pomagają mu przygotować w dojo romantyczną kolację, podczas której mężczyzna zamierza się oświadczyć Steph. Ta jest bardzo zaskoczona i prosi o kilka dni do namysłu.
Zgadza się.
5. Chciałam również zrobić tu musical i wykorzystać muzyczny talent Kim, która przełamałaby swój strach przed występem na scenie. Po wielu próbach dziewczyna traci głos, a Lindsay, jej dublerka przygotowuje się do swojej roli - u boku Jacka, rzecz jasna. Kończy się tak, że zupełnie niespodziewanie, Kim może znowu śpiewać i nie informując nikogo poza swoimi przyjaciółmi (Jack nie wie), wchodzi na scenę zamiast Calvano.
6. Donna, wohoo, tego się nie spodziewaliście. W Seaford organizowany jest konkurs piękności, do którego Grace potajemnie zgłasza swoją przyjaciółkę. Kim niechętnie, ale w końcu na to przystaje po tym, jak Donna kolejny raz zalazła jej za skórę. Jerry pomaga jej się przygotować.
Kimberly jest już bliska sięgnięcia po koronę, ale wtedy zastaje płaczącą Tobin. Odbywa z nią szczerą rozmowę, w której dowiaduje się kilku ważnych rzeczy: Donna się nie akceptuje. Pod ostrym makijażem stara się zakryć wszystkie swoje niedoskonałości, a wszystko co robiła, robiła, ponieważ chce, żeby ktoś zwrócił na nią uwagę. Tak jak na Kim.
Kim wygrywa, ale oddaje Donnie koronę. Po tej sytuacji dziewczyny, ku zaskoczeniu wszystkich, są w dość przyjaznych stosunkach.
EPILOG
Rozdanie dyplomów i ślub Rudy'ego.
Teraz się do tego przyznam. Nie wymyśliłam super zakończenia. Wykorzystałam wszystko w poprzednich pożegnaniach, dlatego złoże się na... na coś.
Zacznę od chyba nieodpowiedniej reklamy, ale zrobię to teraz, bo potem będzie wyglądała jeszcze gorzej. Tak więc oto, zapraszam was na moje ostatnie funkcjonujące blogi:
One person can change everything.
Thousands Words. Thousands Stories.
Zapraszam też na mój profil na Wattpadzie: wkrótce pojawi się tam nowa historia, Trust Me. Jeśli tego nie zepsuję, będzie to moje najlepsze dzieło (w moim mniemaniu). I pierwsze dwuczęściowe dzieło - opis Don't Trust Anyone jest już dopracowany, co jest dziwne, zważywszy na fakt, że nawet nie zaczęłam pisać pierwszego rozdziału. Na Thousands Words możecie przeczytać taki, jakby prolog. Nie wiem. Nie jest to opis fabuły, ani wstęp, ani... naprawdę nie wiem. To po prostu coś.
https://www.wattpad.com/user/xLostDestinyx
Okay. Huh, jest trudniej niż myślałam.
Zdziwił mnie fakt, że mimo, iż dopuściłam się czynu wręcz karygodnego (nikogo nie zabiłam, ale nie czuję się z tym dobrze. . Źle zabrzmiało), ktoś nadal tu był. Nie mówię o osobach komentujących, prawdziwym zaskoczeniem byłoby utrzymanie poprzedniego liczniku. Mam na myśli te wszystkie wyświetlenia. Nie było mnie długo. Nie było mnie naprawdę bardzo długo, a wy dobiliście, a nawet przebiliście liczbę odsłon pod nowymi rozdziałami. To sprawiło, że trochę się zawahałam, ale zdecydowałam to, co zdecydowałam i myślę, że to dobre rozwiązanie. Dla wszystkich.
Jestem wam niezmiernie wdzięczna za wsparcie. I za to, że nie pozwoliliście mi tego rzucić. I tego, że się przy was rozwijałam. I za wasze miłe słowa. I za to, że sprawiałyście, że zaczęłam wierzyć w siebie wtedy, kiedy było naprawdę źle. Nie jestem chodzącą definicją pewności siebie, ba, daleko mi do niej, ale potrzebowałam tego cichego głosu, który powiedziałby mi, że mogę zrobić coś więcej.
Wasz głos był głośniejszy niż się tego spodziewałam. I za to też wam bardzo dziękuję.
To mój pierwszy blog, a co za tym idzie, mam do niego olbrzymi sentyment. Właśnie przy nim wykonałam ogromny krok, bardzo poprawiłam się w pisaniu, bo nie ukrywajmy, byłam beznadziejna. Miałam jedenaście lat i byłam w tym serio beznadziejna.
Dlatego cieszę się, że miałam okazję na to, aby nabrać wprawy. Nie zawsze jestem zadowolona z tego, co stworzę, ale wiem, że dojście do tego punktu jest wręcz niemożliwe. Syndrom pisarki.
Trzy lata temu to zaczęłam, dzisiaj to kończę. Ale wiecie co? To były naprawdę fajne trzy lata.
Lubię symboliczne zakończenia, wiecie? Lubię, kiedy coś kończy się tak, jak się zaczyna, dlatego wybrałam ten dzień. Bo właśnie 4 lipca najlepiej obrazuje, dlaczego postanowiłam zostawić tego bloga, nie ukończywszy historii.
To trzecia rocznica; i patrząc na to pod każdym możliwym kątem, nawet, jeśli znacznie wydłużyłam tę opowieść, powinnam była już ją skończyć. Nie odchodzę stąd z powodu braku pomysłów na ciąg dalszy, ba, zaplanowałam wcześniej resztę i dziś ją wam przedstawię - odchodzę, ponieważ przerwa pomiędzy pierwszą a drugą częścią ostatniego rozdziału wyniosła 10 miesięcy. Wstydziłam się o tym wspominać, ale kiedyś musiałam to zrobić i teraz nadarza mi się świetna okazja.
Jest mi niezmiernie przykro. Zawiodłam was, zawiodłam siebie, no i... nie zamierzam czekać nikomu więcej.
Śmieszne w tym jest to, że kiedy zaczynałam, byłam pewna, że doprowadzę to do końca. I z początku, jako to głupie jedenastoletnie dziecko, specjalnie robiłam te krótsze przerwy, żeby być tu jak najdłużej... A teraz wybaczcie, muszę wymyślić jakąś super hiper mowę pożegnalną, która przebije tę z bloga informacyjnego.
Dużo odchodzenia.
Tymczasem, serdecznie zapraszam was do skróconego opisu dalszych losów Wojowników Wasabi.
Chociaż znając siebie, walnę tu przemowę tak długą, że lepiej będzie ją ominąć.
1. Kim i Jack - było zbyt spokojnie, nie sądzicie? Jack uświadamia sobie, że do końca szkoły nie zostało tak wiele czasu, po czym zaczyna martwić się o ich wspólną przyszłość.
Kimberly poznaje nowego chłopaka, z którym powoli spędza trochę więcej czasu. Ona nic do niego nie czuje, jednakże *jakiekolwiek nadałabym mu imię* się w niej zakochuje. Do przewidzenia.
Pamiętacie jeszcze Emmę? Urządziła imprezę Halloweenową, na której wyraźnie próbowała zbliżyć się do Jacka. Wkroczy do akcji ponownie, tym razem z gorszymi skutkami - zaprasza całą grupę na swoją imprezę urodzinową. Razem z Lindsay (sprawa Donny zostaje na później) postanawiają rozdzielić słynną parę. Myślicie, że im się nie uda?
Cóż, tu było zdecydowanie za dużo happy endów.
Wszystko odbyło się szybko i tak, żeby wszystko aby na pewno poszło zgodnie z planem. Emma całuje Jacka na oczach Kim i Jerry'ego - reszty chyba można się domyślić. Kimberly jest zdruzgotana zerwaniem, bardzo to przeżywa, powiedziałabym, że nawet aż nadto. Grupa się rozdziela.
Jack i Kim ze sobą nie rozmawiają (chociaż oboje tego chcą) - zmienia to dopiero... dość nieprzyjemna sytuacja. Mama Kimberly ma w domu wypadek, który przyspieszył poród. Dziewczyna zabiera ją do szpitala, a kiedy okazuje się, że dziecko jest zagrożone, wpada w jeszcze większą rozpacz. Jerry nie odbierał, Julia też, reszta stanęła po stronie Jacka. Więc w końcu się poddaje; dzwoni do niego, mówiąc, że naprawdę go teraz potrzebuje.
Chłopak przyjeżdża do szpitala najszybciej jak może, a kilkugodzinne czekanie zdecydowanie ich do siebie zbliża. Następnie trafia tam reszta i wszyscy dochodzą do szybkiego porozumienia. Kim i Jack do siebie wracają.
W balu ogłaszają wielki bal dla ostatnich klas. Wymarzony wieczór? Cóż.
Bądźmy oryginalni, tata Kim dostaje ofertę pracy w Nowym Jorku i natychmiast decyduje się ją przyjąć. Oraz zabrać tam całą swoją rodzinę. Nie ma na to lepszej rady, po prostu postanowił i po prostu spakował walizki córki, a potem kazał jej się pożegnać. Więc teraz uwaga, bo zmieniłam scenę pierwszego pocałunku, która odbędzie się właśnie teraz - po tych wszystkich słowach i uściskach, Kimberly podchodzi do samochodu, lecz w ostatniej chwili się cofa, po czym całuje Jacka. Jupi.
Co się dzieje potem? Melancholia, tęsknota, płacz, nie wiem, co jeszcze. Reszta namawia Jacka, żeby poszedł na bal i mimo, iż pochodził do tego zupełnie sceptycznie, zgodził się. (wcześniej myślał, że Kim uda się na niego wrócić, jednak ta przekazała mu wyraźne słowa ojca).
ALE SUPRISE BITCHES, GUESS WHO'S BACK.
W jakże magicznej i iście filmowej chwili, którą dopracowałabym później, idealny wieczór jednak okazałby się idealnym wieczorem.
Kimberly pojawi się również na rozdaniu dyplomów, ale ostatecznie zamieszka w Nowym Jorku, gdzie będzie studiować. Nadal jest z Jackiem.
*Chyba moja ulubiona wymiana zdań z pomiędzy tych, które planowałam*
Kim i Jack wchodzą do temu blondynki, zauważa ich Chuck. Jack stoi na pierwszym stopniu schodów, trzyma Kim za rękę.
*bla, bla, bla*
Chuck: Dlaczego akurat on?
*Kim patrzy na ojca, potem na Jacka, a potem się uśmiecha*
Kim: Bo złapał moje jabłko.
2. Grace i Jerry - uważacie, że Kim jest jedyną osobą, która nagle wróci? Błąd, moi drodzy, wielki błąd. Jeszcze przed imprezą urodzinową Emmy, do Seaford wraca Mika, pierwsza miłość Jerry'ego. Martinez stwierdza, że nadal coś do niej czuje i zrywa z Grace, po czym ponownie wiąże się z Miką.
Tu historia nie jest tak długa.
Wkrótce Jerry i Mika się rozstają, a chłopak postanawia odzyskać Grace. To kolejna z moich ulubionych niedoszłych scen.
Znacie chyba ten numer z rozbitą szklanką? No wiecie: "Możesz ją przeprosić, ale to nie sprawi, że wróci do poprzedniego stanu". Tak więc, Grace mówi to Jerry'emu, a ten przygnębiony odchodzi. Tylko, że Grace nadal go kocha - ostatkiem sił chwyta go za ramię i odwraca do siebie.
- Nie mówię nigdy. Ale potrzebuję trochę czasu, Jerry. Daj mi czas.
Grace i Jerry wybierają się wspólnie na bal - jako przyjaciele. Nie wracają do siebie do końca opowiadania.
3. Milton i Julia - tu się w sumie nic nie zmienia.
4. Rudy i Stephanie - łohoho, oni. Oni zrobią wielki krok.
Uczniowie Rudy'ego pomagają mu przygotować w dojo romantyczną kolację, podczas której mężczyzna zamierza się oświadczyć Steph. Ta jest bardzo zaskoczona i prosi o kilka dni do namysłu.
Zgadza się.
5. Chciałam również zrobić tu musical i wykorzystać muzyczny talent Kim, która przełamałaby swój strach przed występem na scenie. Po wielu próbach dziewczyna traci głos, a Lindsay, jej dublerka przygotowuje się do swojej roli - u boku Jacka, rzecz jasna. Kończy się tak, że zupełnie niespodziewanie, Kim może znowu śpiewać i nie informując nikogo poza swoimi przyjaciółmi (Jack nie wie), wchodzi na scenę zamiast Calvano.
6. Donna, wohoo, tego się nie spodziewaliście. W Seaford organizowany jest konkurs piękności, do którego Grace potajemnie zgłasza swoją przyjaciółkę. Kim niechętnie, ale w końcu na to przystaje po tym, jak Donna kolejny raz zalazła jej za skórę. Jerry pomaga jej się przygotować.
Kimberly jest już bliska sięgnięcia po koronę, ale wtedy zastaje płaczącą Tobin. Odbywa z nią szczerą rozmowę, w której dowiaduje się kilku ważnych rzeczy: Donna się nie akceptuje. Pod ostrym makijażem stara się zakryć wszystkie swoje niedoskonałości, a wszystko co robiła, robiła, ponieważ chce, żeby ktoś zwrócił na nią uwagę. Tak jak na Kim.
Kim wygrywa, ale oddaje Donnie koronę. Po tej sytuacji dziewczyny, ku zaskoczeniu wszystkich, są w dość przyjaznych stosunkach.
EPILOG
Rozdanie dyplomów i ślub Rudy'ego.
Teraz się do tego przyznam. Nie wymyśliłam super zakończenia. Wykorzystałam wszystko w poprzednich pożegnaniach, dlatego złoże się na... na coś.
Zacznę od chyba nieodpowiedniej reklamy, ale zrobię to teraz, bo potem będzie wyglądała jeszcze gorzej. Tak więc oto, zapraszam was na moje ostatnie funkcjonujące blogi:
One person can change everything.
Thousands Words. Thousands Stories.
Zapraszam też na mój profil na Wattpadzie: wkrótce pojawi się tam nowa historia, Trust Me. Jeśli tego nie zepsuję, będzie to moje najlepsze dzieło (w moim mniemaniu). I pierwsze dwuczęściowe dzieło - opis Don't Trust Anyone jest już dopracowany, co jest dziwne, zważywszy na fakt, że nawet nie zaczęłam pisać pierwszego rozdziału. Na Thousands Words możecie przeczytać taki, jakby prolog. Nie wiem. Nie jest to opis fabuły, ani wstęp, ani... naprawdę nie wiem. To po prostu coś.
https://www.wattpad.com/user/xLostDestinyx
Okay. Huh, jest trudniej niż myślałam.
Zdziwił mnie fakt, że mimo, iż dopuściłam się czynu wręcz karygodnego (nikogo nie zabiłam, ale nie czuję się z tym dobrze. . Źle zabrzmiało), ktoś nadal tu był. Nie mówię o osobach komentujących, prawdziwym zaskoczeniem byłoby utrzymanie poprzedniego liczniku. Mam na myśli te wszystkie wyświetlenia. Nie było mnie długo. Nie było mnie naprawdę bardzo długo, a wy dobiliście, a nawet przebiliście liczbę odsłon pod nowymi rozdziałami. To sprawiło, że trochę się zawahałam, ale zdecydowałam to, co zdecydowałam i myślę, że to dobre rozwiązanie. Dla wszystkich.
Jestem wam niezmiernie wdzięczna za wsparcie. I za to, że nie pozwoliliście mi tego rzucić. I tego, że się przy was rozwijałam. I za wasze miłe słowa. I za to, że sprawiałyście, że zaczęłam wierzyć w siebie wtedy, kiedy było naprawdę źle. Nie jestem chodzącą definicją pewności siebie, ba, daleko mi do niej, ale potrzebowałam tego cichego głosu, który powiedziałby mi, że mogę zrobić coś więcej.
Wasz głos był głośniejszy niż się tego spodziewałam. I za to też wam bardzo dziękuję.
To mój pierwszy blog, a co za tym idzie, mam do niego olbrzymi sentyment. Właśnie przy nim wykonałam ogromny krok, bardzo poprawiłam się w pisaniu, bo nie ukrywajmy, byłam beznadziejna. Miałam jedenaście lat i byłam w tym serio beznadziejna.
Dlatego cieszę się, że miałam okazję na to, aby nabrać wprawy. Nie zawsze jestem zadowolona z tego, co stworzę, ale wiem, że dojście do tego punktu jest wręcz niemożliwe. Syndrom pisarki.
Trzy lata temu to zaczęłam, dzisiaj to kończę. Ale wiecie co? To były naprawdę fajne trzy lata.
Nie będę się jakoś specjalnie rozpisywać, bo to nie o to w tym chodzi. Przecież Ty nie odchodzisz, po prostu kończysz jedno opowiadanie, ale z nami zostajesz, a to jest najważniejsze.
OdpowiedzUsuńWiem, jak to jest. Ten pierwszy wyjątkowy blog, chcesz go ciągnąć jak najdłużej się da, ale w pewnej chwili dochodzi do Ciebie, że to nie ma sensu, że to jednak nie to. Pierwszy blog, ale nie ostatni. Pierwszy, czyli początek tej historii - z bloggerem, z innymi autorkami. Coś niesamowitego, prawda?
Oj tak, te lata były naprawdę fajne. Ale teraz pora na kolejne trzy - jeszcze fajniejsze. Co ty na to?
Kickowe blogerki się wykruszyły, nie ukrywajmy tego. Ale hej, każda kiedyś tu była i część jej tutaj została. Boże, serio nie mam pojęcia, co tutaj jescze napisać. To była dobra historia. Ba, bardzo dobra, może nawet najlepsza. Bo pierwsza, czyli najbardziej wyjątkowa.
Życzę Ci powodzenia cokolwiek postanowisz, ale pamiętaj, jestem (jesteśmy wszyscy) tutaj dla Ciebie. Byliśmy przez te trzy lata i będziemy do końca. Bo na tym to chyba polega.
L x
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńA wiesz.. Masz racje! To były fajne trzy lata.. Chociaż ja tutaj znajduje się bodajrze od dwóch lat lub półtora roku. Nie pamiętam daty kiedy pierwszy raz znalazłam twój blog. Ale zdecydowanie pamiętam tą obsesje ,którą miałam na punkcie tego opowiadania! I szczerze mówiąc nadal ją mam! Przyznaje się! Tego bloga czytałam około 5 razy.. Każde opowiadanie przerobiłam kila razy.. I ono wcale mi się nie nudziło. Wręcz przeciwnie, coraz bardziej mnie fascynowało!
OdpowiedzUsuńJesteśmy do siebie trochę podobne wiesz.. Może się nie zgoodzisz ale.. Obie miałyśmy, i chyba nadal mamy wielkie uczucie do Kickin'it! Po za tym.. Obie prowadzimy kilka blogów i Kick'u i Informacyjny ja o K'I a ty o Olivi.. To troszke podobne.. Tak minimalnie ale zawsze lepsze to niż nic!
Co do pierwszego bloga to.. też mam wielki sentyment! Masz racje! Ciężko jest zakończyć tak wielką przygode.. Ja swoje 3 lata na blogerze będe świętować 13 września..Wtedy też mam 3 już rocznicę bloga o.. CHWILA! Czemu pisze o sobie? Skupmy się na tym blogu! Na mojej obsesji! ♥
Annie.. PrRagnę CI podziękować za te cudowne 3 lata, które poświeciłaś temu blogu! Nie wiem gdzie bym zabłądziła gdybym nie znalazła twojego bloga.. Pewnie zaczęła bym czytać o Leonettcie.. Gah.. Wole Fedemile <3 hahahah <3
Pamiętaj.. Coś musi się skończyć aby też coś musiało się zacząć. Skończyłaś tego bloga.. Masz świetną okazje skupić się na innych! Więcej czasu. Mniej presji!
Dziękuje <3 Bardzo wiele dla mnie.. Nie! NAS.. Naprawde wiele dla NAS zrobiłaś! Jesteśmy pod wielkim wrażeniem! Życzymy dalszych sukcesów w twojej drodze pisarki! Spełniaj marzenia myszko!!
Dziękuje <3 Pozdrawiam..
To cześć.. Do zobaczenia ;)
//Tami G.
Chcę napisać coś dobrego. Może mi wyjdzie, choć te durne łzy przeszkadzają. Tak to jest jak oglądasz stare odcinki Fairy Tail, dobijesz się soundtrackami i poczytasz OS'y z ukochanym paringiem. Nie bierz ze mnie przykładu 😊
OdpowiedzUsuńDziewczyny przede mną powiedziały praktycznie to wszystko, co usłyszałabyś ode mnie. Więc nie ma sensu się powtarzać. Jedynie powiem ci, że ta miłość do Kickin'it nigdy nie zgaśnie. Mimo tego, że tyle świetnych blogerek opuściło Kick'a, znajdą się nowe, które dopiero poznały ten fascynujący świat. Nie wiem czemu tak pisze, ale i ja, wrócę jeszcze do starych korzeni :))) Bo to kocham. I kocham też twojego bloga! Bo jest on niezmiernie świetny. Świetny jak ty sama! Można ci go tylko pogratulować i powiem ci, że kończąc to opowiadanie, zaczynasz kolejną przygodę. Ale tym razem ją dokończysz. Nie odpuszczę ci.
Obiecuję!