wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 41


Szesnatoletni szatyn podszedł do niewysokiej blondpiękności i delikatnie pogładził jej policzek. Żadne z nich nie mogło uwierzyć, że to już koniec, że los rozdzielił ich zanim zdążyli wyznać sobie swoje uczucia. Teraz mają ostatnią szansę. Nie chcą jej zmarnować, lecz nie chcą też by ta druga połówka dowiedziała się o wszystkim dopiero teraz. Nie chcą cierpieć przez to, że wcześniej nie potrafili wydusić z siebie słowa. Jednak nie umieją zapomnieć o tym co było. Każda chwila spędzona wspólnie sprawiała, że świat przestawał istnieć. Każdy uśmiech potrafił rozjaśnić najbardziej ponury dzień. Każde spojrzenie sprawiało, że uginały się pod nimi kolana. Nie umieli żyć bez tego. Nie umieli poradzić sobie z myślą, że już nigdy tego nie doświadczą... 
W momencie, gdy on wsiądzie do samolotu to wszystko zniknie. Zniknie ich przeszłość, zniknie ich miłość, zniknie ich sens życia. Mieli wyjście. Lecz to był jego wybór. Tylko on mógł zadecydować o tym czy będą razem czy osobno. On już wybrał, i nie mógł cofnąć swojej decyzji.
Ostatni raz spojrzeli na siebie. Wszystkie wspomnienia wróciły. Blondynka zacisnęła powieki próbując powstrzymać łzy napływające jej do oczu. Chłopak mocno przytulił do siebie szesnastolatkę. Nie chciał jej puszczać, lecz nie miał już czasu. Musiał iść.. Odwrócił się i zrobił krok w przód. Zatrzymał się. Poczuł, że powinien coś zrobić. Coś co chciał zrobić odkąd ją poznał. Szatyn objął dziewczynę w talii przyciągając ją do siebie. Zbliżył swoją twarz do jej twarzy i już miał ją pocałować, gdy nagle.. odsunął się.
Jack: Wybacz - szepnął zwracając się w kierunku samochodu, który miał go zawieźć na lotnisko.
Blondynka podeszła do niego i pogładziła go po włosach.
Kim: To ja przepraszam za to, że nie zrobiłam tego wcześniej - odparła, po czym złączyła ich usta w długim pocałunku. 
Jack: Muszę już iść.. czekają na mnie.
Dziewczyna skinęła głową ze zrozumieniem. Już nic nie mogła zrobić. Patrzyła jak miłość jej życia oddala się i wsiada do auta, które na zawsze jej go odbierze..

***

Kimberly niespokojnie przewracała się z boku na bok. W końcu po kilku minutach otworzyła oczy, z których po chwili wypłynął potok łez. Dziewczyna wzięła do ręki zdjęcie stojące na szafce obok jej łóżka, które przedstawiało ją i Brewera przytulających się przed dojo. Była to ta sama fotografia, którą Jack dał dziewczynie, gdy miał wyjechać do Japonii.
Jack cicho zapukał do pokoju Crawford, po czym wszedł do pomieszczenia. W rękach trzymał tackę, na której stała gorąca czekolada i ulubione danie Kimberly.
Jack: Widzę, że moja śpiąca królewna nareszcie się obudziła - odparł uśmiechnięty. Mina zrzedła mu dopiero wtedy, gdy zobaczył, że jego ukochana jest cała zapłakana i wpatruje się w ich wspólne zdjęcie. - Co się stało? - spytał zaniepokojony odstawiając tackę na szafkę nocną. Blondynka mocno wtuliła się w chłopaka.
Kim: Teraz wiem, że najbardziej boję się nie tego, że stracę dojo, ale że stracę ciebie..
Szatyn nie wiedział o co chodzi dziewczynie. Wiedział jedynie, że nie może dłużej patrzeć na jej łzy. Jack: Nigdy mnie nie stracisz Kim.. - szepnął jej do ucha troskliwie głaszcząc ją po głowie. - Zawsze będę przy tobie. Pamiętasz? Obiecałem ci to, a ja zawsze dotrzymuję obietnicy..
Kilka minut później Brewer odsunął od siebie Kimberly i wstał z miejsca. Położył dziewczynie tacką na kolanach, po czym opiekuńczo pocałował ją w czoło. Zdezorientowana blondynka podniosła się i z niezrozumieniem spojrzała na Jack'a.
Jack: Muszę iść. Jerry na mnie czeka - wyjaśnił jej. - Powiedziałem twojej mamie, żeby cię pilnowała. Masz odpoczywać. Nie chcemy przecież, żebyś znowu osłabła - powiedział otwierając drzwi prowadzące na.. balkon. - Trzymaj się - po tych słowach chłopak.. wyskoczył z pokoju swojej dziewczyny
Kim: Nic ci nie jest, Jack? - spytała sprawdzając czy Brewer jest cały.
Jack: Spokojnie Kim! Nauczyłem się umiejętnie spadać z tego balkonu.. - odparł podnosząc się. - A ty masz iść do łóżka i odpoczywać. Martwię się o ciebie..

***

Martinez, Parkins, Jones i Krupnick czekali na przyjaciela przy domu Kimberly. Gdy tylko zobaczyli chłopaka zasypali go tysiącem pytań. Oni również martwili się o Kim. Mieli świadomość tego, że to co się stało było po części ich winą. Gdyby pomyśleli o kimś poza sobą to wszystko skończyłoby się zupełnie inaczej.
Jerry: Yo Jack, to kiedy zaczynamy?
Jack: Najlepiej od razu.. Eddie - zwrócił się do chłopaka - ty zajmiesz się znalezieniem nowych uczniów. Milton, dopilnujesz, żeby Rudy o niczym się nie dowiedział. Jerry, Grace, wy zdobędziecie jakoś pieniądze.
Eddie: No, a ty?
Jack: Ja wam pomogę i od czasu do czasu, wpadnę do Kim.
Przyjaciele zgodzili się na taki plan. Uważali, że ktoś powinien czuwać przy Crawford, ponieważ dobrze wiedzieli, że dziewczyna nie posłucha Jack'a i przy najbliższej okazji wymknie się z domu.I jak się później okazało mieli rację..

***

Brewer czuwał pod drzwiami swojej dziewczyny już od godziny. W tym czasie Kimberly przygotowywała się do wyjścia. Wzięła wszystkie potrzebne rzeczy, ubrała się i już otwierała drzwi, gdy nagle.. zobaczyła uśmiechniętego Jack'a, który powoli zbliża się w jej stronę.
Jack: Kim albo sama się położysz albo ci w tym pomogę.
Kim: Ale tam jest tak nudno - jęknęła. - Chcę pomóc Rudy'emu, Jack. Nie powstrzymasz mnie.
Jack: Okaże się - powiedział, a uśmiech na jego twarzy znacznie się powiększył. Chłopak wziął blondynkę na ręce, po czym delikatnie ułożył ją na łóżku.
Kim: Jack.. - westchnęła podnosząc się.
Jack: Nie Kim! - odparł stanowczo siadając obok Crawford tym samym zagradzając jej drogę. - Będziesz tu siedzieć i odpoczywać.
Kim: A zostaniesz ze mną? - spytała z chytrym uśmieszkiem.
Jack: Skoro muszę..

***

Wszyscy pilnie wypełniali swoje zadania. Niektórzy (czyt. Jack) nawet za bardzo.
Jones przeszedł przez całe miasto rozwieszając ulotki, które zachęcają do przyłączenia do Dojo Bobby'ego Wasabiego. Grace wróciła do swojej poprzedniej dorywczej pracy, to samo zrobił Jerry. Natomiast Milton uporczywie śledził Gielespiego i po kilku godzinach stwierdził, że bez dojo Rudy ma bardzo nudne życie.
W tym samym czasie Brewer i Crawford siedzieli objęci na łóżku blondynki i oglądali zdjęcia całej ich paczki. Każda fotografia miała swoją własną, ciekawą historię, którą para doskonale pamiętała.
Kim: A to zrobiliśmy sobie w wesołym miasteczku. Nigdy nie zapomnę jak wtedy uciekałeś przed tym klownem - powiedziała śmiejąc się.
Jack: On chciał mnie zabić! - zawołał oburzony odsuwając się od dziewczyny.
Kim: Albo raczej chciał dać ci kupon do pizzerii..
Z każdą sekundą uśmiech na twarz Crawford się powiększał. W pewnej chwili Jack spoważniał i spojrzał na blondynkę. Przez to całe zamieszanie w dojo on i Kimberly oddalili się od siebie. Brewer zauważył to dopiero teraz, gdy znów wszystko było jak dawniej. Tak.. jak dawniej.
Kim: Co jest?
Jack: Lubię kiedy się uśmiechasz. Wtedy czuję, że.. że wszystko jest możliwe.
Kim: Ja wiem, że wszystko jest możliwe. Ale tylko wtedy, kiedy jesteśmy razem.
Po słowach szesnastolatki, szatyn zaczął zbliżać się do dziewczyny, by już po chwili musnąć jej usta.
Pani C: Dzieciaki macie może ochotę na.. - zaczęła wchodząc do pokoju córki. W momencie, gdy nastolatkowie usłyszeli głos kobiety, błyskawicznie od siebie odskoczyli. - Chyba przyszłam nie w porę. No nic.. to ja.. ja już może pójdę - powiedziała wychodząc z pomieszczenia tak szybko jak się w nim znalazła.
Jack: To na czym skończyliśmy..? - zapytał ponownie zbliżając swoją twarz do twarzy blondynki. Nie zdążył jednak pocałować dziewczyny, ani nawet musnąć jej ust, ponieważ dostał w głowę poduszką. Chłopak udając oburzonego zwrócił się w stronę uśmiechniętej Kimberly. Już miał uderzyć ją poduszką, gdy nagle.. zaczął ją (Kim, nie poduszkę.. bo to by było dziwne xD) łaskotać.
Crawford nie mogła przestać się śmiać.
Jack: Wykorzystam to następnym razem, gdy nie będziesz się chciała uśmiechnąć..

***

Następnego dnia uśmiechnięty od ucha do ucha Brewer podszedł do Kim wyciągającej książki z szafki, po czym pocałował ją w policzek. Zdziwiona dziewczyna spojrzała na szatyna.
Jack: No co?
Kim: Nic.. po prostu.. dawno tego nie robiłeś.
Jack: No właśnie! Chyba czas to nadrobić - powiedział przyciągając do siebie roześmianą blondynkę. W tym samym momencie zauważył go wkurzony Martinez,
Jerry: BREWER! - krzyknął tak, że było go słychać w całej szkole.
Zaskoczony zachowaniem przyjaciela, Jack puścił Kim i zwrócił się w stronę bruneta, który w szybkim tempie się do niego zbliżał. Podobnie zresztą jak reszta paczki.
Milton: Gdzieś ty był?!
Grace: Miałeś od czasu do czasu zajrzeć do Kim, a nie siedzieć u niej cały dzień! - zawołała z wyrzutem. Parkins nie chciała się do tego przyznać, lecz była trochę zazdrosna o Brewera. Ona również dawno nie spędzała czasu z Kim i czuła urazę do Jack'a, że to nie ona, lecz chłopak spędził z blondynkę ten dzień.
Eddie: Co wyście tam właściwie robili? - zapytał bardziej ciekawy niż zły. Właściwie to z całej tej czwórki tylko on nie gniewał się na szatyna. Jones dobrze wiedział, jak to przez bardzo długi okres czasu nie widzieć się ze swoją dziewczyną. Z całej bandy, jedynie on nie spotkał jeszcze miłości swojego życia, więc doskonale rozumiał Jack'a.
Jerry: Na pewno się całowali. Całowaliście się? - odparł już trochę uspokojony.
Milton: Znasz ich Jerry. Czekali 3 laty, żeby wyznać sobie uczucia, z pocałunkiem będą musieli poczekać jeszcze bardzo, bardzo długo.. - z Krupnicka też powoli spadały emocje. W końcu Brewer to jego przyjaciół, a nie można długo złościć się na zakochanego przyjaciela.
Grace: Bez przesady. Tyle razy byli już bardzo blisko..
Parkins postanowiła schować zazdrość do kieszeni. Przyjaźniła się z Crawford od lat i najważniejsze dla niej było, by dziewczyna była szczęśliwa.
Eddie: Tylko, że jakiś matoł zawsze im przerywa.
Jerry: Eddie wiesz, że ty też im przerwałeś?
Milton: Ale nie tyle razy ile ty, Jerry!
Martinez, Jones, Krupnick i Parkins zaczęli się kłócić, a w tym czasie Jack i Kim powoli oddali się w stronę klasy..

***

Kimberly odpoczęła i już po 2 dniach dołączyła do przyjaciół. Nie szło im najgorzej, stopniowo zbliżali się do kwoty potrzebnej do odkupienia dojo. Dogadali się z Ty'em i umówili się na 7 000$ Dla nich był to majątek, lecz z dnia na dzień mieli coraz więcej pieniędzy, aż w końcu po niespełna tygodniu uzbierali wystarczającą sumę pieniędzy. Początkowo sensei Czarnych Smoków nie chciał wywiązać się z umowy, ale po wielu namowach w końcu uległ. Po wielu dniach pracy i zmęczenia, wojownicy Wasabi mogli powiedzieć: "Warto było.." Nareszcie odzyskali dojo, ich dojo..

***

Jack zawiązał Rudy'emu oczy i razem z Kimberly zaprowadził go do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Gielespie zdjął opaskę i zobaczył.. ciemność. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć oślepiło go jasne światło. Jego oczom ukazali się wszystko jego uczniowie, którzy z uśmiechem na ustach krzyczeli: "Niespodzianka!" Ujrzał również kilka zupełnie obcych mu twarzy.
Rudy: Ale.. ale jak?
Kim: Nie mogłeś robić wszystkiego sam..
Jack: Więc ci pomogliśmy - dokończył.
Rudy: Uwielbiam was! - zawołał, po czym rzucił się na przyjaciół. Gdy już ochłonął, zwrócił uwagę na 3 małych chłopców i jedną, rudowłosą dziewczynkę. - O, a to kto?
Milton: Twoi nowi uczniowie!
Rudy: Wy chyba nie..
Grace: Nie, Rudy! Nie odchodzimy - zaprzeczyła natychmiastowo.
Jerry: Po prostu uznaliśmy, że nie możesz sam się wszystkim zajmować. A ta 4 nie pozwoli, żebyś znowu popadł w długi.
Gielespie był dumny ze swoich przyjaciół. Po tym jak nawalił, oni potrafili działać. Byli wytrwali, pracowici, zawzięci i gotowi poświęcić wszystko byleby tylko komuś pomóc. I właśnie za to ich kochał...
Szczęśliwy sensei jeszcze raz przytulił swoich podopiecznych, z tą różnicą, że tym razem w grupowych uścisku uczestniczyli również nowi uczniowie.
Podczas, gdy Rudy dziękował przyjaciołom, Jack i Kim dyskretnie opuścili budynek.
Jack: Co powiesz na kino? Tylko ty i ja..
Kim: Coś jakby randka?
Jack: To zdecydowanie będzie randka!
Kim: W takim razie.. zgoda - odparła uśmiechając się promiennie w stronę szatyna.
Brewer objął dziewczynę, po czym wraz z nią poszedł na kolejną w ich długim i pięknym związku, randkę..


Ok, trochę minęło od ostatniego rozdziału.. a ten rozdział, jest.. całkowicie poświęcony Kicku. Oczywiście ja jak to ja, musiałam zepsuć zakończenie! A właśnie.. wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet :D Spóźnione życzenia, ale zawsze lepiej później niż wcale.
Co do następnego rozdziału.. trochę pogubiłam się w czasie, więc uznajmy, że jest końcówka listopada. Wiem, że na pewno nie będzie się zgadzało z tym co pisałam wcześniej, ale na następny planuje coś takiego jak.. Halloween, to chyba nazywa się.. Halloween xD Więcej nie mogę zdradzić..
Zapraszam na mojego bloga o Olivii^^ To link.. osobiście uważam, że jest okropny, ale może coś was zainteresuje..

7 komentarzy:

  1. Rozdział super! Naprawdę bardzo mi się podoba. Tak, tak Jack i Kim się nie całowali.. mhm ;)
    Czekam na nn^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny!
    Ale Haloween nie jest obchodzone pod koniec października? Nie wiem... Zresztą nie ważne...
    Z ich pocałunkiem to chyba trochę potrwa. Tak myślę :/
    No nic! Trzeba czekać!
    I'm waiting for next chapter xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja.. tylko ja mogłam pomylić k z listopadem -.-
      Zmieniłabym to, ale po Halloween planowałam święta, więc nie mam wyjścia -.-

      Usuń
  3. Bardzo fajny rozdział :)
    Mam nadzieję, że szybko dodasz następny!

    Miśkaa^.^

    OdpowiedzUsuń
  4. Super rozdział<3
    Strój będzie!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Boski!!! <3
    Czekam na next :)
    Twoja Ann ;***

    OdpowiedzUsuń

Czytasz = komentuj