czwartek, 11 grudnia 2014

Rozdział 49

Niedoszły pocałunek. Kolejny. Los widocznie nie chciał, by ta dwójka doznała pełni szczęścia ukonorowując  swój związek. Nikt nie potrafił powiedzieć dlaczego. Tak po prostu było. Każdy romantyczny moment prędzej czy później tracił swój urok, gdyż ktoś wybrał najbardziej niefortunny moment do złożenia niezapowiedzianej wizyty. Tworzył tym komiczne wspomnienia, jednak pozostawiał trwały ślad w teraźniejszości. Doprowadzał do następnych rozmów przyjaciółek, w których Parkins musiała tłumaczyć Kim, iż najwyraźniej tak miało być i należy poczekać na odpowiednią sytuację.
Chuck zmierzył wzrokiem Brewera trzymającego w ramionach jego ukochaną córeczkę. Ten niemal natychmiast wypuścił dziewczynę z objęć. W tym samym czasie Jerry złapał Grace za rękę, po czym wypchnął parę spod jemioły. Pobłażliwie uśmiechnął się w ich stronę. Im się nie udało, ale to nie znaczy, że on nie może spróbować.
Jerry: Wybacz stary, trzeba łapać okazję - powiedział, a kilka sekund później złożył na ustach ukochanej czuły pocałunek...
Jones wszedł pomiędzy zirytowaną parę, po czym blaskiem flesza oślepił pozostałych gości. Robił to od czasu, w którym dostał najnowszy, wymarzony aparat fotograficzny. Jego rodzice liczyli się z tym, iż może wydarzyć się coś podobnego, jednak nie spodziewali się, że ich syn obdarzy swój prezent tak wielkim uczuciem.

***

Sesja zdjęciowa? Eddie od zawsze kochał uwieczniać ważne momenty w swoim życiu.  Jego sypialnia tonie w fotografiach z dzieciństwa, uroczystości szkolnych, Wigilii, Bożego Narodzenia, urodzin, odwiedzin, spacerów, rodziny, przyjaciół. Od samego początku wiedział co zostanie jego pasją, co będzie chciał w życiu robić. Dlatego też nie przykłada zbyt wielkiej wagi do ocen, choć stara się. Więcej czasu spędza nad rozwijaniem się w swoim ulubionych kierunku fotografii. Kadry, obiektywy, migawki - to było jego życie. Nie mógł bez tego istnieć.
Inni wyrażają siebie poprzez taniec, śpiew, on wybrał zdjęcia. Nic nie odzwierciedlało bardziej jego duszy, jego zamiłowań.
Wracając do początkowego pytania, to zdecydowanie nie była sesja zdjęciowa. Kilkanaście osób usadzonych według wyobraźni chłopaka było jedynie wspomnieniem. Wspomnieniem, które dzięki skrawkowi papieru już na zawsze pozostanie w ich serach. Wspólnie spędzone święta są idealną chwilą do powrotu w przeszłość.
Milton: Eddie rób to zdjęcie, bo za chwilę wyrwę ci ten aparat i rozbiję go o ten stół!

***

31 grudnia. Sylwester. Zdecydowanie jeden z najważniejszych i najbardziej magicznych dni w roku. Każda nastolatka pragnąca przeżyć niezapomnianą historię miłosną, traci nadzieję na szczęśliwe zakończenie, jeśli ominie ją pocałunek o północy. Wszystkie dziewczyny, skrycie lub na jawie o tym marzą. Chłopak był wtedy osobą, której nie mogło zabraknąć. Nie tylko po to, by spełnić zachciankę, lecz również po to, by  dopełnić idealny wieczór, niemożliwy bez jego obecności.
Dla Miltona zaczął się on jak zwykle. Sięgnął po podręcznik do biologii i powtórzył wszystkie formułki. Chciał, aby Julia przeżyła wspaniałą noc na koncercie Jednej Łzy (nazwa kapeli), jednak rodzice z pewnością pozwolą mu jedynie oglądać go w telewizji siedząc w odległości co najmniej jednego metra o Green. Nie akceptowali tego związku. Nie mogli pogodzić się z tym, że ich mały Milty dorósł.
Krupnick z westchnieniem spojrzał na ich wspólne zdjęcie zawieszone nad łóżkiem. Tuż pod nim znajdowała się półka, na której liczne nagrody naukowe - wstążki i puchary.
Milton: Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym Cię uszczęśliwić...
Julia: Wystarczy, że będziesz przy mnie. Nie potrzebuję niczego innego.
Uśmiechnął się kręcąc głową. Nadszedł czas, by się postawić, rozłożyć skrzydła, wylecieć z gniazda, odciąć pępowinę. Niedługo skończy 18 lat. Rodzice, ludzie, którzy dali mu życie będą musieli się z tym pogodzić i podarować mu w prezencie wolność.
Wyszedł z pokoju, zgarniając po drodze szatynkę. Skierowali się do kuchni - miejsce rodzinnych, porannych schadzek. Tata Krupnick jak zwykle siedział na krześle w jednej ręce trzymając gazetę, a w drugiej kubek gorącej kawy. Jeżeli postąpi według powszechnej już tradycji, za moment wstanie jak oparzony, gdyż faktycznie poparzy się, tym samym spisując na straty kolejną koszulę oraz krawat. Tymczasem Mama Krupnick stała przy kuchence, w swym jasnozielonym fartuszku, jednocześnie smażąc jajecznicę dla męża i przygotowując ciepłe mleko dla syna.
Milton odchrząknął. Nie zwrócili na niego uwagi. Zrobił to znów, tym razem dwa razy głośniej. Spotkał się z tą samą reakcją.
Tata Krupnick podniósł ulubiony kubek do ust, po czym gwałtownie wypuścił go z dłoni. Jego żona domyśliła się, że chodzi o kolejny niedorzeczny artykuł lub działania głównego wroga mężczyzny.
Podniósł się z miejsca, wybiegł z pomieszczenia. Po codziennych przygodach, opanował tę czynność do perfekcji.
Milton: Mamo? - zapytał podchodząc do rodzicielki. Za sobą pociągnął Julie. - Chciałbym Ci coś powiedzieć - kobieta spojrzała na chłopaka. Ten otworzył usta, z których  nie wydobył się jednak żaden, nawet najcichszy dźwięk. Green szturchnęła go łokciem. Pomogło. - Chcę spędzić tego sylwestra z Julią. Niedaleko Seaford jej ulubiony zespół gra koncert. Marzy o nim od dawna, więc bez względu na to co powiecie, zaprowadzę ją tam i..
Isabelle: Dobrze - odparła bez zastanowienia.
Milton: Byłem przygotowany na tą odpowiedź, ale już czas, żebym stał się samodzielny mamo, nie mogę całego życia spędzić z.. czy ty się zgodziłaś? - Mama Krupnik podeszła do niego, po czym pogłaskała jego policzek.
Isabelle: Milty, jeśli miałeś nas dość, wystarczyło powiedzieć. Spróbuję jakoś przeboleć to, że ta śliczna młoda kobieta powoli mi ciebie odbiera... bawcie się dobrze - powiedziała wracając do przerwanej czynności.

***

Zeszła ze schodów na palcach licząc na to, że uda jej się niezauważenie wymknąć z domu. Od czasu powrotu jej ojca, codziennie, za każdym razem, gdy gdzieś wychodziła lub, gdy odbierała telefon, przechodziła przesłuchanie, a następnie czekało ją dwudziestominutowe kazanie, które brzmiało tak samo jak dnia poprzedniego. "Jack nie jest chłopakiem dla ciebie".
Chuck: Gdzie się wybierasz? - mówiąc to ani na chwilę nie oderwał wzroku od ekranu telewizora, co trochę przeraziło dziewczynę. Czy naprawdę choć jeden raz nie mogła zobaczyć się ze swoim chłopakiem czy przyjaciółmi, omijając bezsensowny wykład?
Ukradkiem oka zerknął na córkę. Coś było nie tak. Coś w sobie zmieniła. Nowa fryzura, nowy płaszcz, nowe buty? Nie. Dziewczyna pierwszy raz od jego przyjazdu nie nałożyła na twarz ani grama makijażu. Nigdy z nim nie przesadzała, ale zawsze delikatnie przejeżdżała po ustach błyszczykiem lub podkreślała swoje śliczne, brązowe oczy. Dla Taty Crawford oznaczało to jedynie tyle, że Kimberly czuje się przy Brewerze na tyle swobodnie i ufa mu tak bardzo, iż jest w stanie pokazać mu się z "nagą" twarzą.
Blondynka cofnęła dłoń, która od dwóch sekund spoczywała na klamce. Postanowiła, że kiedy tylko nadarzy się okazja, wymuruje tu ceglaną ścianą dzięki której zyska trochę swobody.
Kim: Idę do Jack'a. Mamy plany na dzisiaj, więc nie próbuj mi ich niszczyć.
Chuck: Idziesz dzisiaj ze mną, mamą i Rose na kolację do mojego szefa. Jeśli chcesz możesz zabrać tego twojego... jak mu tam?
Kim: Jack! Ma na imię Jack, i nie zamierzam... mogę go zabrać? - uśmiechnęła się chytrze. Nie miała zamiaru zrobić czegoś szatańskiego, lecz w jej głowie zaświtała pewna myśl. Wydusiła "widzimy się o piątej" i zanim mężczyzna zdążył coś powiedzieć, znikła...

***

Po raz pierwszy odkąd szczycił się zdobytym prawem jazdy, Milton usiadł za kierownicą. Green, choć szczęśliwa, że spędzi ten wieczór z ukochanym, na wymarzonym koncercie bała się zając miejsce obok. Ślepo ufała egzaminatorom, lecz w sprawach takich jak ta była przerażona.  Jego ostatnia próbna jazda zakończyła się modlitwą i błaganiem o przeżycie, instruktora.
Wzięła głęboki oddech, po czym pełna obaw zapięła pas. Krupnick zmienił bieg. Spojrzał w tył. Nacisnął gaz. Ruszył. Pomylił kierunki. Jechał do przodu. Zahamował. Przepraszająco uśmiechnął się do szatynki. Ta chwyciła się pierwszej lepszej rzeczy, którą miała pod ręką.
Drugie podejście wyglądało lepiej. Bezpiecznie włączył się do ruchu drogowego. Na razie wszystko szło dobrze. Minęło pół godziny. Nie posunęli się zbyt daleko, ale było to zdecydowanie lepsze niż jazda z człowiekiem uwielbiającym prędkość.
Eddie: Daleko jeszcze? - podniósł się głośno stękając. Leżenie pod fotelem nie sprzyja jego kręgosłupowi. Jeszcze mniej sprzyja natomiast dwójce siedzącej z przodu. Rudowłosy o mało co nie stracił panowania nad kierownicą, a szatyna prawie zemdlała z przerażenia.
Milton: Eddie, skąd ty się tu wziąłeś?! - ton jego głosu był nie tylko nieprzyjazny. Przypominał warknięcie. Jones nie znał go od tej strony. Nikt go nie znał... nawet najbardziej denerwujące sytuacje nie wyprowadzały go z równowagi. Był oazą spokoju, wzorem do naśladowanie dla ludzi niespokojnych, takich jak na przykład Kim.
Eddie: Nie miałem żadnych planów. Jerry, Grace, Kim i Jack spędzają sylwestra razem, ty i Julia wyjeżdżacie, więc pomyślałem, że jako mniej niebezpieczny duet będziecie dla mnie odpowiednim towarzystwem... ale chyba się pomyliłem. - Julie spojrzała na niego z politowaniem. Ona również nie chciałaby spędzić tego dnia samotnie. Nie zastanawiała się długo. Nie czekała na podpowiedź. Zaproponowała przyjacielowi trzeci bilet na koncert, który wzięła ze sobą myśląc, że weźmie ze sobą kuzynkę. Zachorowała, więc jedno miejsce się zwolniło. - Dzięki Julie, teraz wiem na kim mogę polegać - mówiąc to zwrócił się w stronę kierowcy co, ze względu na jego umiejętności, było dość niebezpieczne. Dziwnie się czuł wpychając się w romantyczny wieczór jednej z najlepiej dobranej par w mieście. Dużo o tym myślał. Nie mógł się zdecydować. Wiedział, że nie będą zadowoleni, dlatego się schował.
Milton: Gaaah... mam naprawdę cudowną dziewczynę!

***

Proszące spojrzenie + błagający, nieśmiały uśmiech to as w rękawie Crawford. Zawsze, gdy musiała wymusić na Jack'u zachowanie, którego nie chce, tylko to połączenie idealnie wyćwiczonej mimiki twarzy, pomagało. Do czasu. Dzisiaj nie działało. Musiał się naprawdę postarać organizując niespodziankę. Musiał też naprawdę bać się ojca dziewczyny, ponieważ usłyszawszy jego imię, o mało co nie schował się pod łóżkiem. Był jednak gotowy tym razem się postawić, by ratować ostatnie chwile tego roku.
Kimberly okrakiem usiadła mu na kolanach. Potajemnie zerkała w jego brązowe oczy. Od czasu do czasu lekko przygryzała wargę. To działanie nie było kolejną sztuczką. Było zwykłą zachcianką, która miała pokazać, że bez względu na to jak dalej potoczą się losy tego dnia, nie wpłynie na ich związek, że zawsze będzie dla niej najważniejszą osobą na całym świecie, że nigdy nie będzie nikogo mocniej kochała.
Czasami gesty potrafią powiedzieć więcej niż słowa. Wystarczy uważnie się przyglądać. Słuchać.
Jack: Zgoda - mruknął pod nosem. Wystarczyło. Blondynka uśmiechnęła się, po czym gładząc policzek chłopaka, ucałowała czubek jego nosa. Następnie gwałtownie wstała, i ciągnąc za sobą Brewera, wybiegła z pokoju. - Gdzie idziemy? - zatrzymała się obdarzając go niedowierzającym spojrzeniem
Kim: Gdzie idziemy?! Kolacja zaczyna się za 3 godziny. Musisz mi pomóc wybrać sukienkę... poza tym chyba pamiętasz, że twój garnitur na specjalne okazję przetrzymujesz się - na słowo "garnitur" mina szatyna skrzywiła się jeszcze bardziej. Nie znosił paradować w oficjalnych i strasznie niewygodnych ubraniach. Nawet na ważne szkolne uroczystości od nich stronił.
Jack: Ty idź. Dogonię cię za chwilę. Muszę zadzwonić do Jerry'ego - wspięła się na palcach i szepcząc ciche podziękowania pocałowała w policzek. Drobne czułości, dla nich obojga znaczyły więcej niż najbardziej romantyczna randka w cieniu wieży Eiffla w mieście zakochanych. Dlatego dla niektórych wydawali się parą dość specyficzną.
Gdy Kim wyszła, Jack sięgnął do kieszeni po telefon. Nie wierzył, że właśnie zrezygnował z najlepszej przygody w życiu, ze względu na idiotyczną kolację biznesową ojca swojej ukochanej. Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej...
Jerry: Yo, Jack Grace chce to przełożyć na za dwie godziny. Wyrobisz się? - zaczął zanim chłopak zdążył wydusić z siebie słowo.
Jack: Nie dam rady, Jerry. Ja i Kim wypadamy. Musisz wymyślić coś innego.
Jerry: Bo w myśleniu jestem mistrzem! Nie możesz mnie zostawić, Jack. Ty wiesz co Grace mi zrobi, jeśli nawalę? Ona liczy na niezapomniany wieczór. Zrezygnowała z NOWEGO JORKU! Zamiast sylwestra w wypasionym mieście z rodzinką wybrała nas. Radzę ci... - dalszą cześć konwersacji znał wyłącznie Martinez. Szatyn nie mogąc wytrzymać potoku zdań bez chwili wytchnienia, wylatujących z ust przyjaciela. Miał pojęcie, iż dzięki temu ominął długie wyrzuty, które od tej chwili wypowiadał sam do siebie. Uśmiechnął się więc, po czym powolnym krokiem ruszył w kierunku drzwi...

***

Wybiła 17:00. Dokładnie za trzy godziny rozpoczynał się koncert jednej z najlepszej kapeli metalowej tego milenium. Osoby powierzchniowo znające Green nie mogli uwierzyć w to, że na jej playliście znajduje się coś oprócz muzyki klasycznej, Fryderyka Chopina, Ludwiga van Beethoven'a, Jeana-Baptiste Lully czy Charles'a Avisona. Nie pasowała do tego rodzaju muzyki. Grzeczne ciuchy, doskonałe oceny - na pewno nie tak ludzie wyobrażają sobie prawdziwych fanów "Jednej Łzy".
Julia jak błyskawica dopadła schodów zostawiając za sobą Krupnicka i Jones'a. Nie mogła doczekać się, aż wreszcie zobaczy swoich idoli. Jej puls przyspieszał, a później spadał. Normalnie bardzo by się tym przejęła, lecz w tej chwili była zbyt podekscytowana.
Milton: Julio... zaczekaj chwilę - oparł się na barierce. Z jego czoła, jak i z czoła jego towarzysza lał się pot. Przebiegli około kilometr, z powodu braku wolnych miejsc na tutejszym parkingu. Tyle im wystarczyło. - To co robisz jest.. - przerwał, by złapać dech. Tymczasem dziewczyna rozejrzała się wokół. W jej oczach pojawił się błysk, którego rudowłosy nie znosił.
Julia: Masz rację... - uśmiechnął się. - Lepiej będzie pojechać windą. Kiedy będę prosić o autograf nie mogę wyglądać jak.. wy - kąciki jej ust niezauważalnie się podniosła. Zbiegła z pierwszego stopnia i poprowadziła chłopaków do tak zwanej "magicznej machiny". Dała im przywilej wciśnięcia białego przycisku, który miał za zadanie sprowadzić windę na parter. Weszli do środka. Nie mieli jeszcze pojęcia co ich czeka...

***

Ich usta krępowała wszechogarniająca cisza. Stali zajęci sobą. Od czasu do czasu obdarzali się mało znaczącymi spojrzeniami. Nie wiedzieli co się stało. Jeszcze kilkanaście minut temu siedzieli objęci w domu Brewera. Najprawdopodobniej udzieliła im się wroga atmosfera, która wisiała nad rodziną Crawford, jak burzowe chmury.
Ona stała przed lustrem wygładzając fałdy czerwonej sukienki kupionej na specjalne okazje. W międzyczasie próbowała doprowadzić swoje bujne loki do zadowalającego stanu. Bez pomocy prostownicy nie było to takie łatwe.
On bezskutecznie próbował zawiązać na szyi krawat. Nie nosił garniturów ani smokingów. Nie miał w tym wprawy. To ostatecznie zadecydowało o powrocie uśmiechu na ponurą twarz Kimberly. Podeszła do szatyna. Rozluźniła marny węzeł tym samym pozwalając odetchnąć płucom chłopaka.
Kim: Jak ty wiążesz krawat? Przypomnij mi, żebym przed szkolnymi tańcami do ciebie wpadła i pomogła ci się przygotować - przyciągnął ją do siebie. Dłonie blondynki mimowolnie wplotły się w jego włosy.
Jack: Oczywiście. Z chęcią spędzą trochę czasu odciągając cię od nieudanych pomysłów szkolnych imprez - zbliżył się do niej. Lekko musnął jej usta. Odsunęła się.
Kim: Jack, nie tutaj... - szepnęła sprawdzając czy aby na pewno nikt ich nie widział. Jej nadzieje rozwiały się. Stały w drzwiach.
Pani C: Ona ma rację. Jeśli Chuck was zobaczy, możesz pożegnać się z porankami, popołudniami i wieczorami z Kim, przez okrągły miesiąc.

***

Ostatni raz spojrzała w lustro. Była gotowa. Wiedziała, że Jerry niekiedy ma szalone pomysły, które często nie wypalają, lecz czuła, że tym razem jej nie zawiedzie, że tym razem się uda.
Nie miała pojęcia co chłopak dla niej wymyślił. Niepewność oraz niecierpliwość nie pomagały w oczekiwaniu na upragniony dzwonek do drzwi. Zerknęła na zegarek. Powoli zbliżała się ta godzina. Wskazówka leniwie posuwała się na przód. Czas jeszcze nigdy jej się tak nie dłużył.
Wyjrzała przez okno. Rozejrzała się wokoło. Nigdzie nie było ani śladu Martineza. Zaczęła chodzić w tę i z powrotem. Od łóżka do ściany. Od ściany do drzwi. W końcu nie wytrzymała i zbiegła na dół. W przedpokoju widać było roztapiające się ślady śniegu. A więc przyszedł... Parkins weszła do kuchni. Stał tam. Próbował przyłapać lodówkę na chwili nieuwagi, i sprawdzić czy, gdy zamyka się jedzenie w odosobnieniu, magiczne światło rzeczywiście gaśnie.
Grace: Emmm.. skarbie? - przerwał. Zbliżył się do niej obdarzając jej usta czułym pocałunkiem, by prawidłowo rozpocząć świętowanie.
Jerry: Zostałem porzucony,  ale mam nadzieję, że ci się spodoba - wyciągnął z kieszeni kurtki czarny szalik,  po czym nie czekając na reakcję dziewczyny, obwiązał jej oczy czarnym szalem. W związku z tym, że brunetka była gotowa do wyjścia ujął jej dłoń i powoli wyprowadził ją z mieszkania. Uważając na niewielkie górki śniegu oraz śliskie chodniki prowadził Grace przez Seaford czasem obracając głowę, żeby sprawdzić czy w ich stronę nie zmierza akurat zagapiony przechodzień. Posuwali się bez pośpiechu. W międzyczasie słabo świecące coraz bardziej chowało się za linią widnokręgu. W końcu zamieniło się miejscami z księżycem, gwiazdami. W tym momencie dotarli na miejsce...

***

Drzwi otworzył starszy jegomość. U jego boku stała kobieta będąca zapewne jego żoną oraz dwójka małych dzieci - chłopiec i dziewczynka, bliźniaki. Jeśli ktoś zobaczyłby teraz Chucka Crawford nie podejrzewałby nawet, iż jest on pracownikiem tego mężczyzny. Zachowywali się jak starzy, dobrzy przyjaciele. Wpadli sobie w ramiona. Następnie Jeremy ucałował dłoń An, Kim, a nawet Rose ubranej w prześliczną różową sukienkę z dużą czarną kokardą po prawej stronie. Chuck postąpił tak samo. Na sam koniec oboje przedstawili sobie swoje rodziny... i Jack'a.
Bez większych ceregieli wszyscy zasiedli do uginającego się od nadmiaru jedzenia, stołu.
W mgnieniu oka pomieszczenie wypełnił niebywały gwar. Kobiety zajęły się rozmową o swoich wspaniałych dzieciach, mężczyźni rozmową o ostatnim meczu rugby, a Brewer i Crawford rozmową przez sms-y. Naumyślnie usadzono ich po przeciwnych stronach, by uniknąć romantycznych chwil.
Pani C: Rose, pobaw się z... - nachyliła się w stronę swojej nowej znajomej. - Jessie'm i Ally.
Dziewczynka niechętnie zsunęła się z kolan siostry i powoli podeszła do bliźniaków. Żeby móc spojrzeć im w oczy wysoko podniosła głowę. Jessie i Ally złapali jej ręce, po czym jak gdyby nigdy nic ją "porwali". Mała Crawford mogła jedynie rzucić ostatnie spojrzenie na swoją siostrę, której wzrok nie odrywał się od ekranu komórki...

***

Zamknięci w windzie. Bez jedzenia. Bez wody. Pozbawieni kontaktu ze światem. Siedzą na podłodze już 2 godziny nie wiedząc co mają zrobić. Ich telefony nie miały tutaj zasięgu, a głód coraz bardziej im doskwierał. Julie nie pozwoliła na krótką przerwę podczas jazdy, dlatego jej towarzyszy podróży ze złością się w nią wpatrywali. Lecz w ich spojrzeniu było coś więcej. Coś co nie dawało Green spokoju. Patrzyli na nią jak na... szwedzki stół z żeberkami, kurczakiem, miskami pełnymi owoców, owocami morza i wszystkimi innymi cudownościami.
Jones oblizał usta. W końcu nie wytrzymał. Rzucił się na dziewczynę. Na szczęście rudowłosy miał jeszcze pojęcie o tym co się dzieje. Własnym ciałem osłonił ukochaną. Złapał Eddie'ego, po czym spoliczkował go, żeby przywrócić go do świata żywych. Na pewien czas pomogło.
Szatynka zaczęła szperać w swojej torebce. Po kolei wyciągała z niej błyszczyk, lusterko, komórkę, kieszonkowy słowniczek itd. Na samym dnie leżało coś co mogło ich wszystkich wybawić. Kanapka z serem i szynką oraz masło orzechowe, które wprost uwielbiała...

***

Zjeżdżalnia, kilka huśtawek, karuzela... wszystko to pokryte było białym puchem mieniącym się w blasku księżyca. Czy to było to magiczne miejsce, w którym wszystko się zaczęło? Czy to był plac zabaw, na którym tego pamiętnego dnia się poznali?

Mała dziewczynka beztrosko huśtała się na jednej z huśtawek. Wszędzie słyszeć można było jej donośny śmiech. Chwile spędzone tutaj były dla niej szczególnie zabawne, dlatego bardzo chętnie tu przychodziła. Za każdym razem poznawała kogoś innego. Czteroletnią dziewczynkę z okularami i grubą książką z bajkami w dłoni, rudowłosego chłopczyka budującego przepiękne budowle z foremek do piasku oraz wiaderek i łopatek, blondynkę kłócącą się z pięciolatką, która mimo tak młodego wieku na twarz nakładała co najmniej dwie warstwy makijażu, nosiła najpiękniejsze różowe sukienki, tego samego koloru buciki, torebeczki, a także wstążeczki, mulatka ledwo trzymającego się na nogach po minucie w karuzeli. Wszystkich, którzy odegrali w jej późniejszym życiu wielką rolę. Dzisiaj miała poznać osobą, która zmieni je najbardziej.
Brunet o latynoskich rysach podszedł od tyłu do małej Parkins. Poczekał na odpowiedni moment i... zepchnął ją z huśtawki. Rozpierała go duma... przy najmniej dopóki nie zobaczył łkającej Grace z trudem podnoszącej się z piasku. Uchodził za łobuziaka, ale miał wrażliwe i dobre serce. Pobiegł gdzieś. Po chwili wrócił z dwoma gałkami lodów. Podał je dziewczynce. Ta niewiele się zastanawiając zrzuciła rożek z lodami na ziemię. Kilka sekund później na jej ustach znów zagościł uśmiech. Latynos nie wiedział co ma zrobić. Patrzył to na swoją "ofiarę" to na kupiony dla niej prezent. W końcu zdołał wydusić z siebie parę słów.
Jerry: Lubię Cię. Jestem Jerry - wyciągnął w jej stronę rękę, by się przywitać. Pewnie ją uścisnęła. 
Grace: Grace.

Grace zwróciła twarz w stronę chłopaka. Szybko musnęła jego usta, a następnie mocno się w niego wtuliła. To było coś o czym marzyła, coś naprawdę niezwykłego... Martinez spisał się na medal!
Usiadł z nią na ławce. Rzecz jasna kilka godzin temu zgarnął z niej puszysty śnieg i położył ciepły koc. Zadbał o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół.
Grace: Jest pięknie... - objął ją ramieniem, po czym czule pocałował w czoło. - Dziękuję...

***

Mieli już dość. Minęły już trzy godziny od kiedy drzwi windy zamknęły się więżąc ich między piętrami. O trzy godziny za długo. Szczególnie źle znosił to Eddie. Biedaczek właśnie odkrył swoją następną fobię. Po pająkach, mrówkach, kręconych frytkach, mężczyzn z brodą miejsce piąte zajął strach przed wyjątkowo małymi pomieszczeniami.
Ściany się do siebie zbliżały. Jego usta spowijał krzyk. Było to straszne nie tylko dla niego. Julia i Milton przekopywali wszystkie informacje na temat klaustrofobii jakie zdobyli z różnych książek i stron internetowych. Chcieli uspokoić przyjaciela. Niestety nic nie przychodziło im do głowy. Pozostało im czekać, modlić się, błagać.
Krupnick padł na kolana. Doczołgał się do drzwi. Zaczął uderzać w nie swoimi małymi piąstkami.
Milton: Pomocy! Pomocy! Słyszy mnie ktoś?! - chwilę później dołączył do niego Jones. Zrobiłby wszystko, żeby się tylko stąd wydostać.
Julia: To bezsensowne Milton, jeśli nikt nie słyszy Eddie'go...
Derek: Halo? Jest tam kto? - zawołał słysząc krzyki. Green zamilkła. Znała ten głos. I to bardzo dobrze. Kołysał ją do snu i rankiem budził. Towarzyszył jej przez większość życia. To Derek Benward - wokalista jej ukochanej kapeli metalowej. Krzyknęła podekscytowana. Wszystkie emocje, wszystkie, wydarzenia, które miały tu miejsce, w jednej chwili przestały istnieć. Liczyło się tylko to, że miłość jego życia (oczywiście nie licząc Miltona) stała po drugiej stronie. Nadzieja wróciła. Znów uwierzyła w to, iż uda jej się spełnić marzenia.
Była strasznie przejęta. Zaczęła szukać w torebce lusterka. Chwilę później rzuciła się na posadzkę przypominając sobie o desperackim poszukiwaniu pożywienia. Poprawiła włosy, przejechała usta błyszczykiem, zadarła spódniczkę. Nie zauważyła nawet jak winda ruszyła w górę, nie zwróciła uwagi na to, jak jej przyjaciele wybiegają i rzucają się na swojego wybawcę. W końcu podniosła wzrok. Krupnick wraz z Jones'em obcałowywał bujną czuprynę Dereka. Na żywo wyglądał o wiele lepiej niż na plakatach.
Niewiele myśląc uczepiła się jego nogi. Dwudziestolatek oderwał od siebie całą trójkę. Jego surowa mina ostudziła radość z odzyskanej wolności. Przybrali skruszony wyraz twarzy. Roześmiał się.
Derek: Co tu tak stoicie.? Za chwilę zaczyna się nasz koncert!

Kilka minut później...

Milton, Eddie i Julia stali za kulisami z przepustką na szyi, rozkoszując się bufetowymi przekąskami. "Jedna łza" właśnie rozpoczynała koncert. Piski tysięcy fanek rozproszyły się po całej sali.
Green odłożyła talerz, po czym odciągnęła rudowłosego na bok. Złapała jego dłonie. Spojrzała mu prosto w oczy.
Julia: Dziękuję.
Milton: Za o? - zmarszczył brwi.
Julia: Za najlepszy dzień mojego życia. Wiem, że nie wszystko poszło po twojej myśli, ale... właśnie to uczyniło mnie najszczęśliwszą dziewczyną we wszechświecie. Kocham Cię...

***

Godzina. Druga. Mimo ciągłej "rozmowy" czas niemiłosiernie im się dłużył, jakby stanął. Bateria w ich telefonach nie wystarczy na długo. Za kilka minut zostaną zmuszeni do przysłuchiwania się rozmów dorosłych i jedzenia tych smacznych i tych mniej smacznych posiłków.
Uwaga wszystkich nagle zwróciła się na Mamę Crawford, która od pewnego czasu masowała swój brzuch. Szeptała coś pod nosem. Uśmiechała się. Dla wielu kobiet ciąża była czymś nie do wytrzymania, ciągłe zmiany humorów, uważanie na każdym kroku, nóżka dziecka kopiąca ścianę brzucha. Pozostałe o czymś takim marzyły. Świadomość, iż pod swoim sercem ma się życie, była dla nich podporą, czasem nawet jedynym sensem życia. An z całą pewnością należała do tej drugiej grupy. Wiadomość o kolejnym członku ich rodziny spadł na nią jak grom z jasnego nieba wywołując w jej duszy niespotykaną euforię. Nie pracowała zawodowo, gdy Rose nie było jeszcze na świecie często spędzała samotnie całe dnie nie wiedząc co ze sobą począć. Dziewczynka tchnęła w jej życie nową porcję energii. Na samym początku była oczkiem w jej głowie, nie pozwalała nikomu się do niej zbliżać, nie odstępowała jej na krok. Patrzyła na to jak śpi, jak się śmieje, jak płacze, a cały dom wypełniała ogromną radość. Miała nadzieję, że następna mała fasolka wywoła w jej życiu podobne odczucia.
Chuck: An, kochanie może chcesz, żebyśmy już wracali?
Kim błagalnie na nią spojrzała. Teraz mają okazję to wszystko raz na zawsze zakończyć. Wyjść i już nigdy nie spotkać się z tymi ludźmi. Wystarczyło kilka słów lub chociaż skinienie głową.
An: Nie, wszystko jest w porządku. Po prostu kopie... - to zdanie uświadomiło jej, że to już się zbliża. Że za kilka miesięcy znów znajdzie się na sali porodowej i da światu nowe życie, nowe istnienie, które będzie najsłodszym, najszczęśliwszym niemowlakiem na świecie.
Tymczasem blondynka zrezygnowana westchnęła, po czym po raz kolejny utkwiła wzrok w ekranie telefonu. Decydujący moment się zbliżał. W jej oczach odbił się napis "Bateria rozładowana". Czyli to również przepadło. Zerknęła na Jack'a. Zrozumiał. Jednocześnie wstali ze swoich miejsc. Nikt nie zwrócił na nich uwagi. Ruszyli w stronę tutejszego piekła. Miejsca cierpienia i modyfikacji wszystkim zabawek. Pokoju bliźniaków...

***

Powoli zbliżała się północ. Gospodarze dzisiejszego małego przyjęcia przyszykowali szampana dla siebie i dla swoich gości. Nie czekając na resztę złożyli sobie noworoczne życzenia, po czym udali się do kryjówki Ally i Jessie'go. Gdy otworzyli drzwi ujrzeli coś, co nie tylko ze względu na czarne pasy, ale także i dość znacznej różnicy wieku, było po prostu nieprawdopodobne.
Na środku pokoju stały dwa, oparte o siebie krzesła, a na nich siedziała dwójka nastolatków próbując dotknąć swych dłoni. Nie przeszkadzał im cienki sznurek, którym byli owinięci. Byli blisko. Mogli swobodnie rozmawiać. Opowiadać sobie różne historię, wspominać najcudowniejsze i najgorsze chwile tego roku, śmiać... byli skrępowani, lecz ich dusze były wolne, a to liczyło się dla nich najbardziej.
Nie wiedząc co zrobić, dorośli po prostu się wycofali. Tak jakby nic nie zauważyli.
Kim: Mogłam to przewidzieć...

***

Zaczęło się odliczenia. Do północy została jedynie minuta. Ludzie pospiesznie wychodzili ze swoich domów ubierając po drodze czapki i szaliki, by ochronić się przez panującym zewsząd mrozem. Według starych opowieści właśnie teraz Stary i Nowy Rok się spotkali. Staruszek oddał młodszemu symboliczną szarfę przekazując mu tym samym panowanie nad następnymi 365 dniami. On odchodził, aby wypocząć. Nowy natomiast zostawał i rozglądał się po otoczeniu. Musiał poznać miejsce, a raczej czas, w którym zagości. Będzie starał się nie przywiązywać - to w końcu jego praca. Każdego roku sprawia to coraz więcej trudności. W jednej chwili w powietrze wzbija się tysiące fajerwerków rozświetlając czarne niebo oraz rysując kolorowe zygzaki. Tak miało być również dzisiaj...
Mieszkańcy Seaford wyjrzeli zza okien. Sąsiedzi machali do siebie, witali się lub po prostu uśmiechali.
(występują tu różne postacie, ale wszystkie są we wcześniej opisanych miejscach. Akcja będzie przeskakiwać od koncertu po pokój bliźniaków do placu zabaw.)
"Seaford": 10... 9... 8...
Milton, Julia, Eddie: 7... 6..
Kim i Jack: 5... 4..
Grace i Jerry: 3... 2... 1...
Historia kolejny raz się spełniła. W niebo wzbiły się zimne ognie, na które dzieci czekały najbardziej. Trudno stwierdzić ile to wszystko trwało. Wydawało się, że radosnym okrzykom, hukom, wybuchom, śmiechom nie było końca. Cały świat zatrzymał się i nie miał zamiaru ruszyć dalej.
Parkins zwróciła twarz w stronę chłopaka. Siedziała na jego kolanach, a on próbował utrzymać się na lekko kołyszącej się huśtawce. Obawiała się. Bała się, że coś pójdzie nie tak, że Jerry powie coś co zepsuje magiczną atmosferę, że ona zrobi coś co może zniszczyć wieczór, o którym od dawna marzyła. Teraz była pewno iż to wszystko było bezpodstawne. Mogła jedynie ukoronować tę noc.
Jak widać los jej sprzyjał i postanowił uczynić tę chwilę jeszcze bardziej romantyczną. Z nieba posypały się najróżniejsze płatki białego śniegu, a na czarnym obecnie sklepieniu pojawiły się pierwsze gwiazdy i czerwone fajerwerki w kształcie serc symbolizujące wieczną miłość.
Martinez odgarnął z czoła Grace jej krucze włosy. Spojrzeli sobie w oczy. Usta poluzowały się czekając na delikatne muśnięcie warg. Ich dusze znalazły drogę ku sobie. Usta złączone pocałunkiem nie mogły się od siebie oderwać. W końcu jednak nadszedł ten moment. Dziewczyna uśmiechnęła się opierając głowę o ramię Jerry'ego.
Grace: Wcale nie żałuję, że nie pojechałam do Nowego Yourku. O wiele bardziej wolę być tutaj. Z tobą...

***

Minęły dwa dni. Dla Jack'a i Kimberly sylwester, a zwłaszcza pierwsze 24 godziny po nim nie były zbyt udane. Okazało się, że Chuck dyskretnie spoglądał w ich stronę czekając aż przestaną okrywać go wstydem i odłożą telefony komórkowe. Po powrocie do domu nie słuchając tłumaczeń ani próśb swojej żony, która uważała jego zachowanie za bezsensowne, zabrał córce to co po Brewerze, przyjaciołach, rodzinie i dojo było dla niej najważniejsze - ukochany smartfon, Zakazał jej także wychodzenia z domu aż do odwołania. Nie spodziewał się, iż Kim wraz z szatynem wymyślą inny sposób komunikacji. Coś przełomowego, coś zupełnie nowego, a jednak staroświeckiego.
Kiedy wszedł do pokoju blondynki chcąc sprawdzić jak się trzyma. Lecz zamiast, jak myślał umartwiona będzie leżeć na łóżko, siedziała przy oknie głośno się śmiejąc. W dłoni trzymała kartkę papieru i czarny flamaster.
Chuck: Kim, możemy porozmawiać? - wzdrygnęła się na dźwięk jego głosu. Jej twarz znów stała się naburmuszona. Nie ukrywała swojego żalu. Postanowiła nie odezwać się do ojca ani słowem aż do końca kary. Nadal siedziała na swoim miejscu. - Możemy porozmawiać? - powtórzył głośniej zaczynając podejrzewać, żeblondynka może mieć drobne problemy ze słuchem. Tym razem także nie zareagowała. - Chcesz, żebym zabrał ci komputer? - poskutkowała. Na migi pokazała, siedzącymi za przeciwległym oknem Jack'owi, aby minutę poczekał. Wyszła z pomieszczenia. Tymczasem chłopak z uśmiechem napisał coś na swojej kartce. Kilka sekund później Crawford wróciła. Zerknęła na zadowolonego towarzysza niedoli. Odwrócił kartkę na drugą stroną ujawniając dwa najpiękniejsze na świecie słowa. "Kocham Cię."


Długo wyczekiwany, ale nareszcie jest. Proszę o wyrozumiałość i wstrzymanie swojej broni. Niedługo święta, a chyba nie chcecie pozbawić mnie życia w najbardziej magicznym okresie w roku?
Z większości rozdziału jestem nawet zadowolona. Oczywiście są w nim pewne niedociągnięcia, ale to w pisaniu jest najlepsze. Eliminujesz je, szlifujesz swoje umiejętności. Nigdy nie dojdę do perfekcji - to powód dla którego kocham pisać. Poprawiania się w tym co naprawdę kocham jest dla mnie o wiele lepszym doświadczeniem niż idealne opowiadanie.
Bardzo dziękuję wam za ilość wyświetleń na blogu, która nieubłaganie zbliża się do 40 000. Cieszę się, że po tak długim czasie nadal ze mną jesteście i mnie wspieracie. To właśnie dzięki wam mam siłę, by robić to co uwielbiam.

5 komentarzy:

  1. Śliczny rozdział! Rzeczywiście dłuuuuuugo wyczekiwany! Ale teraz tak na to patrzę i... Myślę ,ze warto było troche poczekać. To jak?!
    Kidy nowy rozdział?!
    Kocham Cię dziewczyno!
    Pamiętaj gdyby nie było ckliwych momentów Kick'a to specjalnie bym do ciebie przyjechała. Wzięła twoją 'specjalną patelnię' i zaczeła walić. Heh. nie no może nie tak bardzo!
    Rozdział pięknośći! Cudowności! Zachwycający jest!!!

    //Tami G.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna notka.!
    Życzę duuużo weny (chociaż jak widać tobie tego nie brak ;-) )
    Mam prośbę możesz informować mnie zawsze o nowej notce u mnie pod ostatnim postem . ? Bardzo mi zależy ;-)
    I zapraszam do mnie ;**
    http://life-in-the-magic-world.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Boski warto było czekać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Super ,warto było tyle czekać ,ja n estety jeszcze nie wyrobiłam sie z rozdziałem :/

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale zapraszam Cie na nowy rozdział na 2 blogu
    http://zycie-zrockiem-w-tle.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Czytasz = komentuj