Brewer patrzył na blondynkę jakby przed chwilą dostał w twarz. Nie rozumiał co takiego zrobił. Nie wiedział, dlaczego Kimberly zerwała z nim akurat dziś.. Jej słowa ledwo do niego dochodziły. Słyszał jedynie urywki zdań tłumaczących tak nagłą decyzję. Crawford z ledwością powstrzymywała łzy napływające jej do oczu. Dla niej również było to trudne. Starała się zachować zimną krew. Na próżno. Miłość, którą darzyła chłopaka pozwoliła łzom spłynąć po policzkach dziewczynki, piekąc jej skórę i obarczając poczuciem winy. Teraz żałowała tego co zrobiła. Żałowała, że nie pozwoliła szatynowi dojść do słowa i wszystkiego wyjaśnić. Żałowała tego, że zadziałała pod wpływem chwili i narastających w niej emocji. Lecz wiedziała, że nie może cofnąć swoich słów. Otarła łzy i odwróciła się, by odejść. Nie zrobiła tego... stała w miejscu, nie zrobiła ani kroku. Nie mogła tak po prostu odejść. Nie da się wymazać z pamięci minionej chwili, lecz niemożliwe jest także, aby zapomnieć o więzi, która nadal łączyła Kim i Jack'a. Nie była już taka silna, ale.. jednak wciąż istniała. Żadne słowa ani czyny nie były w stanie przerwać niewidzialnej nici, która połączyła serca nastolatków, gdy ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy.
Blondynka zacisnęła powieki. Nie mogła cofnąć słów, lecz mogła zrobić coś innego. Podeszła do chłopaka, jedną dłoń położyła mu na ramieniu, a drugą pogładziła jego policzek. Mogli się rozkoszować chwilą, w której ich usta się złączyły, zaledwie przez krótką sekundę. Tyle wystarczyło. Nie przywróciło łączącej ich więzi do stanu sprzed 3 minut, lecz wzmocniło ją i dało nadzieję.
Osłupiały Brewer spoglądał na plecy odchodzącej dziewczyny. Dopiero teraz doszły do niego wydarzenia minionej minuty. Dopiero teraz poczuł dotyk i czułość Kim.
Wspomnienia kazały mu biec za Crawford, brakło mu jednak sił. Bezwładnie opadł na pobliską ławkę i niewidzącym wzrokiem obserwował wszystko co dzieje się wokół niego. Całkowita świadomość wróciła mu dopiero, kiedy ujrzał zmierzającą w jego stronę siostrę (spodziewałyście się?).
Jack: Zerwała ze mną.. - wyszeptał. - Widziała nas i pomyślała, że.. pomyślała, że jesteś moją nową dziewczyną - powiedział, a z jego ust wydobył się bezsilny śmiech. - Biegnij za nią Sara. Tylko ty możesz wszystko naprawić...
***
Rudy stał przed dojo z białą różą w ręku. Czekał... czekał już 20 minut, jednak nigdzie nie było śladu jej wybranki. Mężczyzna znów spojrzał na zegarek. 16:20. Stephanie już dawno miała być przy Gielespiem i jeść z nim romantyczną kolację przygotowaną przez uczniów dojo.
Ostatnie osoby opuszczały teren galerii, a on nadal stał w tym samym miejscu z niecierpliwością uderzając nogą o zimną powierzchnię betonu. Z każdą chwilą niepokoił się coraz bardziej. Bał się, że Malone coś mogło się stać. Przed oczami miał same czarne scenariusze. Zaczął obwiniać się o ewentualną katastrofę lotniczą, gdy nagle poczuł przyjemne ciepło ogarniające całe jego ciało. Zobaczył niewysoką blondynkę pytającą Phila o drogę do dojo Bobby'ego Wasabiego. To Malone. Kobieta spostrzegła senseia i nie czekając na odpowiedź Falafela, rzuciła się ukochanemu na szyję. Tęskniła za nim.. nie widziała go zaledwie 3 miesiące, lecz czuła, że od ich ostatniego spotkania minęły wieki. Tak bardzo pragnęła znów usłyszeć jego głos, przytulić, pocałować.. teraz mogła.
Stephanie przeprosiła się za spóźnienie tłumacząc się nieprzyjaznymi warunkami atmosferycznymi na drogach. Gielespie ze zrozumienie kiwnął głową i wręczył blondynce różę. Malone uśmiechnęła się, po czym pocałowała mężczyznę w policzek. Sensei szczęśliwy z powrotu kobiety jego życia, podał jej dłoń i zaprowadził do stolika stojącego pośrodku sali treningowej. Ich krótkiej przechadzce towarzyszyły podekscytowane szmery miotających się przyjaciół. Gdy Rudy zapalił światło wyskoczyli z ukrycia krzycząc "Niespodzianka!" 28-latka zaskoczona zakryła usta dłonią. Brakowało jej również paczki Wasabiego, którą kochała tak bardzo jak ich nauczyciel.
Przytuliła każdego z osobna nie mogąc uwierzyć, że zorganizowali dla niej przyjęcie powitalne.
Stephanie: Widzę, że podczas mojej nieobecności dużo się zmieniło... - powiedziała spoglądając na splecione dłonie Jerry'ego i Grace, którzy po usłyszanych słowach spojrzeli na siebie uśmiechnięci. - Kim ty i Jack też.. - kobieta nie dokończyła, ponieważ ze zdziwieniem zauważyła, że wśród przyjaciół brakuje przed chwilą wymienionej dwójki.
Grace: Dwumiesięcznica - wyjaśniła szybko. Nie miała pojęcia, że to już nieaktualne. Przynajmniej dopóki nie usłyszała swojego telefonu, który od paru sekund nie przestawał dawać o sobie znać. Parkins wyciągnęła go z kieszeni i spojrzała na wyświetlacz. Kim. Nie zważając na obecność przyjaciół odebrała. Ona jak i reszta obecnych w pomieszczeniu usłyszała tłumiony szloch blondynki i jej łamiący głos mówiący o dzisiejszych zdarzeniach. Brunetka nie zdążyła, jednak wysłuchać opowieści do końca, ponieważ ostanie słowa Crawford zagłuszył inny, obcy jej głos...
***
Kimberly rozłączyła się i ze łzami w oczach spojrzała na dziewczynę, a właściwie kobietę, stojącą przed nią. Gdzieś już widziała jej twarz.. po krótkiej chwili poznała ją. To ona jakieś 10 minut obściskiwała się z jej byłym chłopakiem.Ona była jednym z powodów jej krwawiącego serca. Ona odebrała jej miłość..tak myślała. Ale nie wiedziała wszystkiego. Nie znała prawdy.
Podniosła rękę, by zadać cios. Jej dłoń zatrzymała się tuż przed twarzą szatynki. Wzrok Kim padł na jej oczy. Brązowe, pełne miłości. To były oczy Jack'a.. blondynka cofnęła pięści uważnie przyglądając się nieznajomej. Te same oczy, włosy, ten sam uśmiech. Brewer w damskim wydaniu.
Kim: Kim ty jesteś? - spytała nie rozumiejąc podobieństwa między nią, a Jack'iem. Była pewna, że to nie jego kuzynka. Znała całą rodziną, a o siostrze nie miała przecież pojęcia. Nikt nie miał...
Sara: Na pewno nie tym za kogo mnie uważasz - powiedziała, po czym po krótkiej przerwie dodała. - Muszę nagadać braciszkowi, że nikomu o mnie nie mówił.
Kim nie mogla uwierzyć w to co przed chwilą usłyszała. Ciągle powtarzała sobie w myślach, że Brewer przecież nie ma siostry, ale ta cała sytuacja.. to było jedyne logiczne rozwiązanie.
Żeby przekonać Kimberly, Sara wyciągnęła telefon i po chwili oddała go dziewczynie. Ta niepewnie spojrzała na ekran. Sekundę później wybuchnęła głośnym śmiechem. Przyczyną jej reakcji było zdjęcie małego Jack'a w różowej sukience i dwoma kucykami.
Kim: Jeśli nie będzie chciał iść ze mną na zakupy, pokażę mu to zdjęcie - odparła uśmiechnięta patrząc na siostrę jej przyjaciela. Dopiero spojrzenie, którym została obdarzona, uświadomiło jej, że jeśli czegoś nie zrobi, chłopak już nigdy nie pójdzie z nią na zakupy, ani do kina, nie przytuli jej z tą samą czułością i już nigdy nie powie jej tych dwóch głupich słów, które dla niej znaczyły tak wiele.
Kim: Muszę iść - szepnęła, po czym ruszyła w miejsce, gdzie ostatni raz widziała szatyna. Cofnęła się jednak po chwili i ostatni raz wysyłając Sarze spojrzenie pełne wdzięczności, oddała jej komórkę. Zaraz po tym znów ruszyła przed siebie. Niecałe 2 minuty później dostrzegła Brewera siedzącego na ośnieżonej ławce. Podbiegła do niego, by już po chwili trzymając go w ramionach przepraszać za dzisiejsze zajście.
Jack nic nie powiedział. Wstał obdarzając byłą, lodowatym spojrzeniem, które, gdy dziewczyna straciła ostatnie nadzieje, zmieniło się w dawny, miły i troskliwy wzrok.
Jack: O ile dobrze pamiętam, dzisiaj jest nasza dwumiesięcznica. Masz ochotę jakoś to uczcić? - spytał wyciągając rękę w stronę blondynki.
Kim: Jeśli zawsze będziesz przy mnie - odpowiedziała splatając swoje palce z palcami ukochanego. Teraz bez przeszkód i bez niepokoju, oboje mogli zacząć cieszyć się sobą, tak jak robili to każdego dnia..
***
Wszyscy stali jak sparaliżowani. Byli pewni, że zerwanie Jack'a i Kim jest początkiem końca świata. Taka idealna para nie rozstaje się z dnia na dzień. Nikt nie jest w stanie zapomnieć przecież o tylu pięknych chwilach spędzonych z osobą, którą się kocha. Kim o nich nie zapomniała. Po prostu na chwilę przyćmiła ją zazdrość, która kazała jej posunąć się do tak radykalnych kroków. Teraz wszystko było jak dawniej, ale przyjaciele o tym nie wiedzieli.
Wiedzieli jednak, że Brewer nie może żyć bez Crawford, a Crawford nie może żyć bez Brewera. Nie mieli wyjścia. Musieli ratować szczęście tej dwójki poświęcając wieczór na który czekali od dawna.
Grace: Ja i Eddie pójdziemy. Wy zostańcie... - powiedziała spoglądając na przyjaciół. Byli zdziwieni tym, że Parkins wybrała Jones'a, a nie Martineza, jednak szanowali jej decyzję. Znali brunetkę tyle lat, że byli pewni, iż coś się za tym kryje. Nie mylili się. Kiedy Grace i Eddie opuścili dojo, dziewczyna zaczęła zadawać masę pytań. Chciała wiedzieć jak zachowuje się człowiek po rozstaniu. Chciała być przygotowana na najgorsze.. poznała każdy, nawet najmniej ważny szczegół. Lecz czy ta wiedza na pewno się jej przyda? Żeby wcielić swój plan w życie musiała najpierw znaleźć Jack'a i Kim.
Eddie: Jack mówił, że zaplanował dla niej romantyczny wieczór w parku - powiedział po pół godzinie bezowocnych poszukiwań. Parkins spojrzała na niego zabójczym wzrokiem.
Grace: I ty mówisz mi to dopiero teraz? - spytała przez zaciśnięte zęby. Podeszła do chłopaka, jednak nic mu nie zrobiła. Wzięła go za rękę i pociągnęła w stronę największego zbiorowiska drzew w Seaford próbując opanować emocję. Udało jej się to dopiero, gdy dotarli na miejsce. Zaczęli się rozglądać, przetrząsnęli każdy kąt, sprawdzili każdy krzak, a nawet niewielki zaspy śniegu. Bez skutku.
Po pół godzinie poszukiwań Grace podniosła głowę znad białego puchu i zdezorientowana spojrzała na przyjaciela.
Grace: Czego my tak właściwie szukamy? - spytała zapominając o Kimberly i jej chłopaku.
Jones podrapał się w głowę. Sam nie miał pojęcia, dlaczego Parkins wyciągnęła go z dojo i teraz zmusiła go do poszukiwań. Powiedział to dziewczynie, która wzruszyła ramionami wraz z siedemnastolatkiem ruszyła w kierunku galerii, gdzie zaniepokojeni przyjaciele czekali na wieści...
***
Podekscytowany Jack prowadził blondynkę między krzakami i drzewami. Wiedział, że Crawford się spodoba. W miejscu, do którego teraz ją prowadził, widziała miliard razy, ale tym razy ujrzy coś nowego. Coś na co wcześniej w ogóle nie zwracała uwagi. A może zwróciła, tylko nic nie mówiła? Dla chłopaka to się nie liczyło. Był pewien, że wszystko będzie idealnie. Zresztą jak zawsze kiedy ta dwójka spędzała wspólnie czas.
Kimberly odsłoniła oczy i... zaniemówiła. Kryjówka o której wiedzieli jedynie zakochani, teraz, podczas zachodu słońca wyglądała przepięknie. Ostatnie promienie słońca padały na płatki śniegu, które pod wpływem światła zaczęły się mienić złotym blaskiem.
Jack: To jeszcze nic - odparł dostrzegając zachwyt na twarzy ukochanej. - Spójrz tam - powiedział wskazując na zielone liście i różnokolorowe pączki kwiatów rosnące na ogromnym drzewie. Ten widok nie byłby tak niezwykły, gdyby nie to, że na obszar wokół lipy był całkowicie wolny od śniegu. - Właśnie tam spędzimy ten wieczór - szepnął splatając ich palce. Kim spojrzała na szatyna zmniejszając między nimi odległość. Ucałowała policzek siedemnastolatka czule głaszcząc drugi.
Ta chwila była dowodem na to, że w życiu może być jak w bajce. Że na tym świecie istnieje jeszcze bezinteresowna i głęboka miłość. Miłość, która pozwoliła dwójce zakochanych w sobie nastolatków odkryć to miejsce i drzewo kryjące niezwykłą legendę.
Kim: Tu jest pięknie - westchnęła, gdy już wygodnie siedziała na rozłożystej gałęzi. Nie wiedziała, że za chwilę usłyszy jedną z najbardziej niesamowitych opowieści świata. Nie miała pojęcia, że drzewo na którym siedzi rośnie tu od ponad 1000 lat i rozczula kolejne pokolenia najpiękniejszymi historiami miłosnymi.
Jack: Tak wiem... całe milenium tylko najbardziej zakochani z danego pokolenia mogli tu przyjść i słuchać starej legendy opowiadanej przez zmarłych kochanków...
Kimberly obdarzyła Brewera zaskoczonym spojrzenia. Znała Jack'a od 3 lat, była z nim bliżej niż z nikim innym dotąd, a słowa, które przed chwilą wypowiedział nie pasowały do tak dobrze znanego jej chłopaka.
Kim: To z Shekspira? - szatyn pokręcił przecząco głową. Słowa płynęły prosto z jego serca, które mimo żadnych wiadomości o historii tego miejsca, wiedziało wszystko.
Jack: To legenda drzewa, Zakochani przychodzili tu, żeby podzielić się miłością i opowiedzieć o tym co ich cieszyło oraz smuciło. Drzewo zawsze ich wysłuchiwało i zapamiętywało każdą historię, którą usłyszało. Teraz dotykając inicjały wyryte w pniu można poznać opowieści ludzi, którzy w danym stuleciu obdarzali się największym uczuciem. Właśnie ta miłość sprawiała, że drzewo rosło i nigdy nie traciło liści. Zawsze emanowało zaraźliwą radością. Ci, którzy poznali legendę drzewa, chcieli przyjść i zobaczyć czy to prawda, lecz wtedy drzewo znikało.
Kim: Dlaczego?
Jack: Bo więcej było w nich nienawiści niż miłości...
Dwie godziny później...
[...] I just wanna be with you
W uszach Crawford zabrzmiał ostatni wers piosenki napisanej specjalnie dla niej. Kim otarła łzę, która spłynęła po jej policzku. Nie była smutna. Była wzruszona. Jeszcze nigdy nikt nie zadał sobie dla niej tyle trudu. Nie napisał dla nie piosenki czy chociaż wiersza. Jasne, dostawała setki liścików miłosnych, nawet teraz, ale to nie było to samo. Tamte słowa znalazły się na kartce, ponieważ chciano ją zaliczyć, dodać do listy zdobytych dziewczyn. Te słowa płynęły prosto z serca. Tak samo jak oklaski, którymi blondynka obdarzyła chłopaka.
Kim: To było cudowne, Jack... ale myślę, że to co ja zrobiłam cię przebije - powiedziała podając Jack'owi własnoręcznie zrobioną bransoletkę z ich wspólnymi inicjałami. Brewer założył otrzymany przedmiot, który był dowodem miłości jego i Kim. Dowodem na to, że właśnie oni są dwójką zakochanych, która ma praw odkryć to drzewo. - A mój prezent?
Szatyn zakłopotany spojrzał na dziewczynę. Jedyne co miał dla ukochanej to piosenka. Otworzył usta, żeby jej to powiedzieć, jednak nie powiedział nic.
Kim: Żartowałam! - zawołała donośnym głosem. - Dziękuję... - odparła rzucając się na chłopaka.
Pod wpływem nagłego ruchu para zachwiała się i spadła na ziemię. Mieli szczęście, że pokrywał ją puszysty i miękki śnieg.
Jack: Kim? - zapytał przewracając się na plecy. Siedemnastolatka przybrała tę samą pozycję.
Kim: Tak? - szepnęła podziwiając gwiaździste niebo.
Jack: Dobrze mi z tobą.
Kim: Mnie z tobą też, Jack. Mnie z tobą też...
♥♥♥
Brakowało mi pisania! To znaczy, niby pisałam, ale to nie to samo. Dopiero teraz zrozumiałam co pisanie tak naprawdę dla mnie znaczy. Wcześniej odkładałam pisanie rozdziału mówiąc "mogę go przecież napisać później". Teraz wiem, że nie mogę tego już tak długo odkładać. Nie mogę i nie chcę... to co piszę nie ma sensu, ale to właśnie czuję! Czuję też, że rozdział w mojej głowie wyglądał o wiele lepiej. Miała być mega romantyczna scena, ale jak zwykle nic nie wyszło. Tak samo jak z dłuższego rozłączenia Kick'a. Może jeszcze kiedyś zerwą.. i może komuś zacznie przeszkadzać ich związek? Ja mam plan, którego zamierzam się trzymać, ale wprowadzę go dopiero po pewnej niespodziance... żeby dowiedzieć się jakiej zajrzyjcie na bloga za jakieś 6-7 rozdziałów.
Blondynka zacisnęła powieki. Nie mogła cofnąć słów, lecz mogła zrobić coś innego. Podeszła do chłopaka, jedną dłoń położyła mu na ramieniu, a drugą pogładziła jego policzek. Mogli się rozkoszować chwilą, w której ich usta się złączyły, zaledwie przez krótką sekundę. Tyle wystarczyło. Nie przywróciło łączącej ich więzi do stanu sprzed 3 minut, lecz wzmocniło ją i dało nadzieję.
Osłupiały Brewer spoglądał na plecy odchodzącej dziewczyny. Dopiero teraz doszły do niego wydarzenia minionej minuty. Dopiero teraz poczuł dotyk i czułość Kim.
Wspomnienia kazały mu biec za Crawford, brakło mu jednak sił. Bezwładnie opadł na pobliską ławkę i niewidzącym wzrokiem obserwował wszystko co dzieje się wokół niego. Całkowita świadomość wróciła mu dopiero, kiedy ujrzał zmierzającą w jego stronę siostrę (spodziewałyście się?).
Jack: Zerwała ze mną.. - wyszeptał. - Widziała nas i pomyślała, że.. pomyślała, że jesteś moją nową dziewczyną - powiedział, a z jego ust wydobył się bezsilny śmiech. - Biegnij za nią Sara. Tylko ty możesz wszystko naprawić...
***
Rudy stał przed dojo z białą różą w ręku. Czekał... czekał już 20 minut, jednak nigdzie nie było śladu jej wybranki. Mężczyzna znów spojrzał na zegarek. 16:20. Stephanie już dawno miała być przy Gielespiem i jeść z nim romantyczną kolację przygotowaną przez uczniów dojo.
Ostatnie osoby opuszczały teren galerii, a on nadal stał w tym samym miejscu z niecierpliwością uderzając nogą o zimną powierzchnię betonu. Z każdą chwilą niepokoił się coraz bardziej. Bał się, że Malone coś mogło się stać. Przed oczami miał same czarne scenariusze. Zaczął obwiniać się o ewentualną katastrofę lotniczą, gdy nagle poczuł przyjemne ciepło ogarniające całe jego ciało. Zobaczył niewysoką blondynkę pytającą Phila o drogę do dojo Bobby'ego Wasabiego. To Malone. Kobieta spostrzegła senseia i nie czekając na odpowiedź Falafela, rzuciła się ukochanemu na szyję. Tęskniła za nim.. nie widziała go zaledwie 3 miesiące, lecz czuła, że od ich ostatniego spotkania minęły wieki. Tak bardzo pragnęła znów usłyszeć jego głos, przytulić, pocałować.. teraz mogła.
Stephanie przeprosiła się za spóźnienie tłumacząc się nieprzyjaznymi warunkami atmosferycznymi na drogach. Gielespie ze zrozumienie kiwnął głową i wręczył blondynce różę. Malone uśmiechnęła się, po czym pocałowała mężczyznę w policzek. Sensei szczęśliwy z powrotu kobiety jego życia, podał jej dłoń i zaprowadził do stolika stojącego pośrodku sali treningowej. Ich krótkiej przechadzce towarzyszyły podekscytowane szmery miotających się przyjaciół. Gdy Rudy zapalił światło wyskoczyli z ukrycia krzycząc "Niespodzianka!" 28-latka zaskoczona zakryła usta dłonią. Brakowało jej również paczki Wasabiego, którą kochała tak bardzo jak ich nauczyciel.
Przytuliła każdego z osobna nie mogąc uwierzyć, że zorganizowali dla niej przyjęcie powitalne.
Stephanie: Widzę, że podczas mojej nieobecności dużo się zmieniło... - powiedziała spoglądając na splecione dłonie Jerry'ego i Grace, którzy po usłyszanych słowach spojrzeli na siebie uśmiechnięci. - Kim ty i Jack też.. - kobieta nie dokończyła, ponieważ ze zdziwieniem zauważyła, że wśród przyjaciół brakuje przed chwilą wymienionej dwójki.
Grace: Dwumiesięcznica - wyjaśniła szybko. Nie miała pojęcia, że to już nieaktualne. Przynajmniej dopóki nie usłyszała swojego telefonu, który od paru sekund nie przestawał dawać o sobie znać. Parkins wyciągnęła go z kieszeni i spojrzała na wyświetlacz. Kim. Nie zważając na obecność przyjaciół odebrała. Ona jak i reszta obecnych w pomieszczeniu usłyszała tłumiony szloch blondynki i jej łamiący głos mówiący o dzisiejszych zdarzeniach. Brunetka nie zdążyła, jednak wysłuchać opowieści do końca, ponieważ ostanie słowa Crawford zagłuszył inny, obcy jej głos...
***
Kimberly rozłączyła się i ze łzami w oczach spojrzała na dziewczynę, a właściwie kobietę, stojącą przed nią. Gdzieś już widziała jej twarz.. po krótkiej chwili poznała ją. To ona jakieś 10 minut obściskiwała się z jej byłym chłopakiem.Ona była jednym z powodów jej krwawiącego serca. Ona odebrała jej miłość..tak myślała. Ale nie wiedziała wszystkiego. Nie znała prawdy.
Podniosła rękę, by zadać cios. Jej dłoń zatrzymała się tuż przed twarzą szatynki. Wzrok Kim padł na jej oczy. Brązowe, pełne miłości. To były oczy Jack'a.. blondynka cofnęła pięści uważnie przyglądając się nieznajomej. Te same oczy, włosy, ten sam uśmiech. Brewer w damskim wydaniu.
Kim: Kim ty jesteś? - spytała nie rozumiejąc podobieństwa między nią, a Jack'iem. Była pewna, że to nie jego kuzynka. Znała całą rodziną, a o siostrze nie miała przecież pojęcia. Nikt nie miał...
Sara: Na pewno nie tym za kogo mnie uważasz - powiedziała, po czym po krótkiej przerwie dodała. - Muszę nagadać braciszkowi, że nikomu o mnie nie mówił.
Kim nie mogla uwierzyć w to co przed chwilą usłyszała. Ciągle powtarzała sobie w myślach, że Brewer przecież nie ma siostry, ale ta cała sytuacja.. to było jedyne logiczne rozwiązanie.
Żeby przekonać Kimberly, Sara wyciągnęła telefon i po chwili oddała go dziewczynie. Ta niepewnie spojrzała na ekran. Sekundę później wybuchnęła głośnym śmiechem. Przyczyną jej reakcji było zdjęcie małego Jack'a w różowej sukience i dwoma kucykami.
Kim: Jeśli nie będzie chciał iść ze mną na zakupy, pokażę mu to zdjęcie - odparła uśmiechnięta patrząc na siostrę jej przyjaciela. Dopiero spojrzenie, którym została obdarzona, uświadomiło jej, że jeśli czegoś nie zrobi, chłopak już nigdy nie pójdzie z nią na zakupy, ani do kina, nie przytuli jej z tą samą czułością i już nigdy nie powie jej tych dwóch głupich słów, które dla niej znaczyły tak wiele.
Kim: Muszę iść - szepnęła, po czym ruszyła w miejsce, gdzie ostatni raz widziała szatyna. Cofnęła się jednak po chwili i ostatni raz wysyłając Sarze spojrzenie pełne wdzięczności, oddała jej komórkę. Zaraz po tym znów ruszyła przed siebie. Niecałe 2 minuty później dostrzegła Brewera siedzącego na ośnieżonej ławce. Podbiegła do niego, by już po chwili trzymając go w ramionach przepraszać za dzisiejsze zajście.
Jack nic nie powiedział. Wstał obdarzając byłą, lodowatym spojrzeniem, które, gdy dziewczyna straciła ostatnie nadzieje, zmieniło się w dawny, miły i troskliwy wzrok.
Jack: O ile dobrze pamiętam, dzisiaj jest nasza dwumiesięcznica. Masz ochotę jakoś to uczcić? - spytał wyciągając rękę w stronę blondynki.
Kim: Jeśli zawsze będziesz przy mnie - odpowiedziała splatając swoje palce z palcami ukochanego. Teraz bez przeszkód i bez niepokoju, oboje mogli zacząć cieszyć się sobą, tak jak robili to każdego dnia..
***
Wszyscy stali jak sparaliżowani. Byli pewni, że zerwanie Jack'a i Kim jest początkiem końca świata. Taka idealna para nie rozstaje się z dnia na dzień. Nikt nie jest w stanie zapomnieć przecież o tylu pięknych chwilach spędzonych z osobą, którą się kocha. Kim o nich nie zapomniała. Po prostu na chwilę przyćmiła ją zazdrość, która kazała jej posunąć się do tak radykalnych kroków. Teraz wszystko było jak dawniej, ale przyjaciele o tym nie wiedzieli.
Wiedzieli jednak, że Brewer nie może żyć bez Crawford, a Crawford nie może żyć bez Brewera. Nie mieli wyjścia. Musieli ratować szczęście tej dwójki poświęcając wieczór na który czekali od dawna.
Grace: Ja i Eddie pójdziemy. Wy zostańcie... - powiedziała spoglądając na przyjaciół. Byli zdziwieni tym, że Parkins wybrała Jones'a, a nie Martineza, jednak szanowali jej decyzję. Znali brunetkę tyle lat, że byli pewni, iż coś się za tym kryje. Nie mylili się. Kiedy Grace i Eddie opuścili dojo, dziewczyna zaczęła zadawać masę pytań. Chciała wiedzieć jak zachowuje się człowiek po rozstaniu. Chciała być przygotowana na najgorsze.. poznała każdy, nawet najmniej ważny szczegół. Lecz czy ta wiedza na pewno się jej przyda? Żeby wcielić swój plan w życie musiała najpierw znaleźć Jack'a i Kim.
Eddie: Jack mówił, że zaplanował dla niej romantyczny wieczór w parku - powiedział po pół godzinie bezowocnych poszukiwań. Parkins spojrzała na niego zabójczym wzrokiem.
Grace: I ty mówisz mi to dopiero teraz? - spytała przez zaciśnięte zęby. Podeszła do chłopaka, jednak nic mu nie zrobiła. Wzięła go za rękę i pociągnęła w stronę największego zbiorowiska drzew w Seaford próbując opanować emocję. Udało jej się to dopiero, gdy dotarli na miejsce. Zaczęli się rozglądać, przetrząsnęli każdy kąt, sprawdzili każdy krzak, a nawet niewielki zaspy śniegu. Bez skutku.
Po pół godzinie poszukiwań Grace podniosła głowę znad białego puchu i zdezorientowana spojrzała na przyjaciela.
Grace: Czego my tak właściwie szukamy? - spytała zapominając o Kimberly i jej chłopaku.
Jones podrapał się w głowę. Sam nie miał pojęcia, dlaczego Parkins wyciągnęła go z dojo i teraz zmusiła go do poszukiwań. Powiedział to dziewczynie, która wzruszyła ramionami wraz z siedemnastolatkiem ruszyła w kierunku galerii, gdzie zaniepokojeni przyjaciele czekali na wieści...
***
Podekscytowany Jack prowadził blondynkę między krzakami i drzewami. Wiedział, że Crawford się spodoba. W miejscu, do którego teraz ją prowadził, widziała miliard razy, ale tym razy ujrzy coś nowego. Coś na co wcześniej w ogóle nie zwracała uwagi. A może zwróciła, tylko nic nie mówiła? Dla chłopaka to się nie liczyło. Był pewien, że wszystko będzie idealnie. Zresztą jak zawsze kiedy ta dwójka spędzała wspólnie czas.
Kimberly odsłoniła oczy i... zaniemówiła. Kryjówka o której wiedzieli jedynie zakochani, teraz, podczas zachodu słońca wyglądała przepięknie. Ostatnie promienie słońca padały na płatki śniegu, które pod wpływem światła zaczęły się mienić złotym blaskiem.
Jack: To jeszcze nic - odparł dostrzegając zachwyt na twarzy ukochanej. - Spójrz tam - powiedział wskazując na zielone liście i różnokolorowe pączki kwiatów rosnące na ogromnym drzewie. Ten widok nie byłby tak niezwykły, gdyby nie to, że na obszar wokół lipy był całkowicie wolny od śniegu. - Właśnie tam spędzimy ten wieczór - szepnął splatając ich palce. Kim spojrzała na szatyna zmniejszając między nimi odległość. Ucałowała policzek siedemnastolatka czule głaszcząc drugi.
Ta chwila była dowodem na to, że w życiu może być jak w bajce. Że na tym świecie istnieje jeszcze bezinteresowna i głęboka miłość. Miłość, która pozwoliła dwójce zakochanych w sobie nastolatków odkryć to miejsce i drzewo kryjące niezwykłą legendę.
Kim: Tu jest pięknie - westchnęła, gdy już wygodnie siedziała na rozłożystej gałęzi. Nie wiedziała, że za chwilę usłyszy jedną z najbardziej niesamowitych opowieści świata. Nie miała pojęcia, że drzewo na którym siedzi rośnie tu od ponad 1000 lat i rozczula kolejne pokolenia najpiękniejszymi historiami miłosnymi.
Jack: Tak wiem... całe milenium tylko najbardziej zakochani z danego pokolenia mogli tu przyjść i słuchać starej legendy opowiadanej przez zmarłych kochanków...
Kimberly obdarzyła Brewera zaskoczonym spojrzenia. Znała Jack'a od 3 lat, była z nim bliżej niż z nikim innym dotąd, a słowa, które przed chwilą wypowiedział nie pasowały do tak dobrze znanego jej chłopaka.
Kim: To z Shekspira? - szatyn pokręcił przecząco głową. Słowa płynęły prosto z jego serca, które mimo żadnych wiadomości o historii tego miejsca, wiedziało wszystko.
Jack: To legenda drzewa, Zakochani przychodzili tu, żeby podzielić się miłością i opowiedzieć o tym co ich cieszyło oraz smuciło. Drzewo zawsze ich wysłuchiwało i zapamiętywało każdą historię, którą usłyszało. Teraz dotykając inicjały wyryte w pniu można poznać opowieści ludzi, którzy w danym stuleciu obdarzali się największym uczuciem. Właśnie ta miłość sprawiała, że drzewo rosło i nigdy nie traciło liści. Zawsze emanowało zaraźliwą radością. Ci, którzy poznali legendę drzewa, chcieli przyjść i zobaczyć czy to prawda, lecz wtedy drzewo znikało.
Kim: Dlaczego?
Jack: Bo więcej było w nich nienawiści niż miłości...
Dwie godziny później...
[...] I just wanna be with you
W uszach Crawford zabrzmiał ostatni wers piosenki napisanej specjalnie dla niej. Kim otarła łzę, która spłynęła po jej policzku. Nie była smutna. Była wzruszona. Jeszcze nigdy nikt nie zadał sobie dla niej tyle trudu. Nie napisał dla nie piosenki czy chociaż wiersza. Jasne, dostawała setki liścików miłosnych, nawet teraz, ale to nie było to samo. Tamte słowa znalazły się na kartce, ponieważ chciano ją zaliczyć, dodać do listy zdobytych dziewczyn. Te słowa płynęły prosto z serca. Tak samo jak oklaski, którymi blondynka obdarzyła chłopaka.
Kim: To było cudowne, Jack... ale myślę, że to co ja zrobiłam cię przebije - powiedziała podając Jack'owi własnoręcznie zrobioną bransoletkę z ich wspólnymi inicjałami. Brewer założył otrzymany przedmiot, który był dowodem miłości jego i Kim. Dowodem na to, że właśnie oni są dwójką zakochanych, która ma praw odkryć to drzewo. - A mój prezent?
Szatyn zakłopotany spojrzał na dziewczynę. Jedyne co miał dla ukochanej to piosenka. Otworzył usta, żeby jej to powiedzieć, jednak nie powiedział nic.
Kim: Żartowałam! - zawołała donośnym głosem. - Dziękuję... - odparła rzucając się na chłopaka.
Pod wpływem nagłego ruchu para zachwiała się i spadła na ziemię. Mieli szczęście, że pokrywał ją puszysty i miękki śnieg.
Jack: Kim? - zapytał przewracając się na plecy. Siedemnastolatka przybrała tę samą pozycję.
Kim: Tak? - szepnęła podziwiając gwiaździste niebo.
Jack: Dobrze mi z tobą.
Kim: Mnie z tobą też, Jack. Mnie z tobą też...
♥♥♥
Brakowało mi pisania! To znaczy, niby pisałam, ale to nie to samo. Dopiero teraz zrozumiałam co pisanie tak naprawdę dla mnie znaczy. Wcześniej odkładałam pisanie rozdziału mówiąc "mogę go przecież napisać później". Teraz wiem, że nie mogę tego już tak długo odkładać. Nie mogę i nie chcę... to co piszę nie ma sensu, ale to właśnie czuję! Czuję też, że rozdział w mojej głowie wyglądał o wiele lepiej. Miała być mega romantyczna scena, ale jak zwykle nic nie wyszło. Tak samo jak z dłuższego rozłączenia Kick'a. Może jeszcze kiedyś zerwą.. i może komuś zacznie przeszkadzać ich związek? Ja mam plan, którego zamierzam się trzymać, ale wprowadzę go dopiero po pewnej niespodziance... żeby dowiedzieć się jakiej zajrzyjcie na bloga za jakieś 6-7 rozdziałów.
Więcej takich rozdziałów!
OdpowiedzUsuńCzekam na nn^^
Przepiękne to jest.
OdpowiedzUsuńMasz talent dziewczyno!
To co napisałaś było piękne.
Bardzo mi się podobało.
Z niecierpliwością czekam na next>>>>>>>>>>>>>>
jejku, taki przecudny że awww *.*
OdpowiedzUsuńmusze koniecznie przeczytać wszystkie 44 rozdziały bo wiesz... nie chcę być do tyłu! ;D
trzymaj tak dalej! ;)
czekam na następny <3
i widze, że masz na głównym mój edit który olivia zauwazyła ;)
Usuńciesze się że komuś się podoba <3
Evelyyn.
Jaki przecudowny rozdzialik i bardzo urokliwy. Piszesz wspaniale, masz talent. Czekam na kolejny. Pozdrawiam cieplutko, Paciaa. :*
OdpowiedzUsuńAwwww...Ale cudeńko! ;* Nie mogłam się doczekać tego rozdziału! Ahhh...Czekałam, czekałam i się kurcze doczekałam! :D Warto było ;)
OdpowiedzUsuńWspaniale piszesz!
Kocham i czekam na nn ;>
zapraszam również do mnie: prawda-zawsze-zwyciezy.blogspot.com
- Al xxx
Jak pisałam wcześniej cudne.
OdpowiedzUsuńNo normalnie wspaniałe.
Zapraszam do mnie...
http://kickinit-bo-to-wiecej-niz-przyjazn.blogspot.com/
POZDRAWIAM I CAŁUJ TAMARA " ♥ "