sobota, 26 września 2015

Rozdział 50 Part 1

*Autorka nie odpowiada za wszelkie nieścisłości historyczne*

*Ostrzeżenie! Rozdział zawiera ogrom beznadziejnie romantycznych tekstów*

Po Seaford rozniósł się duszący zapach kawy. Grace rzuciła na ladę wymięty banknot, po czym nawet nie spoglądając na kasjera, zgarnęła plastikowy kubek i zniknęła za drzwiami swojej ulubionej kawiarni. Jutro czekał ją bardzo ważny dzień - dzień, który miał przesądzić o jej ocenie semestralnej z historii. Ten przedmiot od zawsze był dla niej wielkim wyzwaniem. Jak zapamiętać imiona wszystkich władców poczynając od dawnej starożytności i kończąc na czasach nowożytnych? Jak wbić do głowy tysiące dat, miejsc znaczących oraz mniej znaczących bitew? Co zrobić, żeby przypodobać się nauczycielowi, który na lekcji zamiast opowiadać o kwitnących cywilizacjach Bliskiego Wschodu siedzi za biurkiem czytając treść elektronicznego podręcznika?
- Ej, panienko?! Kto zapłaci? - z lokalu dwudziestopięcioletni szatyn trzymając w dłoni rachunek za kawę i jednego dolara. Parkins, nie zatrzymując się zwróciła głowę w stronę mężczyzny.
- Ty, jeżeli nie zdam tego testu z historii! - krzyknęła upijając łyk gorącego napoju.
- Prince -  złowieszczo zmrużył oczy kierując wzrok na ścianę sąsiedniego budynku. W jego głowie pojawiło się wspomnienia pewnego styczniowego poranka kilka lat temu. On, niewinny siedemnastolatek bezradnie siedział nad grubym arkuszem papieru. Poprzedniej nocy przerobił cały materiał z ostatniego semestru, lecz pytania ułożone przez wydawnictwo i tak okazały się zbyt trudne. - Zaczekaj! - wyciągnął z kieszeni swojego zielonego uniformu, wizytówkę kawiarni. Po parunastu metrach intensywnego biegu osiągnął cel. - Jeżeli poczujesz, że zaczynasz zasypiać, zadzwoń po godzinach otwarcia. Dowiozę tyle kawy ile zechcesz.
Dziewczyna spojrzała najpierw na niego, a potem na numer telefonu. Bez zastanowienia rzuciła mu się na szyję i podziękowała soczystym buziakiem w policzek.
- Widzimy się za dwie godziny - wyrwała wizytówkę z rąk mężczyzny, po czym obdarzając go serdecznym uśmiechem, biegiem ruszyła w stronę domu, by zatopić w średniowiecznej powieści.

~*~

Parkins stanęła przed mahoniowymi drzwiami poważniejsza niż kiedykolwiek. Nie mogła dłużej czekać. Już nie było odwrotu. Weszła do pokoju rzucając na łóżko torbę z książkami. Tak rozpoczęła się bitwa.
- Okej, Grace, masz - zerknęła na zegarek elektryczny stojący na szafce nocnej. - szesnaście godzin, ponad XX wieków do przerobienia i numer do gościa z kawiarni - usiadła na obrotowym krześle, w międzyczasie otwierając podręcznik do historii na pierwszej stronie. - No to jedziemy.

~*~

- Od XIX wieku uczeni badają skamieliny, szczątki narzędzi, ślady obozów pierwotnych łowców i osad pierwotnych rolników. Rekonstruują drzewo ewolucyjne człowieka oraz warunki i sposoby życia jego przodków. Dzięki nowoczesnym badaniom DNA uczeni z większą pewnością twierdzą, że 4-5 milionów lat temu linia ewolucji homonidów (czyli gatunków człowiekowatych) oddzieliła się od linii ewolucji małp. Praprzodkowie człowieka pojawili się najwcześniej na równinach Afryki Wschodniej.
Zaniepokojona podniosła wzrok znad tekstu, słysząc w pobliżu dźwięk pojedynczego puknięcia. O tej porze roku zmierzch zapadł bardzo wcześnie, a ona nie była przygotowana na niezapowiedziane wizyty. Głównie dlatego, że podejrzane odgłosy nie wydobywały się z zewnątrz jej bezpiecznej, zamkniętej na klucz sypialni, lecz spod jej okna, do którego prowadziła ozdobna drabina.
Niepewnie wstała zbliżając się do niebezpiecznego punktu. Po kilku sekundach odetchnęła z ulgą. To tylko Jerry.
- Jeżeli zamierzasz zaśpiewać mi serenadę miłosną, ostrzegam, że mój sąsiad w każdej chwili jest gotowy zadzwonić po policję i oskarżyć cię o zagłuszanie spokoju... a nie wiem czy znowu wypuściliby cię tak szybko.
Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech, przypominający o pierwszej wizycie w komisariacie. Trafił tam, ponieważ nie chciał, by ich związek, podobnie jak związki tysiąca innych par, stał się jedynie przyzwyczajeniem . Chociaż nie posiadał zbyt dużej książkowej wiedzy, miał ogromną mądrość życiową - wiedział, iż w większości przypadków, po paru miesiącach miłość gdzieś ulatuje. Dlatego pielęgnowanie uczucia ważne jest w każdym momencie.
- Spokojnie! - odkrzyknął unosząc w górę dwa bilety na najnowszą komedię romantyczną. - Chciałem tylko zapytać, czy masz może ochotę na małe kino?
Grace przeniosła wzrok na podręcznik, a potem na zegar. Piętnaście i pół godziny.
- Nie mogę - westchnęła. - Zabierz Jack'a.
- Mam iść na randkę z Jack'iem? Lubię go, ale... no wiesz.
Zaśmiała się opierając dłoń o framugę okna. Promyki zachodzącego słońca oświetliły jej uśmiechniętą twarz. Wyglądała niczym najprawdziwsza Afrodyta... która z niecierpliwością oczekiwała na ich spotkanie w rozdziale dziesiątym.
- Pa, Jerry - po tych słowach zniknęła za jedwabistą zasłoną i wróciła do nauki.

~*~

- [...] Szczególnie uroczyście obchodzono święta Dionizosa, ponieważ wielu Greków wytwarzało wino i handlowało nim. Grecy śpiewali pieśni i tańczyli ku czci boga. Z czasem formy kultu przerodziły się w widowiska teatralne, w których występowali aktorzy, wyłącznie mężczyźni, grający także role kobiece. Na twarze zakładali maski, aby oddać emocje i charakter odgrywanej postaci -
podniosła głowę wystukując palcami melodię swojej ulubionej piosenki. W tej chwili każde zajęcie wydawało jej się lepsze i bardziej interesujące od nauki. Nawet jeżeli była mowa o teatrze greckim, który wprost uwielbiała. - Byli lepiej widoczni dla publiczności dzięki specjalnym butom, zwanym koturnami (byli wyżsi). Na scenie mogło ich występować najwyżej trzech jednocześnie, a chór komentował to, co na niej się działo - brunetka poczuła delikatne wibracje wydobywające się z kieszeni jej skórzanej kurtki, na której przypadkiem usiadła. Po raz kolejny uniosła spojrzenie, zastanawiając się czy powinna sprawdzić o co chodzi.
- Tylko sekundkę - pomyślała sięgając po swój telefon. Odblokowała ekran, po czym odczytała treść wiadomości od Kimberly. Na czym stanęłaś? - Czyli ty też... - zaśmiała się cicho, szybko odpisując przyjaciółce. Wyłączyła komórkę, by więcej nie odciągała jej treści podręcznika i wrzuciła ją do wnętrza swojej szafy.

~*~

- Dzięki, Stevie - powiedziała odbierając od mężczyzny dwa papierowe kubku czarnej espresso. Wyjęła z kieszeni kilka pomiętych banknotów ciepło się do niego uśmiechając. - Ile płacę?
Carter na chwilę przeniósł wzrok na podręcznik, który brunetka trzymała pod pachą. Wytrzymała pełne trzy godziny. Powinna dojść do wczesnego średniowiecza.
- Przebrnęłaś przez Starożytny Egipt i kulturę Greków? - skinęła głową. - W takim razie, ja stawiam! - kąciki jego ust poszybowały w górę. - Powodzenia.
Parkins musnęła jego policzek w podzięce za drobną pomoc i wsparcie, jakie jej okazał. Zamknęła drzwi, opierając się o nie plecami. Westchnęła.
- Powodzenia.

~*~

Grace przewróciła kolejną kartkę książki. Szeptem przeczytała następny podtemat. Jej powieki powoli zaczęła opadać. Oparła głowę o swoją prawą dłoń podnosząc wzrok.
Wypiła ostatni łyk kawy z nadzieją, że pobudzający napój, pomoże jej również tym razem. Niestety, z każdą sekundę odczuwała coraz większą senność  i  coraz trudniej było jej podejmować walkę z myślami. Mimo to wróciła do mrocznego okresu baroku. Wodziła spojrzeniem za przesuwającym się tekstem. Ziewnęła.
Po trzech minut poddała się pozwalając swojemu ciało bezwładnie opaść na drewniane biurko. Zasnęła.

~*~

Po krótkiej chwili, otworzyła oczy raptownie podnosząc się z miejsca. Rozejrzała się dookoła. Znajdowała się na pustej sali kinowej. Wzruszyła ramionami siadając na czarnym krześle. Wzięła do ręki kubełek popcornu spoczywający do tej pory na pobliskim podłokietniku. Sięgnęła po pierwszą porcję prażonej kukurydze, gdy nagle poczuła na swojej dłoni ciepły dotyk. Zarumieniła się spoglądając na swojego towarzysza. Była pewna, że zobaczy tam Jerry'ego. Nawet nie wiecie, jak bardzo się pomyliła.
- Pan Prince! - wydała z siebie zduszony okrzyk. Co znienawidzony przez nią nauczyciel robił z nią sam na sam w zupełnie pustym kinie? I dlaczego postanowił skosztować jej przekąski w tym samym momencie co ona? - To jakiś koszmar. Obudź się, Grace. Obudź się - zaczęła wymierzać sobie coraz mocniejsze uderzenia, by na nowo obudzić się w bezpiecznym pokoju, po czym spokojnie ułożyć się na swoim wygodnym łóżku. - Dlaczego to nie działa? - mruknęła obdarzając mężczyznę niepewnym spojrzeniem.
- Uwierz mi, mnie też nie jest miło. Ale nie wiedząc czemu to właśnie ja mam z tobą przejść przez mroczne stulecia historii, więc proszę cię, nic już nie mów, spójrz na ekran i pozwól mi zabrać cię w wędrówkę po przestrzeni dziejów.
Westchnęła wkładając do ust ziarenko popcornu. Nieprzyjemny sen z historykiem w roli głównej w dalszym ciągu był lepszy od zlewających się zdań podręcznika.

~*~

Na wielkim płótnie rozwieszonym po obu stronach sali, pojawił się napis zwiastujący początek filmu. Dziewczyna przeklęła pod nosem fakt, że jej podświadomość wybrała miejsca akurat w pierwszym rzędzie, a zawartość kubełka z popcornem znikała w przerażająco szybkim tempie.
- Jest pani gotowa? To będzie najlepsza produkcja filmowa, jaką pani kiedykolwiek widziała.
Słowa Prince'a rozniosły się po sali głuchym echem. Parkins zdawała się nie zwracać na to uwagi, jednak po kilku sekundach niezręcznej ciszy, postanowiła się odezwać.
- Dlaczego jest pan tego taki pewien? Nie przepadam za historycznym kinem.
- Niech pani spojrzy na głównych bohaterów - odparł podając brunetce ulotkę z fabułą oraz obsadą. Ta niechętnie powiodła wzrokiem za nazwiskami aktorów. Miała dość czytania na dziś. - Nadal pani myśli, że źle wybrałem?
Grace spojrzała a niego spode łba. Aktorzy byli doskonale dobrani do swoich ról, lecz ich umiejętności aktorskie stały dla niej pod wielkim znakiem zapytania. Po długich latach znajomości zdążyła zauważyć, iż większość z nich nie potrafi nawet kłamać, więc jaki efekt przyniosłoby wcielenie się w zupełnie inną postać z dawnej epoki?
- Czy mogę stąd wyjść? - zapytała błagalnie zwracając wzrok ku drzwiom. Zrobiła to zbyt późno.

Starożytny Egipt

Znad horyzontu wyłoniły się pierwsze promienie słońca. Faraon Neheb przechadzał się po drewnianej posadzce swojego pałacu przysłuchując się sprawozdaniu zaprzyjaźnionego kapłana. Nagle stanął obok prostokątnego otworu służącego, w tamtych czasach, za okno. Niewolnicy i chłopi zajęci byli budową następnej przestronnej piramidy. Piramidy dla niego.
Pomiędzy nimi Neheb zauważył niemalże biegnącą  blondynkę. Gorący piasek skwierczał pod ciężarem jej skórzanych sandałów. Za kilka minut powinna dotrzeć do bramy. Odwrócił się w stronę kapłana, po czym gestem pokazał, żeby jak najszybciej opuścił pomieszczenie.
Światło słoneczne odbiło się w podwójnej koronie niezmiennie spoczywającej na jego głowie. Został sam.
- Szanuję jej upór, ale nie mogę spełnić jej próśb - westchnął zasiadając na tronie. Pochwycił w dłonie długą laskę oraz bicz, symbole jego despotycznej władzy. W jego głowie po raz kolejny pojawiła się myśl, że może już nigdy tego nie zrobić. Wówczas drzwi do sali otworzyły się. Oczom faraona ukazała się drobna dziewczyna, jak zwykle ubrana w białą, przewiewną spódnicę sięgającą jej do kostek i duży zbiór ciężkiej biżuterii. Złożyła pokłon pełen skruchy. Słysząc głos Neheba wstała, jednak jej wzrok nadal wbity był w drewniane pale. Każda wizyta była wielkim ryzykiem, mogła skończyć się jej wiecznym kalectwem lub nawet śmiercią. Dlatego nigdy nie ośmieliła spojrzeć się władcy prosto w oczy. Wygłaszała swoje przemówienia cicho i niewinnie acz niezwykle dobitnie. Bała się, ale nie potrafiła inaczej. Sprawy zaszły za daleko.
- Nil wysycha* - szepnęła nadal pozostając we wcześniejszej pozycji. Cisza, jaką otrzymała w odpowiedzi, miała być znakiem, aby mówiła dalej. - Kończą nam się zapasy wody, pola nie wydają tylu owoców, a zboża coraz częściej stają w ogniu. Bogowie nie słuchają naszych modlitw - ośmieliła się unieść spojrzenie. Na swej drodze napotkała niebieskie tęczówki, które pomimo jej obaw, nie wyrażały oburzenia czy rozkazu spalenia. Zobaczyła w nich zatroskanie. Niepokój. Jeszcze nigdy nie słyszała o faraonie, który czegoś się bał. Nigdy nie słyszała o faraonie, który tolerował tak odważne posunięcia poddanych. - Może wysłuchają twoich.
Neheb zbliżył się do Kimberly. Ta przerażona śledziła jego ruchy, uspokajając się dopiero, gdy się zatrzymał. Znajdował się dwa kroki od niej. O dwa za dużo.
- I moje modlitwy nie odnoszą skutku - ukradkiem zerknął na laskę. Okręcił w dłoni bicz. Panował nad wszystkim, jego władza była niepodważalna. Ale nie wiedział, jak postąpić wobec tego zjawiska. Nikomu nieznanego zjawiska pogody. - Widzę w tym jednak wielką szansę - zamilkł zastanawiając się czy kontynuować. Po chwili odezwał się ponownie. - Wiele razy prosiłaś mnie o to, bym po swojej śmierci powierzył ci władzę. Nie wątpię w to, że świetnie rządziłabyś państwem, ale według długoletniej tradycji, faraonem ma zostać syn boga Re. Jestem nim, a gdy już przejdę przez próg tamtego świata, zostanie nim mój potomek. Dotychczas ci odmawiałem, dzisiaj składam ci propozycję - znów podszedł do okna. Przeczesał wzrokiem piaszczystą pustynię, aż w końcu odnalazł słabo zakreślone koryto rzeki. - Wywołaj deszcz - rzekł wpatrując się w wysychającą wodę. - Jeśli to zrobisz, pozbawię Jack'a prawa do przejęcia po mnie tronu - na twarzy blondynki pojawił się niemal niezauważalny uśmiech. - Jeśli jednak ci się nie uda lub jeśli Jack podoła temu zadaniu pierwszy, zakażę ci wstępu do pałacu i uczynię cię jedną z poddanych. Zgadzasz się?
Zawahała się. Widziała go tylko jeden raz. Wydawał się silny, był godnym następcą - rzecz w tym, że nie była pewna tego, iż może być dobrym następcą. Nie ma doświadczenia w rozmowie z bogami. 
Wtedy w świątyni, podczas ich pierwszego spotkania, nie odezwał się ani słowem. Ślepo wpatrywał się w pomniki bóstw. Swoim zachowaniem okazywał wyłącznie płytkie zainteresowanie. Nie powinien jej zagrażać.
- Tak, panie.

~*~

- Ojcze, zrozum! To dla mnie niezwykła okazja. Mogę zostać faraonem. Pierwszym faraonem kobietą, zapiszę się w historii! - wypowiedziała te słowa z takim entuzjazmem, jak gdyby nie groziło jej żadne ryzyko. Śmierć nie była przepowiedziana, ale lekkomyślnie zgadzając się na tak nonsensowną prośbą, przygotowała dla siebie miejsce w piachu. Była córką jednego z najbardziej znanych i najbardziej szanowanych rzemieślników, nie znała ciężkiej, mozolnej pracy. Mogła zginąć unosząc pierwszy kamień, mogła, pod wpływem upału, zamknąć oczy, ułożyć się na niewygodnym podłożu i już nie powstać. Zbyt pewnie oceniła swoje możliwości. Nie doceniła przeciwnika. Przeważyła szalę.
- To ty spróbuj zrozumieć. Zachowałaś się strasznie nieodpowiedzialnie, czy masz świadomość tego, że za kilka dni prawdopodobnie pochowam cię, gdzieś obok tych nędznych niewolników?
- Nie mów tak o nich - powiedziała twardo zbliżając się do mężczyzny. Miała ochotę wykrzyczeć mu prosto w twarz, że nie ma o niczym pojęcia, że bluźni tych, którzy zasłużyli na największą cześć. 
W jej głowie pojawiły się gorące, letnie dni, w trakcie których wymykała się z domu, żeby zamienić z chłopami choć słówko, żeby przypatrzeć się ich wysiłkowi.* Nie wyśmiewała nich, nie pluła, nie kazała działać szybciej. Łamała prawo. Ale gdyby miała postępować tak, jak wyżsi urzędnicy, kupcy i pozostali, pogwałciłaby swoje zasady. A obiecała, że wszystkich będzie traktować tak samo. Bez wyjątków. - Jeśli zostanę władczynią, zabronię ich obrażać. Wprowadzę zmiany, ulepszę wszystko. Nikt nie zazna braku szacunku, nikt nie będzie z pogardą przyglądał się budowie piramid. Nakaże rzemieślnikom prace o wiele cięższe. Nie będą zadowoleni, ale nie ośmielą się powiedzieć nic, bo to ja nimi rządzę i mimo, że będę starała się być jak najbardziej łagodna, nie zawaham się wydać kary śmierci, bo będę sprawiedliwa. Możesz mówić, że mi się nie uda, może we mnie wątpić albo w końcu okazać mi wsparcie. Jesteś moim ojcem, jeśli podołam, zaproszę cię do pałacu, jeśli tego nie zrobię, zrzeknę się twojego nazwiska, żebyś nie musiał się przeze mnie okrywać wstydem - zakończyła powoli zmierzając w stronę drzwi. Usłyszała ciche westchnienie.
- Masz chociaż jakiś plan? - odwróciła się. Na jej drobnej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Rzuciła się ojcu w ramiona, składając na czole Hara pocałunek wdzięczności.
Nieważne co się z nią stanie, takie było jej przeznaczenie. A ona musiała je wypełnić.

~*~

Szatyn niepewnie wszedł do sali tronowej. Nie przebywał tu często. Mimo dużej ilości wolnej przestrzeni, czuł się przytłoczony. Z każdym kolejnym dniem uczucie się pogłębiało. A on nie umiał sobie z nim poradzić.
- Chciałaś mnie widzieć - pokłonił się. Mimo, iż był synem faraona* w wielu kwestiach musiał zniżać się do poziomu reszty społeczeństwa. Czasem wydawało mu się to bardzo uciążliwe. Podobnie jak wszechobecne panujące prawo.
- Jack, od tysięcy lat lud Egiptu wybiera swojego władcę. Jednak w świetle okoliczności jestem zmuszony trochę to zmienić - chłopak podniósł wzrok. Nie musiał nic mówić. - Od miesięcy ani kropelka deszczu nie spadła na tę ziemię, rzeki wysychają... moje słowa nie działają, dlatego postanowiłem, że staniesz do walki. Walki z Kimberly - na dźwięk tego imienia twarz Jack'a diametralnie zmieniła swój wyraz. Widział ją raz - jeden, jedyny raz i już zdążył się z nią pokłócić. Zarzuciła mu małe zaangażowanie w modlitwę. - Łzy bogów egipskich mają spaść w dolinę Nilu, masz do tego doprowadzić. W przeciwnym wypadku zostaniesz pozbawiony praw do tronu.
- A co jeżeli to jej się nie uda? 
- Zostanie niewolnikiem, odbiorę jej wszelkie przywileje. Będzie pracować przy budowie piramid - słowa te wypłynęło z jego ust tak beztrosko, jakby tak nagła zmiana środowiska nie groziła jej rychłą śmiercią. - Jeśli nie masz już żadnych pytań, możesz wyjść.
Odwrócił się myśląc jedynie o tym, że po raz pierwszy w życiu sprzeciwi się poleceniu ojca. Nie darzył Kimberly dużą sympatią, lecz nie mógł pozwolić, by coś jej się stało. Dla niego było to tylko pozbawienie korony, dla niej była to bitwa z każdym promieniem słońca, z każdym gorącym ziarenkiem piasku i kamieniem. Postanowił. Nie zrobi nic. Przegra. I uratuje jej życie.

~*~

Kimberly przejrzała się w błękitnej tafli wody. Poprawiła pojedyncze kosmyki włosów opadające na jej czoło. W tej samej chwili ujrzała w lustrze sylwetkę zbliżającego się chłopaka. Odwróciła się obdarzając go pogardliwym uśmiechem. Była pewna siebie. Aż za bardzo. 
- Rozmawiałem z nim - rzekł podchodząc do blondynki. - Jeszcze możesz się wycofać. Wystarczy jedno słowo - kątem oka zerknął na jej twarz. Nie mógł odczytać z niej żadnych emocji. Wiedział jedynie, że ta rozmowa nigdy nie powinna mieć miejsca. - Nie bądź głupia.
Usiadła na piasku dotykając opuszkami palców słabego strumieia rzeki. Milczała. Milczała tak długo, na ile pozwolił jej rozum i chęć zmiany.
- Nie jestem - szepnęła podnosząc wzrok. Nadal tam stał. - Nie chciałam wymusić tej umowy... i nie chciałam wymusić przejęcia władzy, Jack. Ja po prostu nie potrafię patrzeć na to, jak ludzie giną, podczas, gdy kapłani i strażnicy pławią się w luksusach. Nie chcę tego. 
- Jeżeli nie zrezygnujesz, za kilka dni możesz stać się jednym z tych ludzi - zajął miejsce tuż obok niej. Nie sądził, że kiedykolwiek dane mu będzie przeprowadzić z nią normalną konwersację. - Nie ryzykuj. 
- Wiem, dlaczego to robisz - prychnęła. - Ale nie pozbędziesz się mnie. Dążę do tego w co wierzę. Zawsze to robiłam i zawsze będę to robić, więc troszcząc się o twoją koronę, radzę ci sprowadzić na ziemię łzy bogów. W przeciwnym wypadku zostaniesz zmuszony do oglądania mnie w pałacu do końca swojego smutnego życia.

~*~

To ten dzień. Nie mogła już dłużej czekać, z każdą sekundą umowa dobiegała końca. Jeśli poziom wody w Nilu się nie podniesie, również ona upadnie. A na to nie mogła sobie pozwolić. 
Kapłanie złożyli bogom codzienną ofiarę. Wyszli ze świątyni. Nie było chwili do stracenia. Dziewczyna niezauważalnie wślizgnęła się do środka*, po czym upewniła się czy aby na pewno jest tu sama. Gdyby ktoś ją zobaczył, natychmiast by ją zatrzymał, następnie wydając ją pod osąd faraonowi. Ryzyko było duże. Bardzo duże. Ale się opłacało. 
Pokłoniła się pod obszernym ołtarzem, na którym leżały dary ludu w postaci zboża, kwiatów, owoców i bydła. Zawahała się. Reakcja bogów na jej niewybaczalny czyn niekoniecznie musiała pokrywać się z jej wyobrażeniami. Nie wiedziała o nich wszystkiego, nie była w stanie wszystkiego przewidzieć.
Wyciągnęła dłoń po pierwszą rzecz, gdy nagle poczuła na niej ciepły dotyk. Jego dotyk.
- Co ty chcesz zrobić? - zapytał miękko odciągając ją jak najdalej od ofiary. - Wiesz, że mogłaś sprowadzić tym jeszcze większy gniew? - w jego głosie nie dało wyczuć się ani nutki złości. Nie wściekał się na nią - miał świadomość tego, że była w stanie zrobić każdą, nawet najbardziej nieprzemyślaną głupotę pod słońcem, by tylko osiągnąć swój cel - martwił się o to, że prędzej czy później spotka ją za to surowa kara. Nie zasłużyła na to. Nikt nie zasłużył.
- Wiesz, że właśnie zepsułeś jedną z moich szans? - odburknęła obdarzając go przy tym naburmuszoną miną. Była niezwykle wdzięczna za to, że ją powstrzymał, lecz nie potrafiła spojrzeć mu w oczy i wypowiedzieć kilku idiotycznych słów podziękowania.  Jej duma dała za wygraną. Już kolejny raz. - Przestań w końcu wtrącać się w to, co cię nie dotyczy i pozwól mi działać. Próbuję pomóc. 
- Posłuchaj, Kimberly - ujął jej dłonie nie zważając na wszelkie pohamowania wewnętrznego głosu. Nie powinien był tego robić. - Nie lubisz ja, ja nie lubię ciebie. Ale nie pozwolę na to, by ktoś cierpiał. Dlatego zawsze będę o krok za tobą, będę cię pilnował, jak małego dziecka, będę jak twój cień. Nie zrobisz nic, co może cię w jakikolwiek sposób narazić. Jeśli wymyślisz sensowne rozwiązanie, dam ci wolną rękę, jeśli znowu dopuścisz się niewłaściwego działania, powstrzymam cię. Nie chcę, żeby coś ci się stało.
Tymi słowami zrobił coś, czego nikt nie był w stanie przewidzieć - coś, co bez tej propozycji pewnie nigdy nie miałoby miejsca. Oczarował ją.

~*~

Kolejne nieudane próby. Jedna za drugą. A po co? Tylko po to, żeby znów go zobaczyć, żeby poczuć jego paraliżujący dotyk, żeby usłyszeć jego kojący głos. Podwójna korona, która w przyszłości mogłaby na trwałe zostać jej własnością, przestała mieć znaczenie. Liczył się tylko on. To, aby w ostatniej chwili się pojawił, zniweczył jej plany, skarcił ją, po czym najzwyczajniej w świecie odszedł, co jakiś czas zerkając na nią z ukosa i myśląc o tym, iż z każdym spotkaniem zaczyna czuć do niej coraz większe przywiązanie. Oboje już dawno zapomnieli o celu tego wszystkiego. Wplątali się w błędne koło. I wcale nie chcieli się z niego wydostać. 
- Kimberly, nie rozumiem. Jeszcze niedawno pragnęłaś zmienić bieg rzeczy. Pragnęłaś przejąć władzę, dać odetchnąć chłopom, zagonić kupców do pracy nad budową kanałów... to przez niego? 
Blondynka spojrzała na ojca z wyrzutem. Miał rację. Jej przekonania zeszły na dalszy plan. Tymczasem jej głową zawładnął troskliwy i czuły syn faraona.
- Pójdę dzisiaj nad rzekę. Zostało mi mało czasu.

~*~

Gorące promienie słońca ocierały się o jej czerwoną już skórę. Leżała na piasku wpatrując się w słaby strumień Nilu. Myślała nad tym co mogłaby jeszcze zrobić. Tym razem Jack mógłby zepsuć wszystko. Już na dobre. 
- Czy bogowie mają ludzkie uczucia? - mruknęła osłaniając oczy przed oślepiającym światłem. 
- Raczej wątpię.
Szatyn uśmiechnął się niezauważalnie zajmując miejsce obok. Znowu to zrobił. Zjawił się odpowiednim momencie - jednak tym razem jego obecność była niepożądana. Dekoncentrował ją, nie pozwalał skupić się na konkretnej rzeczy. Przeszkadzał.
- Na pewno odróżniają dobro od zła i szczęście od smutku. Ale nie powiedziałby, że wiedzą co to rozdrażnienie, złość albo... - zamilkł na moment. Uśmiechnął się słabo. -  albo miłość.
Dziewczyna podniosła się do pozycji półleżącej obdarzając go zdziwionym spojrzeniem. Uwielbiała spędzać czas w jego towarzystwie, uwielbiała jego śmiech, uwielbiała jego całego, a to co przed chwilą wymknęło się z jego ust... być może to tylko puste, nieprzemyślane słowo, odpowiedź na pytanie. Lecz teraz była już całkowicie pewna. Zakochała się w nim. Nieodwracalnie.
- Sprawdźmy to - odparła niemalże szeptem, jednocześnie zmniejszając między nimi odległość. Splotła ich palce. Po chwili odważyła się również podnieść wzrok. Patrzył na nią jakby zaczarowany błądząc dłonią po jej rozgrzanym policzku. - Wiesz, Jack, nigdy nie sądziłam, że będziemy w stanie razem rozmawiać. Nie znosiłam cię.. sama nie wiem, dlaczego. Wydałeś mi się strasznie obojętny, nie odpowiadało mi wszystko co robiłeś, miałam ochotę zatrzymać się i poinstruować cię, ale uznałam, że nie jesteś tego wart - dopiero teraz uświadomiła sobie, iż popełniła błąd, którego całe życie się wystrzegała. Oceniła go, tak naprawdę nie mając o nim bladego pojęcia. - Wtedy w świątyni... nie zrozumiem co tobą kierowało. Miałam o tobie jak najgorsze zdanie, a ty i tak mi pomogłeś. Do teraz mi pomagasz - westchnęła. To, jak jej nastawienie w stosunku do chłopaka zmieniło się w przeciągu zaledwie kilku dni jest niewyobrażalne. - Zróbmy to razem, Jack. Razem nam się uda.

~*~

Zatrzymali się tuż przed wejściem. Ich dłonie nadal były złączone, co znacznie utrudniało podjęcie ostatecznej decyzji. Jeszcze mogli się wycofać. Zrobić krok w tył, zerwać umowę. Być może zdecydowaliby się na taką opcję. Ale jednocześnie zdecydowaliby się na zagładę Egiptu. Teraz cierpienie czeka tylko na nich. 
- Zostań tu - szepnęła ostatni raz spoglądając na jego twarz. Zupełnie, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół. 
- Mieliśmy to zrobić razem - odparł odwracając wzrok. 
- I zrobimy razem. Ja spróbuje wywołać boskie łzy, a ty mnie nie zatrzymasz. Bez względu na to, jakie czekają mnie konsekwencję - ryzykowała. Bardziej niż podczas wykradzenia ofiary. Dlatego jej działanie miało większe szanse na powodzenie.
- Zabiją cię, nikt im nie przeszkodzi. Istnieją pewne granice, nie przekraczaj ich.
Kimberly obróciła się przez ramię unosząc jeden kącik ust do góry. Jeśli zrezygnuje sprowadzi zagładę na cały lud. Ona była tylko małą, nic nie znaczącą cząstką społeczeństwa. Jej śmierć niczego nie zmieni. Może nawet wyjść na lepsze. A o to właśnie chodzi, prawda?
- Bez względu na konsekwencje - szepnęła dobitnie, po czym wstrzymując oddech przekroczyła próg świątyni. Rozejrzała się. Wszystko stało na swoim miejsce, niezmiennie od tysięcy lat. Na ołtarzu spoczywały kolejne ofiary, tym razem jedynie w postaci bydła. Zbliżała się pora wylewu, bez wody zasiane ziarna nie zakiełkują, co da kres podarunkom w postaci złotego zboża. 
Na środku pomieszczenia znajdowała się figura Izydy - opiekunki rodzin. Izyda była córką Nut i Geba, siostrą Neftydy, Seta oraz Ozyrysa, który zajął zaszczytne miejsce u jej boku również jako jej mąż. Należała do naczelnej triady bóstw Egiptu. Mogła zapobiec suszy. 
Podeszła do pomnika uważnie mu się przyglądając. Przejechała dłonią po gładkiej powierzchni granitu. Zimna jak lód. 
- Kimberly - usłyszała ciche westchnięcie. Zrobił to. Poszedł za nią pomimo jej wyraźnych zakazów. Ale chyba można było to przewidzieć. - Nie rób nic głupiego - Ta sytuacja coraz bardziej przypominała chwilę ich pierwszej poważnej rozmowy. Wtedy ją powstrzymał. - Proszę cię... nie mogę się stracić, rozumiesz? Nie chcę cię stracić - jego głos się załamał. Nie odpowiedziała. Nie zaszczyciła go nawet jednym krótkim spojrzeniem. Rozproszyłaby się. A jeden moment nieuwagi zdecydowałby o wszystkim.
Sięgnęła po złoty świecznik i bez zastanowienia wzięła duży zamach. Jack ruszył w jej stronę. 
Za późno.
Na posadzkę runęły odrapane fragmenty figury. 
Kimberly zakryła usta dłonią. Cały świat jakby zwolnił. 
Chłopak objął blondynkę od tyłu przyciągając ją do siebie. Na swoich dłoniach poczuł gorące łzy, które jeszcze przed sekundą spływały po jej policzkach. Udało jej się. Szkoda tylko, że będzie musiała ponieść za to najwyższą karę. 
- Jack, co się dzieje? - pisnęła, gdy ziemia pod nimi zadrżała. Z każdą chwilą trzęsienie się nasilało. W końcu oboje upadli na podłogę. - Zraniłam ją, miała płakać. 
- Chyba miałaś rację - przycisnął jej drobne ciało do piersi. - Najwidoczniej bogowie mają ludzkie uczucia. Czują wszystko. Radość, wzburzenie, zazdrość... rozgniewałaś ją - stwierdził nerwowo. - Co ludzie robią, kiedy są źli? 
Zamknęła oczy, by zagłębić się w swoim umyśle i znaleźć odpowiedź na pytanie. Tymczasem drgania ziemi wciąż przybierały na sile. Za chwilę miały osiągnąć punkt kulminacyjny.  Ale nie bała się. Wiedziała, że przy nim nic jej się nie stanie, nie pozwoliłby na to. Chronił ją. Od samego początku.
- Jeśli cię skrzywdzą, szukają zemsty... mają ochotę zniszczyć wszystko wokół, nie mają żadnych zahamowań! - krzyknęła chcąc przebić się przez wszechobecny hałas. Ściany świątyni zaczęły się osuwać. - A potem zaszywają się w ciemnym pokoju, samotnie i.. i - zerknęła na szatyna pełna nadziei. Jednak nie wszystko stracone.
- I płaczą - dokończyli wspólnie.
Dziewczyna przygryzła dolną wargę spoglądając na uśmiechniętą twarz towarzysza. W jej oczach można było dostrzec rój tańczących iskierek. Wibracje pod ich ciałami jakby ucichły. Szatyn rozluźnił uścisk i wolną dłonią przejechał po jej policzku. Zignorował sypiące się z dachu kawałki drewna. Zbliżył swoją twarz do ust Kimberly. Głośno przełknął ślinę. Jego oddech zaczął gwałtownie przyspieszać, serce biło jak oszalałe. Czy pocałunek w takich okolicznościach byłby nieodpowiedni? 
- Miałeś mi nie przeszkadzać - powiedziała cicho spuszczając wzrok. Obserwowała ruchy jego klatki piersiowej. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Powoli wszystko wracało do normy. Czar prysł.
- Miałaś nie robić więcej głupstw - prychnął. Nadal trwał w tej samej pozycji. Chciał się odsunąć, chciał wyjść, wrócić do sytuacji sprzed kilkunastu dni. Uczucie jakie nim owładnęło zaczęło go przerastać. Pragnienie jej dotyku, widok jej lśniących blond włosów oraz brązowych oczu. To za dużo. O wiele za dużo.
Trwali w milczeniu wsłuchując się w dźwięki złości bogini Izydy i czekali. Czekali aż gniew przemieni się w smutek. Każda sekunda wydawała się wiecznością. Siła ziemi słabła. W końcu całkowicie ustała. Nadal bez słowa, podnieśli się z ziemi, po czym po odnalezieniu drogi do drzwi, szybko wydostali się na zewnątrz. To koniec?
Jack parsknął śmiechem. 
- Jesteś najbardziej lekkomyślną, najbardziej nieodpowiedzialną i najbardziej impulsywną osobą jaką kiedykolwiek poznałem - blondynka podeszła do niego z impetem podnosząc rękę. Wystarczyła jeszcze sekunda, aby zamachnąć się i uderzyć. Ale nie mogła. Nie jego. - Najbardziej impulsywną - powtórzył, kolejny raz tego dnia chwytając jej dłonie. Dokładnie przyjrzał się rysom jej twarzy. Nigdy nie miał okazji tego zrobić. - I najpiękniejszą... - przerwał. Poczuł na skórze zimne krople. Łzy Izydy. 
Uniósł głowę. Niebo zakryły czarne chmury zapowiadające deszcz. Bardzo obfity deszcz. - I najmądrzejszą - uśmiechnął się zawadiacko. 
- Możesz kontynuować - szepnęła podążając za jego wzrokiem. Jeśli w tej chwili nie schronią się pod ruinami świątyni, przemokną do suchej nitki. Lecz tak czy inaczej, było warto.
W oddali dało się słyszeć skwierczenie piasku. Głowy obojga zwróciły się w tamtą stronę. To faraon. Pierwszy raz od niepamiętanych czasów opuścił swój drogocenny pałac. Pierwszy raz szczerze się uśmiechnął. Czy to oznacza, że zdemolowanie jednego z najważniejszego budynku Egiptu oraz mniejsze zniszczenia w okolicy ujdzie im płazem?
- Kimberly - dziewczyna złożyła przed Nehebem niski ukłon. To samo uczynił jego syn. Wpatrując się w namnażające się krople spletli dłonie. Wszystko miało się teraz rozwiązać. Oni również. - Jack. Które z was sprowadziło na ziemię deszcz? - wrócili do pozycji stojącej. Nie wiedzieli co powiedzieć, żeby żadne z nich nie ucierpiało. To była najtrudniejsza decyzja ich życia. Dlatego milczeli. - Ty uszkodziłaś pomnik Izydy. A ty próbowałeś ją powstrzymać, mimo, iż wyraźnie cię przed tym wzbraniała. Ty rozgniewałaś patronkę tej świątyni. Ty natomiast ją wzruszyłeś. Wy ją wzruszyliście - poprawił się. - Obiecałem Kimberly tron po mojej śmierci, jeśli tylko zasili dolinę Nilu nowym zapasem wody. Jackowi poprzysiągłem prawa do korony, jeśli ją w tym uprzedzi. Działaliście razem - westchnął zastanawiając się, czy jego decyzja będzie decyzją, która zadowoli poddanych. Oni byli tu najważniejsi. Oni ponosili wszelkie konsekwencje jego postanowień. Ryzykować? Raz już się opłaciło. - W tym przypadku pozostaje mi tylko - przerwał. spojrzał w niebo. Teraz był pewien. - Oboje wywiązaliście się z umowy, ja muszę zrobić to samo, a jedynym sposobem na wyjście z tej sytuacji jest... ślub.
Jack zacieśnił uścisk na palcach blondynki. Złe pierwsze wrażenie postawiło go przed ślubnym kobiercem. Co dziwniejsze, nie miał nic przeciwko temu. 
- Ślub? - powtórzył przyglądając się twarzy Kimberly. Była szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa.
- Ślub - potwierdził Neheb. Podszedł do nastolatków, po czym położył na ich dłoniach rękę ozdobioną ciężką biżuterią. To najlepsza decyzja, jaką mógł podjąć.

Starożytna Grecja

Delikatny powiew wiatru przejechał po jego bladym policzku. Zmierzwił włosy uśmiechając się do stojącej naprzeciw dziewczyny, gdy nagle spostrzegł JĄ - niską, drobną blondynkę, jego drugi cień. Stała kilkanaście metrów przed nim wykrzywiając kąciki ust półuśmiechu. Towarzyszyła mu w każdej chwili, szła krok w krok, wykorzystując siłą, jaką otrzymała od losu. Tym razem chciała zrobić to samo. Czuł to.
Nerwowo przygryzł wargę odwracając wzrok. To niwelowało działanie jej mocy. Przynajmniej na krótki czas. Miał moment, żeby wszystko odkręcić. Tylko jak?
- Larysa, możemy to przełożyć? Myślę, że - zamilkł. Do jego głowy dotarły niewidzialne fale. Zdążył tylko cicho jęknąć. Za późno.
Przyłożył dłonie do ust, po czym zawył niczym najprawdziwszy wilk podczas pełni. Z tą różnicą, że on nie był sam. I nie patrzył zaślepiony w srebrną tarczę księżyca. I nie robił tego z własnej woli.
Mimo sporej odległości, usłyszał wyraźny chichot. Nienawidził, kiedy bawiła się jego kosztem, lecz by usłyszeć ten śmiech, mógł jej się poddawać do woli. Dlatego próbował wymusić na niej poczucie winy, a potem zaczynał zabawę od nowa. Był jedyną osobą, która nigdy naprawdę się na nią nie złościła. Nie miał zamiaru tego zmieniać. Nawet jeżeli zaprzepaściła jego szansę u dziewczyny, która podobała mu się od lat.
Kątem oka zerknął na czarnowłosą. Zmusił się do dotknięcia jej ręki. W ten sposób uaktywniał swój dar. Był bardzo przydatny, może nawet bardziej niż perswazja Kimberly.
"Mama mnie przed nim ostrzegała. Chyba miała rację" - głos Larysy zagrzmiał w jego uszach. Wszystko jasne. A jeszcze nie doszedł do etapu energicznego wymachu rąk i udawania małpy. Szybko poszło. 
- Myślę, że masz całkowitą słuszność. Powinniśmy to przełożyć. Najlepiej na - wyrwała się z jego uścisku - nigdy. Dokończyła poprawiając peoples (część ubrania, to prostokątny, wełniany materiał) opadający na jej ramię. - To do nie zobaczenia - wyminęła go kierując się do grupy swoich starszych przyjaciółek.
Tymczasem Brewer ruszył w stronę uśmiechniętej od ucha do ucha blondynki. Lewą dłonią opierała się o ceglany dom przypadkowego Greka. Czekała na niego.
- Stęskniłaś się za mną, co? - nie tego oczekiwała. Miał na nią wrzeszczeć, wytknąć jej, że pozbawiła go prawdopodobnie jedynej okazji do poważniejszej rozmowy z miłością jego życia. Mógł nawet przejść obok niej nie mówiąc nic i nie odzywać się do niej przez następne kilka dni, wiedząc, że prędzej czy później się złamie. Ale na pewno nie powinien przychodzić tu taki szczęśliwy i pytać czy za nim tęskniła. Coś było nie tak. - Myślisz, że nie wiem dlaczego to robisz? - dodał, gdy nie otrzymał odpowiedzi. Zbliżył się do niej. Z każdym krokiem nabierał pewności siebie. Ona wręcz przeciwnie. 
- Bo uwielbiam patrzeć na to, jak kompromitujesz się przed dziewczynami? - spróbowała przywołać na twarz kpiący uśmiech. Nie udało się. Był zbyt blisko.
- Nie - szepnął splatając ich palce. Uważnie obserwowała każdy ruch jego dłoni. Przełknęła ślinę. - Sabotujesz wszystkie moje spotkanie dlatego, bo - przycisnął ją do ściany. Nie rozumiała jego zachowania. Lecz jeszcze bardziej nie rozumiała tego, że mogła nad nim zapanować, a nie robiła nic. Nie chciała nic robić. - jesteś zazdrosna.
- Ja? Zazdrosna? Chyba śnisz - prychnęła unosząc wzrok. Jej spojrzenie spotkało się z brązowymi oczami szatyna. Poczuła, że jej serce zaczyna szybciej bić. Nie potrafiła tego powstrzymać. 
- Oddałbym wszystko, żeby wiedzieć o czym teraz myślisz - szepnął po chwili, opierając czoło o jej czoło. Był blisko. Bliżej niż kiedykolwiek. Zaczął zastanawiać się, czy aby na pewno robi to z własnej woli. Nie spodziewał się czegoś takiego - a już na pewno nie spodziewał się tego, że będzie stał pochylony nad Kimberly oczekując z jej strony następnego kroku.  Kątem oka zerknął na usta dziewczyny. Zero drgań i zero ruchów wskazujących na to, iż za chwilę się na niego rzuci. Zupełnie jakby zaistniała sytuacja nie wywierała na niej żadnego skrępowania. Nawet nie wiedział, jak bardzo się mylił.
Starał się wyczuć niewidzialne fale przebijające przez jego czaszkę, ale nie czuł nic. Z wyjątkiem gorąca uderzającego w niego z ogromną siłą, za każdym razem, gdy poruszała palcami zacieśniając uścisk. 
- To chyba nie jest wart, aż tyle - zmrużyła oczy. "Jesteś zazdrosna". Tak, była zazdrosna. Była bardzo zazdrosna.
Nagle niebo rozbłysło tysiącem kolorów, chmury rozstąpiły się, a z niebieskiego sklepienia, wyłonił się chudy, umięśniony mężczyzna w białej szacie, skórzanych, skrzydlatych sandałach, dzięki którym swobodnie unosił się w powietrzu oraz pozłacanej opasce, okalającej jego głowę. To Hermes. Posłaniec bogów.
Sfrunął na ziemię zwracając na siebie powszechną uwagę mieszkańców polis. Wszystkie głosy umilkły, a spojrzenia przeniosły się w jego stronę.
Zbliżył się do Kimberly, która ślepo wpatrywała się w przestrzeń za nim. Przed oczami nadal miała sytuację sprzed kilku chwil. Jego brązowe oczy, przyspieszony oddech, łomotanie serca. Nigdy się tak przy nim nie czuła. Nie czuła się tak przy nikim.
Teraz, kiedy stała krok obok, zatęskniła za ramionami opatulającymi jej ciało, za dłońmi wplatającymi się w jej palce, a przede wszystkim, za spojrzeniem wołającym o pozwolenie na posunięcie się trochę dalej. Tak bardzo żałowała, że go nie otrzymał.
Przeniósł wzrok na szatyna. Ten w ogóle nie zwracał na niego uwagi, zadając sobie w kółko tylko jedno pytanie. Dlaczego? Dlaczego jej dotyk wywoływał w nim drżenie rąk, a niesforny uśmiech sprawiał, że wszystko czego pragnął to złączyć ich usta w pocałunku? I dlaczego żołądek wywracał się do góry nogami za każdym razem, kiedy słyszał jej głos zapewniający o tym, iż wcale nie jest zazdrosna? Ta krótka chwila, czas jaki minął po rozmowie z Larysą i początkiem konwersacji z Crawford, nie był przecież w stanie tak diametralnie zmienić jego uczuć. Bo nie był, prawda?

***


Obudziła się nie pamiętając ostatnich zdarzeń. W jej głowie pojawiały się tylko niejasne przebłyski. Hermes. Lot. Brama. Jack. Po tym wszystko się urywa.
Przetarła oczy orientując się, że znajduje się w jasnym, przestronnym pokoju. Który z całą pewnością nie był jej pokojem. 
W pomieszczeniu przeważały dwa kolory - biel i złoto. Gdzieniegdzie można było dostrzec nieśmiało przebijający się błękit, lecz były to miejsca niezwykle rzadkie. 
Puszyste chmury obijały się o okna i ściany dając wrażenie, jakby budynek, w którym przebywała, mieścił się gdzieś bardzo wysoko, daleko poza zasięgiem ludzkiego oka. Jak faktycznie było.
Kimberly ostrożnie wstała z wielkiego, drewnianego łoża ozdobionego baldachimem oraz roślinnym ornamentem. Wszystko tutaj wydawało się inne, odstające od jej świata.
Lecz skoro Zeus wskazał właśnie na nią, czy miała podstawy, by myśleć, że Grecja tak naprawdę jest  j e j  światem? Bóg nigdy nie wezwałby do pałacu śmiertelnika, zaszczytu tego dostępowali jedynie wybrańcy obdarzeni nadludzką mocą. Jak Herkules. Jak Jack. I ona.
W kącie pokoju zauważyła szatyna. Wpatrywał się w portret mężczyzny, był jednak oddalony tak bardzo, że nie mogła dostrzec jego twarzy. Podeszła więc do obrazu, uprzednio opatulając się ramionami. Uśmiechnęła się do Brewera, który na krótką chwilę oderwał wzrok od postaci. Żadne z nich nie odezwało się ani słowem, trwali w ciszy pogrążeni we własnych myślach.
Potrzebowali wyjaśnień. Natychmiast.

***

Zarówno Jack jak i Kim zdążyli poznać już każdy zakamarek pomieszczenia, zanim zdecydowali się na pierwszy krok w kierunku poznania prawdy. Zbyt trudno było siedzieć naprzeciw siebie patrząc sobie w oczy ze świadomością, że z niewiadomych przyczyn stali się więźniami bogów. Choć zrozumieli to szybciej niż można by było przypuszczać.
Brewer nie kwapił się do podjęcia ryzyka, jakim było opuszczenie swoich bezpiecznych czterech ścian. Leżał na podłodze ślepo wpatrując się w sufit, który z każdą chwilą wydawał się od niego oddalać. Jak horyzont.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Musiała przejąć stery.
Zbliżyła się do ogromnych, białych drzwi, po czym pchnęła klamkę, powoli je otwierając. Rozejrzała się po korytarzu. Niczym nie różnił się od pokoju, w którym spędziła ostatnie godziny. Tylko biel, złoto i błękit. Ruszyła wgłąb, gdy nagle usłyszała zbliżający się trzepot małych skrzydeł. Czyżby Hermes powrócił z wizytą?
Cofnęła się czując, że jej tętno zaczyna przyspieszać. Bała się.
- Jack - szepnęła opierając dłonie na framudze drzwi. Spojrzał na nią zaniepokojony wyraźnie wyczuwalnym poddenerwowaniem. Podszedł do niej, jednak zanim zdążył otworzyć usta, ta złapała go za rękę i przyciągnęła do siebie. Jej wzrok utkwiony był w końcu korytarza, zupełnie jakby kogoś się spodziewała.
- "Nie puszczaj mnie, proszę" - chłopak wyprostował się zdumiony tym co właśnie usłyszał. Zdziwienie potęgował fakt, że Kimberly nie poruszyła wargami.
- Mówiłaś coś? - zapytał wracając do poprzedniej pozycji. Blondynka oderwała się od obserwowanego punktu i w odpowiedzi szybko pokręciła głową. Wtedy zrozumiał.
Jej blokada osłabła.

***

- To nie ma sensu - Kimberly objęła kolana ramiona. Siedziała na białym, puchowym dywanie, wsłuchując się w słowa Hermesa. Czekała na wyjaśnienie, nie koniecznie logiczne, ale takie, które wytłumaczy jej dlaczego to przytrafia się akurat jej. Bo Jack nie wydaje się tym przejmować. - Na świecie są setki herosów, nie możemy być tymi najsilniejszymi - przymknęła oczy wyczekując odpowiedzi.
Zaczęła przyswajać sobie pojedyncze fakty. Co dziesięć tysięcy lat bogowie sprowadzają na Olimp swoich najpotężniejszych potomków, zrodzonych z krwi pół człowieka, pół boga. Po wypiciu nektaru w Dniu Przemiany stają się nieśmiertelni. Nie wracają do domów. Już nigdy.
Może to jednak nie całkowicie niemożliwe?
- A nawet jeśli, dlaczego jesteśmy tu razem? - kątem oka spojrzała na chłopaka. W normalnych okolicznościach kazałaby mu powiedzieć co go tak zadręcza, ale bała się użyć mocy przy kimś z wyższych sfer. Poza tym, nadal nie dowierzała temu co się stało. Była zbyt osłupiała, by w ogóle się poruszyć.
- Właśnie, dlaczego jesteśmy tu razem? - Jack podniósł się rozmasowując obolały kark. W końcu odważył się spojrzeć na siedzącą nieopodal blondynkę. Przez cały ten czas zastanawiał się co spowodowało opadnięcie blokady. Jeszcze nigdy nie przedostał się do jej umysłu, choć próbował niemalże za każdym razem, gdy się spotykali. Nie potrafił znieść myśli, że nie jest w stanie dojść do tego, co siedzi jej w głowie. Dodatkowo, dobijał go fakt, że Kim ma nad nim całkowitą kontrolę. Choć raz chciał nad nią zatriumfować. Teraz, gdy zrobił krok naprzód, nie wiedział czy ma ochotę iść dalej. Pełne zwycięstwo odbierze mu wymówkę do codziennych rozmów. A to jego ulubiona część dnia.
- Nie jesteśmy pewni, które z was jest silniejsze. Do Dnia Przemiany powinniśmy to ustalić - zwrócił się do niego zdejmując z głowy opaskę. Wygładził dwa, sterczące po bokach pióra, po czym ponownie ją założył.
- I jak zamierzacie to zrobić? - prychnął Brewer. Na pierwszy rzut oka widać było, że ma do tego lekceważący stosunek. O wiele bardziej wolał położyć się teraz na puchowym dywanie i wrócić do rozmyślań o Kimberly. Ta z kolei starała się przemóc strach przed użyciem mocy w obecności Hermesa. Jack zaczynał ją poważnie irytować.
Wzięła oddech, skupiając całą swoją uwagę na obiekcie rażenia. "Przestań się wtrącać".
Chłopak momentalnie się wyprostował, kładąc dłonie na kolanach. Spróbował dokończyć złośliwy wywód, jednak z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Stracił głos.
- Towarzystwo bogów jest stymulujące. Hera pomoże wam rozwinąć umiejętności. Tylko tyle mogę powiedzieć - pofrunął w stronę drzwi. Naciskając klamkę, gwałtownie się obrócił. - Zapomniałbym - stanął na podłodze. Przekazywanie takich wiadomość, patrząc na kogoś z góry, nie należało do najprzyjemniejszych. - Bogowie-herosi nie mogą schodzić na ziemię, dlatego na ceremonii przemiany zobaczycie się po raz ostatni.
Spojrzeli po sobie, głośno przełykając ślinę. Nie jest dobrze.

***

Następnego dnia Hermes zaprowadził ich do wielkiej sali, gdzie zazwyczaj odbywały się uczty bogów. Obecnie znajdował się tu jedynie podłużny stół zapełniony pustymi kielichami oraz charakterystyczne dla pałacu, biało-złote ozdoby, symbolizujące bogactwo i przepych. Zeus i Hera, jako władcy Olimpu za swój obowiązek uważali utrzymanie zamku w nienagannym stanie. Nikt nie chciał tu być gorszy od innych.
- Co tu robimy? - Kim przejechała dłonią po powierzchni stołu. Niczym nie różnił się od tego, przy którym sama jadała.
- Musicie się pożywić - po tych słowach Hermes klasnął w dłonie. Jedno z krzeseł odstąpiło od podłogi i przyfrunęło w stronę dziewczyny, następnie zabierając ją na miejsce. Jack musiał się zadowolić skromnym skinieniem głowy i odprowadzającym go spojrzeniem. Kiedy usiadł, pojawiła się przed nim miska wypełniona najznakomitszym ludzkim jedzeniem, jakim udało się bogom zdobyć. Wybrańcy byli tu w końcu najważniejsi. - Ucztę czas zacząć! - w jego ręce pojawił się mały młoteczek, którym uderzył w, równie niewielki gong, wiszący na północnej ścianie. Chwilę później w sali zagrzmiały gromkie śmiechy, a Kim i Jacka rozdzielił, ozdobiony ornamentem tron. Tron Zeusa.
Zeus miał długie, sięgające do ramion, lekko falowane włosy, na których spoczywał pokaźny, złoty wieniec. Wyglądał dokładnie tak, jak opisywali go ich dziadkowie.
Przy jego boku zasiadła Hera. Wydawała się dziwnie spięta, ta uczta była dla niej bardzo ważna.
Zlustrowała blondynkę wzrokiem, zatrzymując się na jej twarzy. Była naprawdę piękna.
Wśród powszechnego zgiełku, Jack i Kim okazali się być dwoma niewielkimi punktami, którymi nikt się nawet nie zainteresował. Każdy pochłonięty był żywą rozmową z sąsiadem, przerywaną wyłącznie, gdy w chmurze białego dymu, unoszącego się nad stołem, pojawiali się śmiertelnicy. Herosi ukradkiem zerkali na ludzi przechadzających się ulicami Aten. Większość z nich znali.
Po jakimś czasie Kimberly, znużona dźwiękiem stukających się kielichów i wnoszonych toastów, zatęskniła za domem. Brakowało jej też rodziców, choć wcale nie zamierzała się do tego przyznać. Chciała, by odebrano ją jako silną, niezależną młodą kobietę, nie bojącą się niczego. Nawet rozłąki z tymi, których kochała najbardziej.
- Czy możemy zobaczyć moją mamę? - zwróciła się do Zeusa. W sali momentalnie zapanowała głucha cisza. Bogowie patrzyli po sobie przerażeni, czekając na reakcję władcy. Zrobiłam coś nie tak?
- Dobrze - westchnął w końcu. Skinął ręką, a spośród mgły wyłoniła się starsza kobieta. Siedziała na łóżku, przyciskając do piersi żółty peoples. Płakała.
To wystarczyło, żeby przekonać Crawford do podjęcia decyzji. Rozejrzała się wokół. starając się zamaskować swoje emocje. Nareszcie pojęła dlaczego się tu znalazła. I zrozumiała jak bardzo tu nie pasuje.
- Ja-ja... - zająknęła się. Jedynym powodem, dla którego nie zażądała natychmiastowego odtransportowania do domu, był Jack. On chciał tu zostać. Ona nie chciała go zawieść. - przepraszam - spojrzała mu prosto w oczy. Zazwyczaj robiła to, gdy posługiwała się perswazją. - nie dam rady.
Wstała, czując narastający w niej żal. Nie mogła pozwolić, by jego błagalne kręcenie głową coś zmieniło. Wiedział jak na nią działa, miał więc nadzieję, że to choć trochę pomoże.
- Kim - szepnął, zdając sobie sprawę, że poprzednie działanie na niewiele się zdało. Dziewczyna resztką sił podbiegła do drzwi. Oparła o nie czoło, naciskając klamkę. Nawet jeśli by się stąd wydostanie, nie mogła mieć pewności czy uda jej się wrócić. - Kim! - powtórzył głośniej. Odwróciła się, ścierając z policzków pojedyncze łzy. Wcale jej nie potrzebował. Jej mama, wręcz przeciwnie.
- Naprawdę przepraszam - sapnęła, znikając w głębi korytarza.

***

Kimberly przyjrzała się sobie w lustrze. Rano, u wezgłowia łóżka znalazła białą suknie, idealnie współgrającą z wystrojem pałacu. Założyła ją wierząc, że nareszcie to wszystko pojmie. Rzeczywiście pojęła - i bardzo tego żałowała. Była gotowa oddać swą moc, żyć jak normalna Greczynka, byleby tylko uniknąć spotkania z Hermesem. Problem w tym, że jedyne co mogła teraz zrobić to bezczynne stanie przy toaletce i wypłakiwanie sobie oczu.
- Kim - Jack stanął w drzwiach, mierząc ją spojrzeniem. Nie musiała podnosić wzroku, żeby zobaczyć, jak się do niej zbliża. W końcu odwróciła się, stając z nim twarzą w twarz. Wypięła pierś do przodu, jakby chcąc powiedzieć, że nieważne co się stanie, nie zostanie tu. Brewer zignorował jej gest. Stał tam, nie wiedząc co powiedzieć ani jak się zachować. Zanim wybiegł z sali, polecono mu zdradzić dziewczynie całą prawdę. A prawda była taka, że jej matka wcale nie była jej matką. - Musisz wiedzieć, że... - westchnął, kładąc jej dłonie na ramieniu. Wbrew jego oczekiwaniom, to nie ułatwiło sprawy. - Chciałem powiedzieć... - spróbował jeszcze raz. Bezskutecznie.
Bezsilny, pokonany przez falę uczuć, porwał ją w objęcia. Dziewczyna, trwała w bezruchu, starając się nie myśleć o tym, co właśnie się działo. Mogła kazać mu przestać, mogła zrobić cokolwiek chciała, ale zawsze, gdy była blisko niego, traciła zmysły. Unikała wtedy jego spojrzeń, skupiała się na utrzymaniu blokady. Koncentracja była jej tajną bronią, wystarczała. Do dzisiaj.
Przyłożyła głowę do jego klatki piersiowej, wsłuchując się w przyspieszone bicie serca. Jej niemal stanęło.
- Nie ma mnie bez ciebie - szepnął, a ona poczuła, jak uginają się pod nią kolana. Bariera zaczynała opadać. "Przestań, Jack. Muszę wrócić. Muszę." - Nieważne, co zrobisz, ja i tak będę z tobą - "Nie możesz, Jack. Wiem, że ci na tym zależy."  Zacisnął powieki, chcąc oddalić od siebie jej głos. Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak silną moc posiadała. Choć uważała inaczej, nie potrafiła nad nią w pełnym stopniu panować. I chyba sama do końca nie wiedziała, kiedy jej używa. - Na niczym nie zależy mi bardziej niż na tobie.
Odsunął się, by swobodnie spojrzeć jej w oczy. Zaczynał rozmieć co spowodowało słabnięcie blokady. A wpatrując się w jej twarz, pojął, że właśnie się zdradził.
Kim strąciła jego dłonie, ponownie się odwracając. Pozwoliła sobie na chwilę słabości, teraz musiała podjąć racjonalną decyzję. Zdawała sobie sprawę z tego, że widząc płaczącą kobietę, zadziałała pod wpływem emocji. Wiedziała też, że dla Brewera jest w stanie zrezygnować z powrotu. Jak miała wybrać pomiędzy miłością do matki, która ją wychowała, a miłością do chłopaka, który był przy niej zawsze, gdy go potrzebowała?
- Wcale nie muszę wybierać - uśmiechnęła się zerkając w lustro. - Prawda?
Jack podszedł do niej, obejmując ją w pasie. Nie miał pojęcia dlaczego, maskowanie złych wieści, poprzez przytulanie, wydawało się świetną perspektywą. Może faktycznie nią było.
- Odpowiedź przyjdzie z czasem.

***

Do końca dnia nikt nie ośmielił się zajrzeć do pokoju herosów. Bogowie wspólnie stwierdzili, że lepiej będzie nie mieszać się w tę sprawę. Nigdy nie znaleźli się w podobnej sytuacji, wybrańcy, oczarowani nieznanym światem, zazwyczaj chętnie porzucali ziemskie życie. Tutaj nie musieli się o nic martwić, dostawali wszystko, czego chcieli, bez konieczności dawania niczego w zamian. W całej historii, jedynie Herkulesowi udało się oprzeć urokom Olimpu. Z wiadomym skutkiem.
Kim starała się nie myśleć o mamie. Splotła dłonie na brzuchu, wygodnie rozkładając się na łóżku. Zrozumiała, dlaczego Jack godzinami wpatrywał się w sufit. To ją relaksowało, przestała zwracać uwagę na to, co działo się wokół. Ale w końcu musiała wrócić do rzeczywistości.
- Jack? - mruknęła, odwracając się w stronę Brewera. Podparła głowę na łokciu, żeby lepiej go widzieć. Leżał po swojej stronie pokoju. Chyba spał.
- Hmm?
- Czy wtedy... kiedy powiedziałeś, że... - westchnęła, czując, że nie da rady tego powiedzieć. Zrezygnowałaby, gdyby nie Jack, który spojrzał na nią, wyczekując kontynuacji. W takich chwilach zdawało jej się, iż to on ma władzę nad nią. Nie odwrotnie. - Czy ja kazałam ci to zrobić?
- Nie - uśmiechnął się. Niedługo potem na jego twarzy pojawił się niewyraźny grymas. Kierował się myślami Kimberly, nie potrafił ich powstrzymać. Zwykle sam decydował czy chce dostać się do czyjegoś umysłu, jej umysł sam wpychał się mu do głowy. - Słyszałem cię. 
- Wiem - przytaknęła. Nie chciała w to uwierzyć, nie pojmowała w jaki sposób, ale wiedziała. - Tylko jak? - wróciła do poprzedniej pozycji. Odgarnęła włosy z czoła, starając się zapanować nad oddechem. Jeśli chciała utrzymać blokadę, musiała być skupiona. Jedna chwila zapomnienia i może pożegnać się ze swoją prywatnością, i skrytymi przemyśleniami.
- To łatwe - Crawford zmarszczyła brwi. Dla niej chyba takie nie było. - Rozpraszasz się - zrobił dramatyczną pauzę, potęgując napięcie, po czym, siląc się na uwodzicielski ton dodał - Ja cię rozpraszam.
Parsknęła śmiechem, chowając się pod kołdrą. Chciała wyglądać niewinnie, lecz po głosie Jacka, domyśliła się, że nie wyszło jej najlepiej. Równie dobrze mogła teraz spojrzeć na niego, nie wstydząc się dwóch soczystych rumieńców zdobiących jej policzki - niestety dla niego, wizja spędzenia tej nocy z dala od jego pola widzenia, wydała się dla niej bardzo przyjemną perspektywą.
- Możesz się chować, ale niedługo będziesz musiała się z tym zmierzyć. A ten dzień nadejdzie szybciej, niż ci się wydaje - uśmiechnął się rozbawiony jej reakcją. Był zadowolony z takiego obrotu spraw. Cieszył się też, że nareszcie pozwolono mu znów usłyszeć jej melodyjny śmiech.
Nieważne, jakie skarby świata mu zaoferują (oczywiście, jeśli okaże się tym, kogo szukają). To było wszystko czego chciał. I wszystko czego potrzebował.

***

To niewiarygodne, jak w ciągu dwudziestu czterech godzin, może zmienić się twoje nastawienie do świata. Masz czas na przemyślenie sprawy, docierają do ciebie istotne fakty, które wcześniej przyćmiewały emocje.
Kim poczuła, że gdyby zrezygnowała ze szkolenia, by wrócić do domu, straciłaby wielką szansę. Chciała ją wykorzystać. Chciała spędzić te parę ostatnich tygodni z Jackiem. Chciała zobaczyć co tak naprawdę ma sens. Ale przede wszystkim, nie chciała zasypiać w ramionach matki, myśląc nad tym, co straciła. Żałowałaby odejścia. Straciłaby zbyt wiele. I dobrze o tym wiedziała. Poza tym, nikt nie mógł zagwarantować jej stałego miejsca na Olimpie. Prawda?
- Jack, może zaczniemy od ciebie.
Dziś miało odbyć się pierwsze szkolenie. Hera przywitała herosów z samego rana, nie pozwalając im nawet na zjedzenie śniadania. Wydawała się dziwnie stremowana, zupełnie tak jak na wczorajszej uczcie. Nie trzeba było być wielce uczonym, by zauważyć, że czuje się bardzo niekomfortowo. Co jakiś czas nerwowo spoglądała na Kimberly. "Ciekawe, jak przyjęła tą wiadomość. Chyba przywiązała się do ziemskich opiekunów".
- Czy kiedykolwiek próbowałeś komuś zajrzeć w głąb umysłu? - chłopak podrapał się po szyi, starając się zamaskować fakt, iż nie do końca zrozumiał jej pytanie. - Czy czytając komuś w myślach, zobaczyłeś jego przeszłość? - uściśliła.
Jack pokręcił przecząco głową. Nigdy nie pomyślał, że coś takiego w ogóle jest możliwe.
- Umysł każdego, nieważne człowieka, herosa czy boga skonstruowany jest jak... - szukała odpowiedniego określenia. - jest jak komoda. Poszufladkowany. Szufladka odpowiada danemu okresowi z życia, umysł przechowuje tam wspomnienia, do których, jeśli tylko się skupisz, będziesz miał dostęp. Spróbuj z Kim - wskazała na nią dłonią, czując, że trema powraca. Musiała zachowywać się naturalnie. Nie mogła sprowadzać na siebie żadnych podejrzeń.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. Zanim się tu znaleźliśmy, nie potrafiłem nawet pokonać bariery, którą otoczyła umysł. Udało mi się dopiero, gdy... przestała się koncentrować na utrzymaniu jej - uważnie dobierał słowa. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, było zdołowanie blondynki odkrywając przed Herą jej słaby punkt. Z zadowoleniem stwierdził, iż całkiem zgrabnie z tego wyszedł.
- Nie oczekiwałam, że ci się uda. Ale skoro uważasz to za tak wielką trudność, chyba możemy poprosić o zdjęcie blokady? - spojrzała na nią pytająco. Kim niechętnie skinęła głową. Nie podobała jej się ta wizja, lecz nie miała tu nic do gadania. Pocieszające było to, że Jack podzielał jej zdanie. - Świetnie! - klasnęła w dłonie. - Zaczynajmy.

***

Zgodnie z przewidywaniami, Jackowi nie poszło najlepiej. Zmaterializował umysł, jednak nie potrafił się do niego zbliżyć. Z każdym wykonanym krokiem, oddalał się, w końcu całkowicie znikając. Podejrzewał, że to sprawka Crawford - nawet jeśli zdjęła blokadę, kontrolowała swoje myśli, nie chciała, by ktoś je poznał - ale nie zamierzał mówić tego na głos. Robiąc to, zaryzykowałoby naprawdę wiele.
- Odpocznij - Hera skinęła ręką. Ćwiczył bardzo długo, był wręcz wycieńczony. Wbrew pozorom moc, jaką otrzymał nie odbijała się na nim pozytywnie. Przy dłuższej próbie czytania w myślach tracił siły, stawał się bezbronny. Obecnie stanowił zbyt łatwy cel. A to była dla niej idealna wymówka do odwleczenia następnego treningu. - Biorąc pod uwagę okoliczności - odezwała się znowu - myślę, że najlepiej będzie jeśli trochę poczekamy. Ty się zrehabilitujesz, a Kim ochłonie. Raczej nie łatwo było jej przyjąć wiadomość o matce. Przybrała zimny ton głosu, jakby miała jej to pomóc w nabraniu dystansu do tej sytuacji. Tak bardzo żałowała, że zgodziła się pełnić tę służbę. Wcześniejsze pragnienia przestały być dla niej ważne. Chciała wyjść, zapominając o tym co zaszło. Zapominając o wszystkim.
- Coś nie tak z moją mamą? - zerwała się z łóżka, łapiąc Herę za ramię. Zdążyła poukładać sobie to w głowie, pogodziła się z tym, znalazła radę. To był najtrudniejszy dzień w jej życiu. Nie mogła przejść go ponownie. Nie miała na to siły.
W pomieszczeniu zapanowała głucha cisza. Hera zebrała myśli. Cokolwiek teraz powie, zaważy to na losie Olimpu. Kłamstwo nie wchodziło w grę. Prawda zraniłaby ją bardziej, niż łzy tej kobiety. Brak odpowiedzi, skłoniłoby ją do podejrzeń. Żadna opcja nie była wystarczająco dobra.
- Jeśli mówisz o niej... - w jej ciele zawrzało. Pragnęła zachować pozory, jednak po krótkiej walce, poddała się. To za dużo. - Jack miał ci wczoraj powiedzieć, ale najwidoczniej tego nie zrobił.
Zaczęła od początku. Mówiła wolno i wyraźnie, powstrzymując napływające do oczu łzy. Jeśli nie skończy tego teraz, ktoś inny się za to zabierze. A na to nie mogła pozwolić. - Powinnaś wiedzieć skąd wzięła się twoja moc. I powinnaś wiedzieć, że kobieta, którą masz za swoją matkę, wcale nią nie jest.

***

"I powinnaś wiedzieć, że kobieta, którą masz za swoją matkę, wcale nią nie jest." - Kimberly powoli analizowała każde słowo. W końcu to do niej dotarło. Całe jej życie było jednym wielkim kłamstwem. Fikcją, która była tak oczywista. Tyle razy słyszała opowieści o bogach, tyle razy dobitnie powtarzano, że jest herosem. Dlaczego nie zorientowała się wcześniej? Dlaczego wcześniej nie skojarzyła faktów?
- Jestem taka głupia - opadła na łóżko, zakrywając twarz dłońmi. Nie potrafiła opisać tego, jak się czuje. Ale nie była zła. Na pewno nie była zła. - Wiedziałeś - szepnęła, kątem okiem spostrzegając wybiegającą z pomieszczenia Herę. - Ty od początku wiedziałeś.
Jack zajął miejsce obok, bezradnie wpatrując się w jej oczy. Były pozbawione jakichkolwiek emocji. Czarna dziura. Pustka.
- Wczoraj mi powiedzieli. Chciałem...
- Ale mnie wcale nie chodzi o to! - podniosła głos. Mimo zaistniałej sytuacji, poczuła, że odnosi małe zwycięstwo. Nie ma przyspieszonego oddechu, nie ma dudnienia w klatce piersiowej, nie ma nic. Jest za to jeden krok naprzód. - Wiedziałeś, że twoi rodzice nie są twoimi rodzicami. Że jesteś podrzutkiem? - skinął głową, nie zdolny do wypowiedzenia żadnego słowa. Nerwowo oblizał usta. Widział, że cierpiała, a właśnie tego chciał uniknąć.
Dziewczyna wygięła wargi w drwiącym uśmiechu. Nie była podobna do Agapity. Ani trochę. Lecz nikt nie wątpił w ich powiązanie. Były matką i córką. Zresztą, nadal są.
Wstała, podchodząc do okna. Rozpościerający się przed nią widok, nie wywierał już na niej żadnego wrażenia. Bo w tej chwili jej myśli zaprzątało coś zupełnie innego. Bo nareszcie zrozumiała.
- Nieważne, co mówią Jack - okryła się ramiona, lekko pocierając łokcie. - To ona się mną opiekowała, martwiła się o mnie, kochała mnie. Może mnie urodziła, ale to ona jest moją mamą. A ja jestem jej dzieckiem.

***

Jack nie zmrużył w nocy oka. Przekręcał się z boku na bok, zastanawiając czy gdyby postąpił inaczej, uniknąłby tej sytuacji. Wcześniej sądził, że wybrał najlepsze rozwiązanie, lecz z każdą minutą nabierał wątpliwości. Znowu zobaczył jej łzy. Znowu był świadkiem jej cierpienia. A właśnie temu chciał zapobiec.
Myślał o tym, jak się czuł zanim spotkał na swojej drodze Hermesa. Wtedy, gdy w przypływie niekontrolowanych emocji, przycisnął Kim do ściany, szukając w jej oczach protestu. Napawał się jej bliskością, radośnie obserwował nieśmiały uśmiech przemykające po twarzy.  Nigdy nie posądziłby się o takie zachowanie. Lubił ją. Bardzo ją lubił, ale tamtego dnia coś w nim pękło. Przekroczył bezpieczną granicę, zauważając to, co dotychczas było niewidoczne.
Spojrzał na nią, nie oczami, lecz sercem. I otworzył je dla niej.
- Nie powtarzał sobie w myślach. - To niemożliwe.
Może faktycznie nie było? Całe życie traktował ją jak przyjaciółkę - tylko i wyłącznie przyjaciółkę. Utrzymywał bliski kontakt z innymi kobietami, nie czując, że robi coś niewłaściwego. Jednak kiedy proponował Larysie spotkanie, usłyszał w głowie sprzeciw. Stłamsił go.
Zacisnął powieki, zakrywając twarz poduszką. Toczył niekończący się spór. Szukał odpowiedzi. Tej jednej, właściwej odpowiedzi. Czy to tak dużo?
- Zaczynam wariować - stwierdził. Nie miał pojęcia, co się z nim działo. Na wspomnienie Kimberly, jego policzki czerwieniały, a brzuch rozprowadzał po ciele przyjemne ciepło, przynoszące spokój i ukojenie. Nagle przestały się liczyć nocne rozmyślania, musiał tylko ponownie zobaczyć jej twarz. 
Podniósł się, obrzucając pomieszczenie krótkim spojrzeniem. Kim siedziała na podłodze przy dużej, przeszklonej ścianie. Kreśliła palcem kształty na szybie. Spędziła tak ostatnie trzy dni, niewiele mówiła. Ani razu nie wspomniała o mamie, wydawała się nie przejmować piorunującym wyznaniem. Gnębiło ją coś innego. Większego.
- Zła noc? - spytała, gdy Jack zajął miejsce obok. Uśmiechnęła się blado, powracając do okiennic. Była inna niż zazwyczaj. Bardziej tajemnicza. Mroczna. - Śniłam o Herze. Przyglądała się portretom bogów-herosów, zatrzymując wzrok na ostatnim. I wiesz co? - kątem oka zerknęła na chłopaka, chcąc sprawdzić czy słucha. Błędnie błądził po jej twarz, zapamiętując każdy szczegół. Zupełnie tak, jakby mieli się już nigdy nie spotkać. - To ja na nim byłam.
Jack, niepewny jak powinien zareagować tylko skinął głową. Czekał, aż Kimberly dokończy opowieść, jednak ona milczała. Uznał, że to odpowiedni moment, by samemu się odezwać.
- Chciałbym wiedzieć co teraz myślisz - powiedział, nie zgłębiając sensu wypowiedzianych wcześniej słów.
- Więc zapytaj mnie o to.
Zmarszczyła brwi. Nie rozumiała w czym tkwi problem. Na chwilę zapomniała o prowadzonej przez nich grze. Nie próbował wykorzystać jej nieuwagi. Od czasu przyznania się do tego, że słyszy fragmenty jej myśli, kontrolował to. Sądziła, iż nie doszedł jeszcze do pełni sił po ostatnim szkoleniu. Ale powód był zupełnie inny.
- Nie patrz tak na mnie - sapnęła, chichocząc. Wstrzymywała się od parsknięcia głośnym śmiechem. Uwielbiała w nim to, że nieważne w jakiej sytuacji się znajdzie, zawsze potrafił wywołać na jej twarz uśmiech. Bez niego przejście tego tygodnia wydawało się nierealne. Był dla niej ogromnym wsparciem. Nawet jeśli nic nie mówił - Chcę cię przytulić - oznajmiła nagle. Serce Jacka zabiło dwa razy mocniej.
- Więc przytul.
Przysunęła się do niego, kładąc głowę na jego klatce piersiowej. Dłonie splotła za jego szyją, maksymalnie zmniejszając między nimi odległości. Dawniej nie zdobyłaby się na taki krok, lecz w tej chwili nie obchodziło ją to, co robi. Chciała po prostu być tu z nim, obejmować go z całych sił, czując jak wszystkie zmartwienia znikają. To takie proste.
- O czym myślałeś w nocy? - rozluźniła uścisk, żeby swobodnie spojrzeć mu w oczy. Na jego ustach pojawił się przelotny uśmiech, mający służyć za odpowiedź. - Nie musisz mówić. Ale ja i tak się dowiem.

***
Do końca dnia Jack i Kim wymienili ze sobą tylko parę słów. Sytuacja w jakiej się znaleźli, choć z początku wydawała się magiczna, zaczęła ich przytłaczać. Kuszące propozycje nie były w stanie zapewnić im tego, co mieliby na Ziemi. To co zyskają, nawet nie może się równać z tym, co stracą.
W życiu przychodzą chwile głębokiej zadumy. Czas, w którym nareszcie zaczynasz dorastać. Budzą się w tobie uczucia, jakich dotychczas nie znałeś. Musisz zadecydować, co jest dla ciebie najważniejsze - ustalić swoje priorytety. Ale ciężko jest to zrobić w zamknięciu.
- Macie do mnie jakieś pytania przed rozpoczęciem treningu?
Hera uniosła głowę do góry w akcie wyższości. Po tym co stało się ostatnim razem uznała, że najlepiej będzie zachować dystans. Nieważne jak trudne się to okaże. Tak trzeba.
Kimberly zerwała się z miejsca, wyraźnie zaabsorbowana. W końcu dostała szansę na poznanie całej prawdy. Bez kłamstw. Bez wymijających odpowiedzi. Bez podejrzeń.
- Dlaczego to robicie? Po co to wszystko? - rozłożyła ręce, czując, że nie powinna zaczynać od najcięższej artylerii. Potrzebowała wyjaśnień.
- To nasza tradycja - zmarszczyła brwi. Nie słysząc sprzeciwu, kontynuowała. - Bogowie nie są trwali w uczuciach, często zdarza im się zejść na Ziemię, skalać krew. Z nieczystych związków powstają herosi. Na samym początku nie przejmowano się ich losem, lecz z czasem boskie matki zaczynały upominać się o swoje dzieci, masowo je porywały. Nie przeszkadzało nam to, dopóki na Olimpie było wystarczająco dużo miejsca, ale w końcu musieliśmy coś z tym zrobić. Zwołano naradę, na której później ustalono, że odtąd, co tysiąc lat będziemy przyjmować najsilniejszego z najsilniejszych i uczynimy go nieśmiertelnym.
Dziewczyna skinęła głową. Rozumiała pobudki, jakie nimi kierowały. Ale czy skoro tak bardzo pragnęły być blisko, oddawanie ich ludziom miało jakiś sens? Pozwalały na to, by wzrastały w przekonaniu, że należą do innego świata, przywiązały się do opiekunów, a potem tak po prostu im to odbierały? Jeśli czysto rodzicielska miłość kazała im to robić, dlaczego nie zastanawiano się nad konsekwencjami? Uświadomienie sobie tego, że już nigdy nie zobaczysz tych, którzy przez całe twoje życie obdarzali cię miłością, było zbyt bolesne, aby dać się zwieść wizją wiecznego życia. Przynajmniej dla niej.
- Dawaliśmy im wybór, Kim - powiedziała, jakby czytając w jej myślach. Powoli zaczynała się łamać. - Tylko jeden postanowił zostać na Ziemi - spojrzała na Ścianę Bogów-Herosów, pocierając łokcie dłońmi. Tamtego dnia przestała wierzyć w przeznaczenie. Pogrążyła się w rozpaczy, która pogłębiała się za każdym razem, kiedy widziała radosne boginie, urządzające ceremonię chrztu.
Teraz dostała od losu szansę. Czuła jak powoli ją zaprzepaszcza. Znowu. - Herkules. Mój syn.
Jej głos się załamał. Widziała jak odchodzi ze swoją wybranką. Uszanowała tę decyzję, poparła ją. Ale z czasem narastała w niej tęsknota, która zdała się nie do zniesienia. Zabijała ją od środka.
- Kim jest moja matka? - z ust Kimberly wydobył się ledwie słyszalny szept. Zdawała sobie sprawę, że być może właśnie pogorszyła sytuację, ale musiała zapytać. Musiała wiedzieć. - Kim jest moja matka? - powtórzyła głośniej. Nie dostała odpowiedzi.
- Wracajmy do treningu.

***

Ucieczka przed problemami nie jest dobrym rozwiązaniem. Zagłębiasz się w sieci kłamstw, próbując wmówić sobie, że robisz to dla swojego dobra. A tak naprawdę po prostu się boisz. Boisz się przyszłości, boisz się reakcji innych, boisz się odrzucenia. Obecny stan rzeczy wydaje ci wystarczający, bo nie chcesz zboczyć ze swojej drogi. Sęk w tym, że czasami musisz.
Zachowanie Hery z całą pewnością nie było normalne. Nieprzemyślany ruch spowodował serię uników, ostatecznie sprowadzając sytuację do stanu początkowego. Zamętu w głowie i niepewności.
- Perswazja pozwala ci na kontrolowanie umysłu, ale posiada też dodatkową korzyść. Może wydać ci się zupełnie nieprzydatna, w niektórych przypadkach rzeczywiście tak jest. Zapewniam cię jednak, iż znacznie ułatwia komunikację, jeśli w obecności innych nabierzesz ochoty na zdradzenie komuś tajemnic - kątem oka zerknęła na Jacka. Odkąd wspomniała o Herkulesie unikała wzroku blondynki, nie odpowiedziała też na żadne kolejne pytanie. Posunęła się za daleko i dobrze o tym wiedziała. - Jeśli skoncentrujesz się na kimś, z kim chcesz się porozumieć, usłyszy w głowie twój głos. Nie odpowie ci tym samym, ale usłyszy.
- To bezsensu - wtrącił się Brewer. Dotychczas siedział cicho. Wolał się nie narażać. - Sam mogę przeczytać jej myśli.
- Nie potrafisz przejść przez blokadę, udało ci się to tylko, gdy była rozproszona. Jeśli skupi się na utrzymaniu bariery, nie przedrzesz się przez nią, stracisz na sile. W ten sposób to ona, z własnej nieprzymuszonej woli przekaże ci wiadomość - wykrzywiła usta w kąśliwym uśmiechu. Dystans. Zachowaj dystans. - Spróbuj.
- Nie wiem jak - sapnęła, wzruszając ramionami. Suche informacje nie nauczą jej pełnego wykorzystywania swojej mocy. Teoria nie jest w stanie zastąpić praktyki. - Poza tym Jack ma rację.
- Wchodzi do twojego umysłu bez twojej zgody. Chyba nie będziesz go słuchać - prychnęła drwiąco. Zaczynało przerażać ją to, co się z nią dzieje. Tak bardzo zatracała się w udawaniu kogoś innego, że gdzieś po drodze zgubiła własną osobowość. Już sama nie wiedziała kim jest.
- Zabraniam ci tak o nim mówić! - Kimberly zerwała się z miejsca, znajdując się tuż obok Hery. Nie liczyły się wcześniejsze wątpliwości, wszystko co do tej pory się zdarzyło nie miało żadnego znaczenia. Jack był dla niej bardzo ważny, tylko dzięki niemu jakoś się trzymała. Nikomu nie pozwoli go obrażać. Nigdy.
- Po prostu spróbuj - wysyczała przez zaciśnięte zęby. Żałowała swoich słów, żałowała tego co się przed chwilą wydarzyło. W ostatnim czasie nie znalazłby się ani jeden gest, z którego byłaby dumna. Pocieszający był fakt, że nie miała już nic do stracenia. Przegrała wszystko. - Spójrz mu w oczy, pomyśl o waszym najszczęśliwszym wspomnieniu i zrób to. To łatwiejsze niż ci się wydaje.
Zacisnęła ręce w pięści, biorąc głęboki oddech. Przeszła długą drogę,nie mogła tego zaprzepaścić przez jedną durną chwilę zapomnienia. Jeśli przestanie się kontrolować, jej poświęcenia okażą się zbyteczne. A tego nie chciała.
- Co mam mu powiedzieć?
- Cokolwiek - wzruszyła ramionami. - Nie masz pewności, że cię usłyszy.
Kim westchnęła, spoglądając Brewerowi prosto w oczy. Uśmiechnęło się blado, przymykając powieki. Skoro jej próba prawdopodobnie się nie powiedzie, nie zaszkodzi zadać pytania, które dręczyło ją od ostatnich kilku dni. Wcześniej nie podjęła rozmowy. Za bardzo bała się odpowiedzi.
- Czy jeśli okażesz się wybranym, zapomnisz o mnie? Będziesz zachowywać się, jakbym nigdy nie istniała? 
Jack potarł dłonią skronie, hamując rozprzestrzeniający się po jego ciele ból. Trudno było mu opisać co poczuł. Narastający w głowie szum przerodził się w głośny krzyk, który niósł ze sobą echo wypowiedzianych przez blondynkę słów. Pokręcił głową w nadziei, że to choć trochę pomoże.
Dźwięk zaczął zanikać. Dopiero wtedy zrozumiał, co przed chwilą usłyszał.
- Nie - mruknął niejasno. Nadal był oszołomiony, wiedział jednak, że musi dać kres wszelkim wątpliwościom. Tylko razem uda im się przez to przejść. Nie ma innej opcji. - Wiesz, że nie.

***

Szkolenie tak bardzo osłabiło Kimberly, że Jack bez problemu przedostał się do jej umysłu. Równie łatwo zbliżył się do zbioru kłębiących się wspomnień. Niektóre z nich przelatywały mu przed twarzą, po czym znikały w nieprzeniknionej ciemności, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. W oddali słychać było miarowy oddech i stłumiony szept. Jack niepewnie stawiał kroki, co parę sekund spoglądając pod nogi. Czarna chmura, po której stąpał zaprowadziła go do wysokiej ściany. Pchnął ją lekko, czując jak ustępuje pod ciężarem jego dłoni.
Wtem pojawiło się przed nim tysiące niewyraźnie zarysowanych kształtów. Każdy obrazował jedno wspomnienie.
On grasuje po mojej głowie, a ja rozmawiam z nim nie otwierając ust. Świetnie.
Chłopak szybko zamrugał powiekami, próbując zrozumieć co się właściwie stało. Spojrzał na Kim, lecz nie uzyskawszy od niej odpowiedzi, przeniósł wzrok na Herę. Z ulgą stwierdził, że wygląda o wiele spokojniej. Nie zniósłby kolejnej potyczki na słowa.
- Widziałeś coś? - zapytała. Wyglądała bardzo dystyngowanie, zdawała się zapomnieć o minionej sprzeczce.
- Nawet nie wiem, co miałem zobaczyć - wzruszył ramionami. - Nie czuję się dobrze z tym, że grzebię jej w przeszłości. To nie w porządku.
- Ona chyba też tak myśli. Wyrzuciła cię z podświadomości, choć w takim stanie jest ledwie zdolna panować nad własnym ciałem... - ostatnie zdanie wypowiedziała niemalże szeptem. - Przekazywanie wiadomości myślami jest niezwykle męczące, szczególnie jeśli mówisz do kogoś, kto też ma moc. Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Dobrze się spisaliście.

***

Życie w pałacu wcale nie było takie złe. Ogromna przestrzeń dawała ci możliwość na długie spacery, odkrywające nowe pomieszczenia, przeszklone ściany umożliwiały swobodne oglądanie gwiaździstego nieba nocą, a stare księgi znajdujące się w bibliotecznym zbiorze Zeusa, skutecznie zabijały długie godziny nic nie robienia. W ciągu następnych dwóch tygodni Kim spojrzała na to z boku. Przeanalizowała każdy szczegół, uwzględniając wszystko co wiedziała. Agapita (przybrana opiekunka) zeszła na dalszy plan, odgrywając dość niewielką rolę. Zniknęła z codzienności dziewczyny, co ta odczuła bardzo dotkliwie, ale musiała dać sobie radę. Dotrwać do Dnia Przemiany, spędzić ostatnie chwile z Jackiem i, co najważniejsze, dowiedzieć się kto jest jej prawdziwą matką. Kto ją oddał.
- Nie masz przypadkiem ochoty mnie przytulić? - Brewer przewrócił się na łóżku, podpierając głowę łokciem. Kimberly uśmiechnęła się na wspomnienie ostatniego razu, gdy bezmyślnie rzuciła mu się na szyję. Od tego czasu nie zbliżali się do siebie tak bardzo, często rozmawiali lub po prostu siedzieli naprzeciw siebie, patrząc sobie w oczy.
- Nie - odgryzła się. - A chcesz?
Lubiła momenty, w których mogła się rozluźnić i zapomnieć o wszelkich wątpliwościach. Chwile beztroski przytrafiały jej się coraz rzadziej.
- Nie - zaśmiał się nerwowo. Skręcenie w żołądku, jakie czuł za każdym razem, kiedy wymieniał z nią parę słów, zaczynało go poważnie niepokoić. Choć było to bardzo przyjemne, pragnął się tego jak najszybciej pozbyć. Musiał się tego pozbyć. W innym przypadku czekająca ich rozłąka wyda mu się nie do przeżycia. - Myślisz, że Hera powie ci, kim jest twoja mama?
- Myślę, że nie przestanę pytać dopóki się nie dowiem - spochmurniała. - Ale nie sądzę, że to coś zmieni. Nie nadrobimy tych szesnastu lat, nawet jeśli będę żyć całą wieczność... A ty nie chcesz się dowiedzieć kim są twoi rodzice? Nie jesteś ciekawy?
- Jasne, że jestem. Po prostu... - westchnął. - Gdyby im na tym zależało, powiedzieliby mi. - położył się na plecach, splatając palce na brzuchu. Był przyzwyczajony do tego, że dorośli się nim nie interesują. Codziennie wymykał się z domu, czasami błąkając się po ulicach Aten, czasami siadając na ziemi i obserwując innych Greków. Można by to nazwać nadmierną swobodą. Tymczasem był to zwyczajny brak troski. - Pogodziłem się.
- Wiesz co? - Kim zeszła z łóżka, zajmując miejsce obok Jacka. Objęła go w pasie, kładąc głowę na klatce piersiowej. Lubiła to robić.. - Chyba jednak mam ochotę cię przytulić.

***

Ten dzień rozpoczął się jak zwykle. Hermes zaprowadził ich do sali, w której właśnie odbywała się uczta. Przyglądali się Grekom, rozpoznając wśród nich znajome twarze. Na prośbę Kimberly, na "ekranie" pojawiła się również Agapita. Krzątała się po domu z bladym uśmiechem na twarzy. Wydawała przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Po śmierci męża przestała wierzyć w pełnowartościowe szczęście. Żyła wyłącznie dla córki. Teraz musiała poradzić sobie sama.
Podczas treningu Kim nie mogła się skupić. Zabolało ją to, że kobieta tak szybko doszła do siebie. Zupełnie jakby nie była jej w ogóle potrzebna.
- Chcę tu zostać - w głowie Jacka rozległ się cichy szum. Powoli przyswoił sobie znaczenie jej słów. Nie był zdziwiony. - Chcę, żeby było jak teraz.
Uczucia wzięły górę. Uczucia zawsze biorą górę.  Bo jak zareagować na fakt, że jedna z najważniejszych osób w twoim życiu, doskonale radzi sobie bez ciebie? Jak zmierzyć się z cisnącymi do oczu łzami? Niektóre rzeczy zbyt trudno jest zrozumieć.
- Jestem egoistką. Dlaczego nie potrafię cieszyć się tym, że się pozbierała? Powiedz mi, Jack.
Oblizał usta, starając się nie zwracać uwagi na obecność Hery. Nie potrafił dłużej patrzeć na to jak cierpi. Ale czy mógł zrobić coś, żeby temu zapobiec?
- Powiedz mi - rzekła łamiącym się głosem. Nie miała już siły walczyć z emocjami. Jej psychika i tak była za bardzo nadwyrężona. Potrzebowała jednej dobrej wiadomości. Tylko jednej. - Skończmy to.
- Dobrze, wydaje mi się że wystarczy na dziś. Za kilka dni wrócimy do treningu - uśmiechnęła blado, pragnąc dodać jej otuchy. Choć domyślała się, że wcale nie chodziło o szkolenie. - Zrobiliście duże postępy.
- Nie! - krzyknęła, chwytając się za głowę. Czuła, jakby za chwilę miała rozsypać się na drobne kawałeczki. Ciekawe czy znalazłby się ktoś, kto by je pozbierał.  - Skończmy z tymi całymi tajemnicami, skończmy z tą durną niepewnością. Kto jest wybranym, kto jest tym, który zostanie tu na zawsze? - przełknęła ślinę. - Kto jest moją matką? - dodała ciszej.
- Do widzenia - powiedziała spokojnie. Odwróciła się, łapiąc za pozłacaną klamkę. Jeden moment zawahania wystarczył.
- Dlaczego nie chcesz mi tego powiedzieć?! - jej głos znów nabrał na sile. - Chyba mam prawo to wiedzieć - podeszła do niej, odwracając ją w swoją stronę. Była wściekła. Gotowa do podjęcia ostatecznych środków. - Kto jest moją matką? - kilka razy powtórzyła to zdanie w myślach. Oczy Hery zaszły mgłą. Nastała cisza.
- To ja - oznajmiła w końcu niewyraźnie. Potrząsnęła głową, przetarła oczy. Przez chwilę wydawała się zagubiona, jakby nie zdawała sobie sprawy z wagi wypowiedzianych przez siebie słów. Gdy wyrwała się spod kontroli Kimberly, zakryła usta dłonią, natychmiast wybiegając z pokoju. Ona nie miała się dowiedzieć. A przynajmniej nie w ten sposób.

***

Podłoga wyłożona złotymi kaflami odbijała smętne twarze bogów. Udało się. Doszli do celu, zdążyli przed ostatecznym terminem. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie skoro osoba, której szukali prawdopodobnie niedługo opuści te mury? Ich jedyną nadzieją była dobra wola, zrozumienie.
Wybaczenie to potężna siła, pochodzi z głębi serca i pokonuje wszystko, co stanie mu na drodze. Nawet szesnaście lat kłamstw.
- Złożymy jej propozycje - Zeus zabrał głos. Dziś rano zwołał specjalne zebranie. Sprawa była bardzo poważna. W końcu chodziło o najsilniejszego herosa w dziejach. Najważniejszego od czasów Herkulesa. - Lecz nie możemy zapominać, że decyzja należy do niej. Jeśli zechce odejść, odejdzie. Olimp zawsze będzie dla niej otwarty. Niemniej jednak, zrobimy wszystko, aby została - złożył ręce, ściągnął brwi. Uspokoił resztę, przynajmniej częściowo. Ciekawe na jak długo.
- Porozmawiam z nią, Zeusie - Hera odważyła się wyjść z cienia. Czuła zżerające ją od środka poczucie winy. Wiele lat temu, w złości, zeszła do Grecji. Wiadomość o kolejnej zdradzie męża skłoniła ją do ostateczności. Odpłacenia mu tym samym. Odnalazła mężczyznę, które pewien czas obserwowała. Uwiodła go, a następnie urodziła jego dziecko. Dziewczynkę. Wbrew sumieniu oddała ją pod opiekę ojca, ratując własną skórę. Ukrywała tę zażyłość. Aż do dziś. - Ode mnie się zaczęło, i na mnie się zakończy.

***

Dlaczego on wyszedł, pomyślała. Powiedział, że będzie mnie wspierać.
Kimberly przechyliła głowę, oparła ją o szybę. Podciągnęła kolana pod brodę, po raz kolejny wypominając Jackowi jego nagłe wyjście. Zostawił ją w chwili, w której potrzebowała go najbardziej. Pewnie stwierdził, że tak będzie lepiej. Ona i Hera porozmawiają jak matka i córka. Matka i córka. 
Ale był jeden problem. Nie miała najmniejszego zamiaru jej słuchać.
- Kim - uśmiechnęła się blado. Położyła jej dłoń na udzie. Długo zastanawiała się nad tym co powie, a teraz, kiedy doszło co do czego, słowa uwięzły jej w gardle. Nie potrafiła wydusić z siebie nawet głupiego przepraszam.
- Co? - odparła oschle. Nawet na nią nie spojrzała. - No co? - powtórzyła głośniej. Jej oczy zaszły łzami. W jednej sekundzie wszystko do niej wróciło, dobijając ją jeszcze bardziej. Agapita niespodziewanie szybko pozbierała się po jej zniknięciu.
Uczucie do Jacka, z którym niedługo straci kontakt, z każdym dniem wzrastało.
Najważniejsza z bogiń porzuciła ją w imię tradycji. Aż chce się żyć.
- Czy ty naprawdę myślałaś, że mnie tu ściągniesz, wciśniesz pierwszą lepszą historyjkę i staniemy się szczęśliwą rodziną? A może oczekiwałaś, że wpadnę ci w ramiona, zapominając o tym co zrobiłaś?! - strąciła dłoń Hery, odchodząc od okna. Z niedowierzaniem pokręciła głową.
- Żałujesz swojego pobytu na Ziemi? - spytała spokojnie. Uderzyła w czuły punkt, dobrze o tym wiedziała. Ale musiała nagiąć zasady, żeby ją przy sobie zatrzymać. Zrobiłaby wszystko, żeby ją przy sobie zatrzymać.
Kim objęła się ramionami, odwróciła wzrok. Nie zamieniłaby tych lat na nic w świecie, tam przeżyłaby najlepsze chwile swojego życia. Tam odkryła, co tak naprawdę znaczy kochać. Tam poznała Jacka.
Olimp nie zaoferowałby jej czegoś takiego. Mieszkałaby w wielkim pałacu, błądziła po długich korytarzach. Nie byłaby nawet w stanie przewidzieć co kryje się za rogiem. Usługiwaliby jej, byli na każde skinienie. Tylko, że wcale tego nie chciała.
Drzwi pokoju uchyliły się nieznacznie, Hera rzuciła w tę stronę przelotne spojrzenie. Nie zdziwił jej widok Brewera. Podejrzewała, że prędzej czy później ciekawość weźmie górę. Ale jego obecność może ułatwić sprawę.
- Zostań z nami, Kim. Nie myśl o nich, Już nigdy.
- Nigdy to strasznie długi kawał czasu...
Przeczesała włosy ręką. Zatrzymała wzrok na chłopaku. Ten patrzył na nią, jakby chcąc powiedzieć, że ma się nim nie przejmować. Nie powinien wpływać na jej decyzję.
- Możemy nagiąć zasady - rzekła w rozpaczy. - Pozwolimy schodzić ci na Ziemię kilka razy w roku, zrobimy co zechcesz. Tylko proszę... zostań.
Kimberly nabrała powietrza w płuca. Miała mętlik w głowie. Myśli pędziły jak szalone, serce łomotało w piersi. Zgubiła się.
Wyobrażała sobie życie tutaj. Dopuszczała do siebie wyłącznie czarne scenariusze, odrzucała to, co mogłoby sprawić, że zakocha się w tym miejscu. Że poczuje się jak w domu. To miało odebrać jej wszystko, co do tej pory znała. Postawić przed zupełnie nowym wyzwaniem, sprawdzając czy podoła, i czy faktycznie była tego warta.
Chciała przyłożyć ucho do klatki piersiowej Hery, zobaczyć jak bardzo żałowała. Dowiedzieć się, co stałoby się, gdyby zagościła tu na stałe. Czy potrafiłaby się przyzwyczaić do spacerowania po pałacu bez Jacka u boku? A jeśliby odeszła, czy do końca życia zastanawiałaby się jaką szansę straciła? Żadna z opcji nie wydawała się wystarczająco optymistyczna.
Nagle, tknięta wciąż nasilającymi się emocjami, spojrzała na szatyna. Pokiwał głową, dodając jej otuchy. Nieważne jaką decyzję podejmie, on zawsze będzie obok. Bliżej lub dalej. Ale będzie.
- Zostanę.

***

Ta rozmowa miała dać wszystkiemu kres. Zakończyć w jej życiu pewien rozdział, odciąć się od dawnych uczuć i niepewności. Dlaczego więc jej ciałem nadal kierował strach? Dlaczego nie mogła pozbyć się wrażenia, że źle postąpiła zgadzając się na propozycje Hery? Dostała to, o czym zwykły śmiertelnik nie mógł nawet śnić. Prawda wreszcie stanęła przed nią otworem. A ona potrafiła myśleć tylko o tym, iż niedługa ogarnie ją nostalgia potęgowana każdą wizytą na Ziemi.
- Boję się, że nie starczy mi odwagi, żeby powiedzieć ci to w twarz, Jack - szepnęła. Klęczała przy jego łóżku, obserwowała ruchy klatki piersiowej. O wiele łatwiej było się pożegnać wiedząc, że jej nie słyszy. - Jutro wrócisz do domu... znajdziesz dziewczynę, założysz rodzinę - wplotła mu palce we włosy. - To głupie, ale przez jakiś czas myślałam... myślałam, że z tego może coś wyjść. Wydawało mi się, że twoje uczucia do mnie choć trochę się zmieniły - skierowała wzrok na jego zamknięte oczy. Poczuła jak po jej policzku spłynęła piekąca łza. - Tylko, że chyba nie miałam racji... Zasługujesz na kogoś wyjątkowego, Jack. Wiem co mówię - wstała i pochyliła się nad twarzą chłopaka. Odgarnęła mu włosy z czoła. - Nie zakochuje się w byle kim.

***

- Jack nie przyjdzie? - Hera zerknęła na puste miejsce obok blondynki. Uczta chyliła się ku końcowi, a zewsząd nie było słychać skrzypu masywnych drzwi. Choć być może zagłuszył go gwar panujący przy stole, bogowie od samego rana rozprawiali o jutrzejszym Dniu Przemiany. Przygotowania szły pełną parą, wszystko było zapięte na ostatni guzik. No.. prawie wszystko.
- Jeszcze śpi. Nie chciałam go budzić - odparła. Wolała trzymać ją na dystans, wciąż starała się zrozumieć, co tak właściwie się stało.
- Masz ochotę się przejść? Pokażę ci Olimp, porozmawiamy.
- Chętnie - wytarła usta serwetką i wstała od stołu. Udało jej się skontrolować sprzeczne emocje. W końcu tak miało być już zawsze.
Razem z Herą wyszły z pomieszczenia, ściągając na siebie powszechną uwagę. Nikt jednak nie odważył się zainterweniować, należało im się trochę czasu tylko dla siebie.
- Skąd wiedziałaś, że jestem wybraną? - zapytała, gdy opuściły pałac. Rozejrzała się wokół, uważnie przyglądając się wszystkiemu, co dotychczas miała okazję zobaczyć wyłącznie przez okno sypialni. Wokół góry rozpościerał się rząd zamków, chowających swe wieże w gęstych obłokach. Każdy z nich zapierał dech w piersiach, aczkolwiek żaden nie dorównywał majestatem mieszkaniu Zeusa. Zewsząd rozległ się dźwięk cichy dźwięk liry Apolla.
- Wpłynęłaś na mnie perswazją. Jeszcze żadnemu herosowi nie udało się zawładnąć bogiem. Przynajmniej na taką skalę.
Resztę drogi pokonały w ciszy, pogrążone we własnych myślach. Zatrzymały się dopiero przy Złotej Bramie. Przywitały się ze strażniczkami Eunamią, Ejreną i Dilce, Kimberly dygnęła. Po stłumionym chichocie poznała, że chyba nie powinna tego robić.
- Jak poznałaś mojego ojca? - odwróciła się napięcie, przybierając obojętny wyraz twarzy. Milczenie zaczynało ją przytłaczać.
- Obserwowałam go podczas uczt... Zakochałam się - na jej ustach pojawił się słaby uśmiech. - Kiedy Zeus mnie zdradził, poprzysięgłam sobie zemstę. Zeszłam na Ziemię, odnalazłam Kastora i.. stało się. Dla niego był to tylko przelotny romans, podczas gdy ja nie mogłam doczekać się każdego kolejnego spotkania. Ryzykowałam wszystko, aby go zobaczyć. Nie doceniał tego, ale moje uczucia nie straciły na sile... nawet teraz.
- Czy moja.. - przełknęła ślinę. To trudny temat, lecz musiała nareszcie poznać prawdę. Wkrótce sama stanie się jej częścią. - Czy Agapita o tym wiedziała?
- Tak - Hera skinęła głową. Do dziś nie mogła zapomnieć widoku tych wielkich zaszklonych oczu i łamiącego się głosu. Była bliska rozpadowi małżeństwa, długo nie potrafiła pozbyć się wyrzutów sumienia. Wszystko zmieniło się, gdy na świat przyszła Kim.
- Co było potem?
- Odrzucił mnie - wzruszyła ramionami. - Ostatni raz widzieliśmy się, kiedy zostawiłam cię pod drzwiami jego domu. Kilka lat później zmarł.. Odtąd ty stałaś się jedynym sensem mojego życia. Jedyną osobą, którą szczerze kochałam - westchnęła. - Nie chcę, żebyś przeżyła to samo.
Spojrzała w stronę północnego skrzydła pałacu. W oknie stał uśmiechnięty Brewer. Przycisnął dłonie do szyby, machając do blondynki.
- Nie wiem czy dobrze robię - odwzajemniła jego gest. - Niczego już nie wiem.
- Zrób to, co uważasz za słuszne - powiedziała, kładąc jej dłoń na ramieniu. Oblizała usta. Myśl o niej. Tylko o niej. - Wiesz, Agapita jest wspaniałą kobietą. Tęskni za tobą... ale zrozum, nie mogła całymi dniami siedzieć bezczynnie i wypłakiwać sobie oczu. Musiała wrócić do życia.
- Po co mi to mówisz? - zmarszczyła brwi.
- Bo chcę twojego szczęścia. Nawet jeśli mam poświęcić to, na co tak długo czekałam - kąciki jej warg niezauważenie powędrowały ku górze.

***

Jasne promienie słońca padały na lustro w pokoju herosów. Kimberly rzuciła ostatnie spojrzenie na swoje odbicie. Poprawiła blond loki, głośno wzdychając. Nie mogła tego przeciągać w nieskończoność. Za parę minut wszystko się zmieni. Tu nie ma miejsca na wątpliwości czy strach.
- Odkręć to! - krzyk Jacka wyrwał ją z rozmyślań.
- Chyba nie rozumiem - odwróciła się w jego stronę. Ostatnie wydarzenia dostatecznie nadwyrężyły jej psychikę, nie potrzebowała więcej wrażeń. Ale najwidoczniej świat nie potrafił tego zrozumieć. - Co masz na myśli? - rzekła twardo. Pewność zniknęła z twarzy chłopaka. Opuściły go również negatywne emocje, które w napływie chwili sprawiły, że powiedział więcej niż chciał.
- Ja.. ja nie dam dłużej rady, Kim - głos mu się załamał. Był gotowy do podjęcia ostatecznych kroków. - Za każdym razem, kiedy cię widzę coś tak dziwnie ściska mnie w żołądku, język mi się plącze i czuję.. sam nie wiem co - spuścił głowę.
- Myślę, że wiesz - podeszła do niego. Położyła mu dłoń na policzku, unosząc wzrok do góry. Teraz, kiedy patrzyła w jego oczy, wszystko wydawało się być takie proste. - Tylko musisz umieć to nazwać.
- Nie chcę tego stracić - uśmiechnął się blado. - Ale nie chcę też cierpieć tracąc ciebie, Kim Więc każ mi przestać, użyj swojej siły, żeby to zniknęło. Wtedy nie będę musiał się bać.
- Dobrze wiesz, że to tak nie działa - oderwała się od niego, powstrzymując łzy. W ostatnim miesiącu płakała zdecydowanie za często. - Nawet, gdybym mogła, nie zrobiłabym tego. Nie potrafiłabym tego zrobić... a wiesz dlaczego? Bo ty.. - przełknęła ślinę. Ukrywała to, gdzieś głęboko w sobie. Te słowa nie przeszłyby jej przez usta. Ale przejdzie przez umysł, pomyślała.
Skupiła na nim całą swą uwagę, skierowała strumień mocy w jego stronę. Miała ostatnią szansę, żeby mu to powiedzieć. Potem mogło być już za późno.
Byłeś jedyną osobą w moim życiu. Od zawsze. Wszystkie dzieci bały się tego, że jestem inna. Uciekały przede mną, nawet się z tym nie kryły. Tylko ty nigdy się nie chowałeś. Pozwalałeś mi się wykorzystywać, uznałeś, że to fajna zabawa. Problem w tym, że dla mnie to było coś o wiele więcej... dlatego ośmieszałam cię na oczach tych wszystkich dziewczyn, nie chciałam się z tobą dzielić... no i może byłam trochę zazdrosna. Otworzyła oczy, aby zobaczyć, jak zareagował na tę wiadomość.
- Nie śmiej się, to ważne - mimo to na jej twarzy również pojawił się lekki uśmiech.
Moje życie stanęło na głowie, tylko dzięki tobie jakoś się trzymałam. Potrafiłeś sprawić, że na chwilę o tym zapominałam. Cały czas dręczy mnie myśl, że nigdy nie będę w stanie ci się odwdzięczyć. I możesz wziąć mnie za kompletną egoistką, ale nie ulegnę twoim prośbom. Bo to najgorsze co mogłabym ci zrobić. 
- Miłości nie trzeba się bać, Jack - szepnęła. - Czasami to wszystko co nam zostaje.

***

Pięknie udekorowana sala, prześliczna biała suknia i nieszczery uśmiech wybranej. Zebrani natarczywie przyglądali się jej, czekając aż w końcu zdobędzie się na ostatni krok. Zostawi za sobą przeszłość, otworzy drzwi dla tego co nadejdzie. Wystarczył jeden mały łyk ambrozji. Od tej chwili wszystko miało się zmienić. Tylko czy na pewno na lepsze?
Kimberly utkwiła spojrzenie w Jacku. Ogarnęła ją kolejna fala wątpliwości. Tym razem widok uśmiechniętej matki nie pomógł się ich pozbyć.
Po kilku sekundach przyłożyła kielich do ust, wstrzymała oddech. Stanęła twarzą w twarz z przeznaczeniem, ujrzała konsekwencje, jakie mogą dopaść ją za ta co za chwilę uczyni. Ale wiedziała co robić.
Odłożyła puchar na stół wywołując ogólne zamieszanie. Zeus śmiał się nerwowo mrucząc coś pod nosem, Hermes z niedowierzaniem kręcił głową, a Hera zdezorientowana podeszła do córki. Crawford ujęła jej dłonie, spoglądając nań radośnie.
- Przepraszam mamo. Wiesz, że muszę iść swoją drogą. Tylko wtedy będę naprawdę szczęśliwa - objęła ją mocno, opierając podbródek o jej ramię. Niepewność zniknęła. - Wrócę tu, kiedy tylko będziesz chciała. Po prostu to jeszcze nie mój czas.
- Idź do niego, Kim - odparła cicho i pocałowała ją w czoło. - Jestem z ciebie bardzo dumna.
- Czyś ty do końca zwariowała? - chłopak złapał się za głowę. Zrezygnowałem z ciebie dla twojego dobra, nie marnuj tego. - Wracaj tam i powiedz, że się rozmyśliłaś. Tu będzie ci lepiej, nie będziesz musiała martwić się o pieniądze ani śmierć...
- A więc chodzi tylko o to? - przerwała mu, parskając głośnym śmiechem. Gdybym tu została, straciłabym o wiele więcej.  - Wolę umrzeć i żyć z tobą niż być nieśmiertelna i żyć bez ciebie.

***

Można by dyskutować o słuszności tej decyzji. Można by też dogonić ją i spróbować ją powstrzymać. Lecz żadne słowa nie zdołałaby przekonać jej, że długowieczność jest warta poświęcenia miłości.
Jack zatrzymał się przy wyjściu z pałacu. Złapał blondynkę za rękę, odgarnął niesforny kosmyk włosów za ucho. Przestał bać się przyszłości. Miał przy sobie kobietę, na którą czekał całe swoje życie.
Ale wciąż pozostawała jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia.
- Jak my wrócimy do domu?

♥♥♥
To miało coś wielkiego i doskonałego. Coś czego jeszcze nie było. Część o Starożytnym Egipcie faktycznie mnie zadowoliła - mało tego, kiedy ją przeczytałam nie mogłam uwierzyć, że to ja ją napisałam. Potem było już trochę gorzej... znacznie gorzej. Nawet jeśli sam pomysł był dobry, realizacja jest fatalna. Są fragmenty, które mi się podobają, ale zdecydowanie należą do mniejszości. Dodatkowo dobija mnie fakt, że zniszczyłam ostatnie akapity, nad którymi myślałam od dobrych kilku miesięcy. Ale nie załamuję się, muszę wyciągnąć z tego wnioski. Nigdy tak bardzo nie mieszać. I nie umieszczać w jednej historii 75265 wątków. Na tej linii całkowicie poległam. Również jak w kwestii długości przerwy... na ten temat wolałabym się nie wypowiadać, trochę mi wstyd. Tak trochę bardzo.

Pomijając mnie i to co sobie ubzdurałam mam nadzieję, że się wam podobało. Nieważne co, jestem dumna, że w ogóle udało mi się to skończyć, wiele razy chciałam zrezygnować... Obiecuję, że druga część będzie lepsza!
Ciekawostka: Początkowo ostrzeżenie dotyczyło długości rozdział, aczkolwiek po jego podzieleniu musiałam je zmienić, bo uznałam, że jednak nie jest aż tak obszerny. 

5 komentarzy:

  1. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co mogłabym tu napisać. Jest to odrobinę związane z tym, że jestem przykuta do łóżka i wmuszają we mnie jakieś pojebane syropy, ale też tym, że po prostu mnie urzekłaś. Co nie zmienia jednak faktu, że nienawidzę historii. Boże, jak ja nienawidzę historii. Nie rozumiem i nie chcę rozumieć, kto kiedy i po co poszedł do kogoś i go zabił i była wojna. Była to była, na co drążyć temat. Mitologia to chyba jedyny dział, który jako tako mi podszedł (z wyjątkiem wojny secesyjnej i wszystkich rzeczy z nią związanych). Jak czytałam 'Faraona' chyba częściej klęłam na nauczyciela i samego Prusa, aniżeli czytałam naprawdę.No ale no, a propos rozdziału..
    Długość :O Internet w moim telefonie jakoś nie chciał współpracować, więc kilka razy musiałam wchodzić na tę stronę i szukać miejsca, gdzie skończyłam, zanim serio skończyłam, ale wreszcie mi się udało. Kultura Greków to porażka życia, biedna Gracie:(
    A Kim to dobra jest, kobieta faraon. Wysoko się kobieta ceni, nie ma co xd Relacja Crawford i Brewera - niebo. No ja się nie dziwię, że się nie chciała dzielić, kto by nie chciał mieć takiego Jack'a dla siebie? Końcówka perfekto <3
    Ale bardzo ważne pytanie. No właśnie, jak oni wrócą?

    L x

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałam wcześniej tego bloga, więc nie zagłębiałam się zbytnio w ten rozdział, jednak przeczytałam w całości te (że tak to nazwę) one shoty o Egipcie i Grecji. Pomysły naprawdę ciekawe, dobrze zrealizowane, choć w opowiadaniu drugim odczułam wrażenie, że początek zadziałał się za szybko (chodzi o relację Kim i Jacka). Jednak rozumiem, że opowiadanie było krótkie i trudno jest się zmieścić z tego typu opisami, toteż nie prezentuje się to źle. Bardziej do gustu przypadł mi one shot o Grecji. Uwielbiam mitologię grecką, to na pewno tego sprawka ;) Postać Hery wspaniała, taka, jaką sobie wyobrażam - na zewnątrz twarda, nieugięta, a w środku wrażliwa i troskliwa, rozpaczliwie pragnąca miłości, jak na boginię ogniska domowego przystało.
    Naprawdę miła lekturka. Bardzo mi się podobało.
    I powtórzę to poraz setny: kocham patrzeć, jak się rozwijasz! :*
    Pozdrawiam gorąco <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie potrzebuję już niczego, ja to wiem, a ty nie masz prawa nic na ten temat powiedzieć. Jesteś moim bóstwem, mistrzem, idolką. Te trzy słowa, mam nadzieję, że dotrą do ciebie i uświadomisz sobie, że już nie robisz wszystkiego źle, wszystko jest perfecto, kochanie :*
    Godzina mnie dobija, nic się nie uczyłam, bo oczywiście popołudnie nie przesiedzone na lapku, to popołudnie stracone. Wolałam nawet nie zaglądać do książki na konkurs, a napisać u ciebie komka, żeby było miło. Miało być krótko, a ja tylko gadam :/ No nic, powiem tylko kilka słów.
    Kocham historię. Kocham to opowiadanie. Kocham Kick'a w różnym wydaniu. Kocham twój blog. I kocham Ciebie :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Jesteś zajebista! Te dwa słowa opisują ciebie jak i twoją twórczość. Nie muszę się nie wiadomo jak rozpisywać bo dziewczyny prze de mną już to zrobiły! Nie mam pojęcia co mogę jeszcze powiedzieć. Ten rozdział na tak wiele ckliwostek jest tak słodki. A początkiem mnie powaliłaś! Te słowa jeszcze przed rozpoczęciem rozdziału. I Choć komentuję po prawie dwu tygodniach to chętnie bym przy*ebała sobie w czoło aby ustabilizować swoją aktywność . Mam u ciebie tyle zaległości. Już nawet nie wspominam ile tych zaległości jest u mnie. No masakra. Nie wiem dlaczego ale wersja ze starożytnym Egiptem bardziej mi się spodobała chociaż na lekcjach Historii wolę gdy nauczyciel opowiada o Starożytnej Grecji. Kończę powoli moja wypowiedz... Bo nie ważne co napiszesz zaskoczysz. Ma się to coś albo się tego nie ma a ty akurat to masz!

    //Tami G.

    OdpowiedzUsuń
  5. Genialnie piszesz. Ten rozdział wywarł na mnie kolosalne wrażenie czekam na next

    OdpowiedzUsuń

Czytasz = komentuj